-
Chyba wdepnąłeś w jakiś układ…
Data publikacji: 2/07/2010 Skomentuj
Jeżeli nie jesteś pustelnikiem i nie mieszkasz w wysokiej wieży, z dala od innych, nie możesz ignorować wpływu otoczenia na swoje zachowanie, a nawet na swoje – zdawałoby się bardzo własne – przekonania. W rzeczywistości każdy z nas jest niezwykłą mieszanką czyichś dążeń i oczekiwań, przyswojonych i przefiltrowanych przez system naszych własnych emocji.Takie stwierdzenie może wydawać się dla kogoś nieco frustrujące, a przede wszystkim fałszywe. Żyjemy przecież w epoce kultu indywidualizmu – powtarzając za Houellebecqiem – a jeżeli połączymy wiarę w autonomiczność jednostki z przekonaniem o jej racjonalności – ciągle jeszcze obecnym w społeczeństwie – uzyskamy typowy obraz, jak zwykle chcielibyśmy widzieć: jesteśmy niezależni, dobrzy i mądrzy.
Tymczasem obserwując wyniki kolejnych badań zyskujemy coraz większą pewność, że indywidualizm i racjonalność to mity. Na co dzień kierujemy się emocjami (co powtarzam już chyba zbyt często) i w dodatku na nasze decyzje znacznie większy wpływ niż byśmy tego chcieli ma nasze otoczenie.
„Nikt nie jest samotną wyspą” – pisał Thomas Merton i chociaż nie wiem jak byś się zastrzegał, nie zmienisz tego: funkcjonujesz w określonym środowisku, pośród określonych ludzi. Nawet największe odludki muszą przyznać, że dookoła nich jest JAKIEŚ otoczenie. Nazwijmy je tutaj UKŁADEM.
Wszystko jest jakimś układem. Stosunki między przyjaciółmi, kolegami czy sąsiadami tworzą jakąś strukturę – właśnie układ. Podobnie w rodzinie, w pracy czy na uczelni. Układy te przenikają się, tworzą struktury większe i coraz bardziej skomplikowane – gdzieś na końcu tej drogi możemy już mówić o świadomości (mądrości?) narodu, kontynentu (ci Europejczycy…) i ostatecznie świata całego. Amen.
Nie będziemy jednak sięgać aż tak daleko, wystarczy nam nasze własne, niezbyt rozległe ale za to dobrze znajome poletko. Co się tu dzieje? Układ, wszędzie układ
Weźmy taki przykład: jakiś czas temu ktoś napisał w komentarzu, że nie palił w domu, ponieważ rodzice tego nie akceptują i w domu po prostu się nie pali. Jak myślicie, czy siedząc na kanapie przed telewizorem myślał bez przerwy o tym, jak bardzo chce mu się palić? Nie sądzę. Zresztą znacie to przecież – każdy palacz ma dziesiątki własnych przykładów.
Są miejsca, czynności oraz ludzie, przy których nawet nie pomyślisz o papierosach, ale są też miejsca, czynności oraz ludzie, przy których – niczym pies Pawłowa – po prostu zapalić musisz. Rozsądna strategia wychodzenia z nałogu nakazuje oczywiście takich miejsc, sytuacji i ludzi unikać, ale – tak, tak – łatwo powiedzieć, a jeszcze łatwiej napisać o tym na blogu lub w poradniku dla rzucających. Dużo trudniej wykonać.
Skupmy się na ludziach – jak sobie poradzić w sytuacji, kiedy w układzie z określonymi ludźmi od zawsze były papierosy? Jak ja sobie poradziłem? Otóż nie poradziłem sobie, tylko miałem szczęście. Mój najlepszy podówczas towarzysz w paleniu pewnego dnia spakował się i wyjechał za granicę, ja zaś z nudów rzuciłem palenie.
Ach, jak nam się dobrze paliło! Jeździliśmy sobie po nocnej Warszawie, gadaliśmy o naturze wszechrzeczy (świat ma naturę galaretki) i paliliśmy. „Ależ te szlugi są PYSZNE – mawiał mój przyjaciel, a ja się zgadzałem. Co tu dużo gadać – takie właśnie były.
Nie wiem, jak wyglądałoby moje rzucanie palenia, gdyby mój kolega nie wyjechał. Wiem, że byłoby mi znacznie trudniej. Musiałbym się jakoś uodpornić na jego wpływ. Co ciekawe – on również rzucił palenie. Nie wierzyłem w to. Stałem z rozdziawioną gębą, ściskając słuchawkę i nie wierzyłem w to, co słyszałem. Każdy mógłby rzucić, ale on? Największy wielbiciel papierosów w tej części świata.
Ja w ogóle miałem sporo szczęścia z ludźmi – kiedy po wielu latach odnowiły się moje kontakty z dawnym przyjacielem z dzieciństwa i szkolnej ławy (Nasza Klasa, skąd wiedzieliście?
), od jakiegoś tygodnia nie paliłem, nie nosiłem plasterków i byłem już człowiekiem wolnym. Do dziś nie wiem, jak potoczyłyby się losy mojego niepalenia, gdybyśmy spotkali się nieco wcześniej. Sami pomyślcie: spotkanie po latach, tyle tematów, aromat pysznej kawy i… i tak bez papierosa?Jeżeli chcesz się uwolnić od palenia, musisz uwolnić się z wpływu, jaki mają na ciebie Twoi palący znajomi. Nie każę Ci oczywiście wysyłać ich za granicę, może jednak na ten newralgiczny okres – początek abstynencji – udałoby się jakoś z nimi nie spotykać?
Gorzej, jeśli z kimś takim mieszkasz. Oczywiście zawsze możesz udać się na osobny urlop, ale może też wydać się to zbyt dużym poświęceniem (jeśli uwielbiacie spędzać urlopy razem).
Jeśli wykażesz się pewną kreatywnością być może dostrzeżesz jakieś rozwiązanie. Z pewnością będzie Ci dużo trudniej, jeżeli w Twoim domu wszyscy palą i w dodatku pracujesz w miejscu, gdzie pierwszą czynnością dnia jest rytualny papieros w grupie, zaś przerwy w pracy mają tylko ci, którzy palą (o takiej sytuacji słyszałem całkiem niedawno – człowiek chciał rzucić palenie, ale wtedy okazało się, że kiedy robił sobie przerwę i po prostu stał obok palących, szef gonił go: „a ty tu czego? jak nie palisz, to do roboty”. Po kilku dniach nieszczęśnik poddał się, machając ręką: „Pierniczę to” – tylko w nieco bardziej dosadnej wersji).
I ostatnia sprawa: jeśli myślisz, że jakikolwiek palacz chce, abyś rzucił palenie – mylisz się. Oczywiście zgodzi się z Tobą, że dobrze robisz (najczęściej dodając, że on sam też musi pomyśleć o rzuceniu), ale tak naprawdę nie oczekuj od niego wsparcia. Najczęściej (choć nie zawsze) jesteś dla kogoś takiego chodzącym wyrzutem sumienia: Ty rzucasz/rzuciłeś, a on tkwi dalej w nałogu. W większości wypadków osoba taka zrobi wszystko, aby udowodnić Ci, że masz czego żałować, bo papierosy są… no, pyszne.
Twój niedawny towarzysz w paleniu może nieświadomie próbować „nawrócić” Cię na papierosy. I wcale nie chodzi o to, że to wredny zawistnik – tak po prostu działa układ, który Ty swoją decyzją o niepaleniu naruszasz. Wszystkie układy, zwłaszcza te długoletnie, mają tendencję do podtrzymywania status quo. Tak samo jak my osobiście nie lubimy zbyt daleko idących zmian, tak większych zmian nie lubią całe układy, w jakich się znajdujemy.
To wyjaśnia, dlaczego osoby, które w krótkim czasie zyskały majątek – np. po wygraniu na loterii – w przytłaczającej większości dość szybko wracają do swojego poprzedniego poziomu materialnego. Wyniki badań są jednoznaczne: niewygoda, jaką odczuwamy w wyniku naruszenia układu skłania nas do szybkiego pozbycia się nadmiarowej gotówki – może dla wielu brzmi to niewiarygodnie, ale bardziej od bogactwa cenimy sobie to, co znajome – nasze dotychczasowe środowisko. Wyłączam oczywiście sytuacje patologiczne oraz te, w których tak bardzo męczysz się w swoim otoczeniu, że jedynym marzeniem wydaje się jego opuszczenie.
Czy jest jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji? Może to, że kiedy już ZDECYDUJESZ, kiedy Twoje otoczenie ZROZUMIE, że to nie żarty, że Ty NAPRAWDĘ nie palisz, nie pozostanie mu nic innego, jak fakt ten ZAAKCEPTOWAĆ. Jeżeli masz w sobie odpowiednią dozę determinacji, zrobisz to. Niedowierzanie Twoich bliskich minie szybciej, niż się spodziewasz. Musisz tylko przekroczyć pewien próg bezwładności układu i jego wytrzymałości brzegowej – czyli mówiąc po ludzku – pokazać im, że jest już pozamiatane.
A mój przyjaciel z dzieciństwa? Na początku, kiedy powiedziałem mu, że już nie palę, był odrobinę zawiedziony (bo naprawdę kiedyś fajnie nam się gadało przy papierosach). Ale powiem Wam coś: moje niepalenie przyjął do wiadomości, zaakceptował i tak powstał między nami nowy układ. On pali, ja nie – i nikomu to nie przeszkadza.
-
Układ ma się dobrze
Data publikacji: 21/04/2010 Ilość komentarzy: 2
Minął czas narodowej żałoby, podczas której jeszcze raz pokazaliśmy, że potrafimy wznieść się ponad usłaną konfliktami codzienność i ponownie poczuć się razem. Potrafimy. My, Naród: jedność, wspólnota, duma i troska. Teraz wszystko się zmieni. Przez tydzień.To był niezwykły czas. Dla wielu trudny i bolesny, ale też z pewnością był to czas poczucia czegoś istotnego: chwile myślenia o pewnych ponadczasowych wartościach, chwile przypomnienia o tym, czym jesteśmy albo raczej co tworzymy jako społeczność – jako naród. W sposób naturalny był to czas wielkich i podniosłych słów. Ktoś powiedział, że media zdały egzamin. Egzamin zdały też partie polityczne. Przede wszystkim zaś egzamin zdał nasz naród.
No cóż, nie było to trudne.
Tragiczna w wymiarze ludzkim i wręcz niewyobrażalna w rozmiarach dla funkcjonowania państwa katastrofa spowodowała w nas naturalny, dobrze znany socjologom i psychologom odruch – wszyscy chcieliśmy poczuć się razem, poczuć się wspólnotą. Dramat łączy równie mocno – o ile nie mocniej – co euforia sportowych zwycięstw. I jeżeli pojawiły się głosy, że może warto na gruncie tej tragedii zbudować nowe standardy, wręcz fundamenty życia publicznego, one również były szczere, naturalne i niestety… niemożliwe do spełnienia.
Nie chodzi o to, że Polacy są źli. Nie problem w tym, że nie umiemy żyć w zgodzie, wspierać się, szanować mimo odmiennego spojrzenia na wiele spraw. Umiemy. I w sytuacjach mobilizacji – czy to w obliczu katastrofy, czy wobec działania żywiołów naturalnych, ale też w chwilach narodowej chwały – momentalnie zbieramy się i rodzi się w nas solidarność.
Dlaczego nie udaje nam się zachować tych szczególnych, godnych naśladowania i najwyższej pochwały postaw na dłużej?

Również w chwilach narodowej chwały rodzi się w nas solidarność. Do końca meczu. Fot.: www.siatkowka.net
Mamy tutaj do czynienia z czymś, czego doświadczyła niejedna osoba, próbująca rzucić palenie. Taka decyzja zmienia przecież wiele w życiu jednostki – ale także jej otoczenia. Wprowadza zachwianie pewnej równowagi, naruszenie pewnego status quo. Nie lubimy zbyt daleko idących zmian – wprowadzają one zamieszanie, niepokój, niepewność. Rzucanie palenia to poza wszystkim wychodzenie poza swoją strefę komfortu, naruszenie układu.
Kiedy nagle oświadczasz rodzinie, że zostajesz wegetarianinem – prawie na pewno będzie to oznaczało problemy. Kiedy dojrzewa w tobie czas na zmiany – często po wielu miesiącach czy latach wewnętrznych przemian – dla otoczenia może się to wydawać czymś kłopotliwym: „on tak nagle się zmienił! zaczął biegać, zmienił pracę, może ma kochankę?”
Nawet kiedy robisz coś absolutnie pozytywnego, coś co wydaje się nie mieć żadnych aspektów negatywnych – jak rzucanie palenia albo zerwanie z alkoholem – wywołuje w otoczeniu niepewność i pewien niepokój. Rodzina, znajomi – zwłaszcza ci palący – oficjalnie zachęcają cię, poklepują po plecach, ale tak naprawdę twoja decyzja wywołuje w nich niepokój. To jak to będzie? Nie zapalimy razem? A może będziesz chciał czuć się lepszy ode mnie? Zostałeś abstynentem? Czyli jak – teraz bedziesz miał innych pijących za zdegenerowanych alkoholików? Niedobrze.
Każdy z nas żyje w pewnym określonym układzie. Społecznym, towarzyskim, zawodowym i tak dalej. Próby wyjścia poza układ, naruszanie go czy chęć wyjścia poza często spotykają się z ostracyzmem, nieufnością czy wręcz wrogością. Walka z nałogiem to nie tylko zmaganie się ze swoimi słabościami ale także z otoczeniem.
Grupy społeczne, a nawet całe narody również mają swoją strefę komfortu. Opuszczają ją z prawdziwą niechęcią. Iluż wizjonerów, reformatorów i proroków zginęło, ponieważ pragnęli zbyt daleko idących zmian? Nie ważne, że ich wizje po wielu latach od ich śmierci odmieniały świat i czyniły go lepszym – pewien zastały układ społeczny musiał je po prostu przyswoić.
Od kilku dobrych dni wróciliśmy do swoich dawnych zachowań i przyzwyczajeń. Układ przywraca równowagę. I mimo, że wciąż mamy do czynienia z dramatem, wciąż jeszcze trwają pogrzeby i nie wszyscy jeszcze powrócili – my już z pewnością powróciliśmy do siebie samych.
Mówimy: życie trwa dalej.




Najnowsze komentarze