-
Czy to wszystko zadziała?
Data publikacji: 6/07/2010 Skomentuj
Jeżeli śledzisz nowosmakowe sposoby na palenie, być może od jakiegoś czasu zastanawiasz się, czy w Twoim przypadku wszystkie te strategie okażą się skuteczne. Mówiąc inaczej – czy to wszystko w ogóle zadziała?Opisywane przez mnie strategie w rzucaniu palenia unikają otwartego konfliktu z ludzką naturą. Przeciwnie: na każdym kroku namawiam, aby bezlitośnie wykorzystywać wszelkie słabości umysłu, przekuwając je na sukces w walce z nałogiem (co sprawdza się zresztą również w innych sprawach wymagających wysiłku oraz czasu). Powiem krótko: uważam, że takie podejście to najlepszy klucz do sukcesu.
Na pierwszy rzut oka taktyka ta może wydawać się mało efektywna: zamiast odstawić papierosy natychmiast, bez wdawania się w czcze gadki, tak „po męsku”, my snujemy rozważania o „niciach AKA”, źródłach problemu i takich tam dookoła. Zamiast być dla siebie twardym, zajmujemy się uspokajaniem własnego uzależnionego umysłu, przekupywaniem go, poszukiwaniem przyjemności i w gruncie rzeczy zamiast po prostu rzucić, zaczynamy grać na zwłokę, nadmiernie pobłażać sobie, co staje się niczym innym jak samooszukiwaniem się. Niby coś tam robimy z naszym nałogiem – i już samo to „robienie” jesteśmy gotowi uznać za wystarczające.
Czy ty również żyjesz złudzeniami? Zastanów się. Oczywiście masz do tego prawo. To Twoje życie i Twoje złudzenia. Być może masz piękne, kolorowe sny i jest Ci po prostu z tym dobrze. Nie chciałbym jednak w tym uczestniczyć – naprawdę nie chciałbym, aby moje słowa stanowiły pożywkę dla Twoich złudzeń. Zwłaszcza, że mają ku temu spory potencjał: na każdym kroku namawiam przecież do pozytywnego spojrzenia i nikogo nie straszę. Takie miłe, budujące słowa, prawda?
Musisz jednak pamiętać – cały czas musisz pamiętać – dlaczego je w ogóle czytasz. Zaglądasz tu, aby sprawdzić co mi pomogło w rzuceniu palenia. Czytasz te słowa, ponieważ Ty też chcesz rzucić palenie. Chcesz zmienić swoje życie. Nigdy, nigdy o tym nie zapominaj.
Taktyka „miękkiego” rzucania, przy wykorzystywaniu pewnych słabości naszej natury tylko pozornie wydaje się nieefektywna. W rzeczywistości przynosi ona trwałe efekty. Czy istotne jest, że rzucisz palenie dzisiaj, o 18.30? Nie. Powiem więcej: Twoim celem nie powinno być rzucanie czegokolwiek. Ty chcesz być osobą niepalącą. To jest Twój cel – być niepalącym. To wielka różnica. Twój cel to nie jakiś heroiczny, jednorazowy akt, ale nowy sposób na życie.
Powtórzę tu za starym, dobrym Dalem Carnegie: „Jest tylko jeden sposób pod słońcem, aby sprawić, by ktoś coś zrobił… Trzeba sprawić, aby ten ktoś chciał to zrobić”.
Dziś stajesz naprzeciwko własnego, uzależnionego mózgu (nikotyna) oraz uzależnionego umysłu (nawyki). Parafrazując słowa Carnegiego – jest tylko jeden sposób, aby sprawić, aby Twój mózg oraz umysł chciały być niepalące – musisz sprawić, aby dla Twojego mózgu i umysłu było to doświadczenie przyjemne, interesujące, inspirujące i aby niosło nagrodę. Nie jakąś tam odległą, nobliwą, poprawną politycznie, ale nagrodę natychmiastową, mięsistą, szaloną i jeśli trzeba – nawet dziką.
Radzę jednak nie przesadzać z tą nagrodą – żeby nie okazało się, że zamieniliśmy jeden problem na drugi. Na wszelki wypadek trzymaj się zasady: wszystko, co legalne i etyczne, jest dozwolone
Zresztą o nagrodach będziemy jeszcze mówić.A pytanie z początku notki? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać, czy w Twoim przypadku to w ogóle zadziała – sprawdź to! Wypróbuj to, przekonaj się osobiście – na własnej skórze.
Tymczasem powoli przechodzimy do etapu, który nazywam strategiami przetrwania. Coraz mniej będziemy mówić o papierosach, a coraz więcej o życiu.
-
Wymyśl siebie
Data publikacji: 19/05/2010 Skomentuj
Tak naprawdę jestem człowiekiem sukcesu. Działam skutecznie. Moje interesy idą ostatnio nadzwyczaj dobrze, ja zaś mogę zajmować się tym, co lubię – prowadzę znakomitego bloga, który odmienia tysiące ludzi. Mam wielu fanów i ludzie uwielbiają mnie.Prawie się rozpłakałem, kiedy to pisałem. No, może nie z rozpaczy, czy żalu, że rzeczywistość jest bardziej prozaiczna, ale raczej z rozrzewnienia: ale by było! Jeździłbym sobie swoim złotym mercedesem i łaskawie pomagał światu… Ech, co za życie.
Jeżeli do czegoś dążysz – na przykład chcesz rzucić palenie – poradzę Ci coś: wymyśl samego siebie – stwórz w umyśle obraz osoby, jaką chciałbyś być.
Zdefiniuj siebie: wyobraź sobie rezultat końcowy. Oto jesteś już po wielu miesiącach pracy nad sobą, rozwoju, realizacji własnych celów i zamierzeń – jaką osobą się stałeś? Popuść wodze wyobraźni: jak się zachowujesz? jak myślisz? czy jesteś osobą zdecydowaną, skoncentrowaną, czy swoim zachowaniem inspirujesz innych, zadziwiasz znajomych i rodzinę?
W technice tej stwarzasz w wyobraźni swoją nową osobowość. Robisz to z rozmysłem – nie od razu, nie jednego wieczora, ale pracujesz nad tą swoją wyobrażoną osobowością tak długo, jak to wyda Ci się konieczne. To może trwać wiele dni, tygodni, czy miesięcy – im dłużej tym lepiej. Dodajesz szczegóły, wyobrażasz sobie zachowanie tego „docelowego siebie” w konkretnych sytuacjach. Może w myślach odgrywasz pewne scenki ze sobą – tym „nowym” – w roli głównej? Chodzi o to, by Twoja wyobrażona osobowość stała się dla Ciebie czymś tak oczywistym, tak doskonale znanym, jakby była to rzeczywista osoba z krwi i kości. Taki Twój najbliższy kumpel.
Przy tworzeniu w umyśle wyraźnego obrazu pożądanej osobowości można „pożyczyć” sobie osobowość kogoś, kto nam imponuje. Wzorujesz się na znanym aktorze, sportowcu, może pisarzu albo biznesmenie. Kimś, kogo cechy wprawiają Cię w zadziwienie i niemal zachwyt. Nieistotne jest tu, jaka ta osoba jest naprawdę, ale to, jak my ją postrzegamy: chodzi o te cechy, które przypisujemy naszemu idolowi, a nie te, które rzeczywiście on posiada.
Nie radzę jednak skupiać się na tych cechach, których zwyczajnie nie posiadasz. Chodzi o to, żebyś mógł uwierzyć w to, co mógłbyś osiągnąć. Co z tego, że chciałbyś być koszykarzem jak Gortat, jeśli masz metr sześćdziesiąt i dwie lewe ręce? Najtrudniej uwierzyć w cechy namacalne: budowa ciała, wygląd, predyspozycje fizyczne. Co ciekawe, w dziedzinie predyspozycji psychicznych już takich wyraźnych ograniczeń zazwyczaj nie czujemy. Możesz zdawać sobie sprawę, że nie uda Ci się dołączyć do Orlando Magic, ale prawie na pewno uważasz, że potrafisz być jak Gortat: wytrwały, konsekwentny i… sympatyczny. Oczywiście, gdybyś tylko chciał.
Oczywiście jeśli Twoim zamierzeniem jest rzucić palenie – wymyślasz siebie niepalącego. Napawasz się własnym wyobrażonym zwycięstwem nad papierosami. Wyobrażasz sobie siebie w tych wszystkich sytuacjach, kiedy odmawiasz, kiedy nie zapalasz i czujesz z tego powodu ogromną satysfakcję.
Pamiętaj jednak, że to tylko etap. Pewna technika. Ćwiczenie, które wywołuje w Twoim umyśle pozytywny obraz Twojego niepalenia. Nie niepalenia w ogóle. Twojego. Osobistego. Tylko tak w Twoim mózgu mogą wyryć się nowe ścieżki, związane z satysfakcją z niepalenia. Tylko wtedy, kiedy będzie to wywoływało w Tobie osobiste, pozytywne emocje, strategia „wymyślania siebie” przyniesie Ci rzeczywiste korzyści.
Samo się jednak nie zrobi. Nie zapominaj o tym. Samo „wymyślanie siebie” nie spowoduje, że papierosy znikną. Możesz przygotować się mentalnie na niepalenie. Spowodować, że wizja siebie niepalącego stanie się atrakcyjna, plastyczna i niemal namacalna. Jeśli jednak na tym poprzestaniesz… nic się nie wydarzy. Nie wpadaj w świat nigdy nie kończących się marzeń, wiecznego snucia wizji. Pamiętaj: nie stwarzasz mentalnego siebie, by żyć złudzeniami, ale aby ułatwić sobie działanie. Działanie.
O tym jednak będziemy mówić w następnych strategiach.
Zgadzasz się z tym? Uważasz, że to bzdury? A może w Twoim przypadku podobna taktyka okazała się również skuteczna? Napisz: rem@nowysmakzycia.pl
-
Do zobaczenia za 10 lat
Data publikacji: 18/03/2010 1 komentarz
Czym jest wybrukowane piekło? Prawdopodobnie odpowiecie: dobrymi chęciami… No cóż, najkrócej rzecz ujmując: to prawda.Żyjemy w świecie, w którym jedyne, co tak naprawdę się liczy, to skuteczność. Możemy oczywiście wspominać o wartościach, jakie wynikają już z samego faktu podążania do celu, celebrować drogę, rozpisywać się o wyższości „gonienia króliczka” nad złapaniem go i tak dalej. Wiadomo bowiem, że droga do celu jest ważna, że napełnia nasze życie treścią i nadaje mu odpowiedni smak. Poczucie dążenia do czegoś niesie energię i siłę do podejmowania kolejnych wysiłków. Mając jasno określony cel, po prostu czujesz, że masz po co żyć. To wszystko prawda.
Prawdą jest też, że samo podążanie traci swój sens, jeśli prowadzi donikąd. Jak często nasze wspaniałe plany dawały nam impet do działania: z energią i entuzjazmem rozpoczynaliśmy swoją wielką drogę do celu… ale po jakimś czasie okazywało się, że zamiast śmiało kroczyć przed siebie, drepczemy w miejscu? Przyznaję, mi takie sytuacje przytrafiały się wiele razy.
W ostatecznym rozrachunku świat zawsze ocenia nas po efektach. Mało tego: z perspektywy czasu również my sami jesteśmy skłonni patrzeć na siebie w podobny sposób. Po latach nasze ścieżki, działania, metody i zamierzenia przestają mieć pierwszoplanowe znaczenie. Liczy się bardziej to, czy udało nam się zrealizować tamto zamierzenie, osiągnąć tamten cel, wykonać tamten plan.
W tym miejscu może warto byłoby wykonać pewne bardzo dobre, otrzeźwiające ćwiczenie: odbyć wirtualną podróż w czasie – do przeszłości. Zamykamy na chwilę oczy, bierzemy głęboki wdech i przypominamy sobie siebie samych sprzed 10 lat.
Już? Czy wczuwasz się w tamtego dawnego siebie? Przypominasz sobie tamte dawne uczucia, myśli i emocje? Kogo widzisz, siedząc w kapsule czasu i obserwując siebie sprzed tych wszystkich lat?
Kim jesteś? Jakie masz plany na najbliższą przyszłość – może na najbliższe 10 lat? Chcesz rzucić palenie? Zamierzasz nauczyć się języka obcego i zdobyć wymarzoną pracę? A może zastanawiasz się nad planem odchudzania? Może zamierzasz w ciągu najbliższych 10 lat założyć biznes, dorobić się i wyjechać w podróż dookoła świata? Przypomnij to sobie.
Kim jesteś? Jaką osobą chcesz się widzieć w 2010, dokładnie za 10 lat?
W ćwiczeniu tym wcale nie chodzi o poczucie winy czy wyrzuty sumienia. Jeżeli nasze plany nie wyszły, jeżeli coś się zepsuło, coś poszło nie tak – nie musimy się w tej chwili obwiniać. Ani siebie, ani nikogo innego. Jest to wręcz przeciwwskazane. Chodzi bardziej o spojrzenie spokojne, bez oceniania – tak, jakbyśmy rzeczywiście przenieśli się w jakiejś kapsule w przeszłość: widzimy siebie sprzed 10 lat, my znamy już przyszłość, ale tamten gość jeszcze nie. Chcielibyśmy mu pewnie parę rzeczy podpowiedzieć, udzielić pewnych rad, wskazówek – ale nie możemy. Nie możemy wyjść z naszej kapsuły czasu. Możemy tylko obserwować.
Czy jesteście zadowoleni z tych 10 lat? Czy udało wam się zrealizować najważniejsze cele?Teraz zróbmy drugą część ćwiczenia: ruszamy w przyszłość, licznik ustawiony również na 10 lat. W tej części jednak nie snujemy rozważań, co tym razem udało nam się osiągnąć, nie bawimy się w jasno- lub czarno-widzenie. Ta część jest bardzo prosta: wyobraźcie sobie, że minęło 10 lat i… nic się nie zmieniło.
No właśnie. Jest rok 2020. Nadal pracujesz tam, gdzie 10 lat temu – cały czas narzekasz na szefa, klientów i nawał pracy. Nadal palisz papierosy i nie uprawiasz sportu, chociaż wciąż myślisz o bieganiu, no i nieregularnie (sam wiesz, że za rzadko) bywasz na basenie. Wciąż zastanawiasz się, który podręcznik do nauki języka wybrać. Ciągle planujesz swój biznes (przez te 10 lat przeczytałeś już setki książek na temat biznesu) i cały czas opracowujesz trasę swojej wielkiej podróży po świecie. Masz 10 lat więcej, ważysz więcej (miało być mniej, prawda?), planów też być może masz więcej. Właściwie… nic się nie zmieniło.
Czy o to ci chodziło?
Jeżeli tak – to pewnie należysz do tego nielicznego grona szczęśliwców, którzy już teraz, w 2010 roku, wiodą życie spełnione. Niestety – a może na szczęście? – większość z nas ma do czego dążyć, chce zmian na lepsze. A jednocześnie większość z nas zawsze, kiedy myśli o bliżej nieokreślonej przyszłości, ma bliżej nieokreślone przeświadczenie jakiegoś bliżej nieokreślonego spełnienia tych albo innych planów… Czyżby? Czy naprawdę sądzicie, że wszystko się jakoś samo poukłada? Nic z tych rzeczy. Jeżeli nie podejmiemy jasnych, przemyślanych, konkretnych działań, grozi nam niebezpieczeństwo, że zamiast podążać do przodu, będziemy jedynie dreptać dookoła siebie.
To właśnie zazwyczaj robimy. Drepczemy mniej więcej w miejscu. Samo dreptanie wyzwala w nas poczucie, że coś robimy. Nie siedzimy przecież bezczynnie, ostatecznie wciąż pamiętamy, cały czas myślimy o swoich celach…
Myślenie nie wystarczy. Warto uważnie przyjrzeć się swoim działaniom i zastanowić się, czy nie jest to tylko dreptanie w miejscu – samooszukiwanie się. Owszem, takie samooszukiwanie może poprawić nastrój. Uspokoić sumienie. Fajnie, prawda?, tylko do czego to prowadzi?
Spójrz z perspektywy 10 lat. Siedzisz w kapsule czasu, prosto z roku 2020 i chcesz powiedzieć coś samemu sobie. Udzielić pewnych wskazówek, dać kilka rad, przestrzec przed czymś – ale nie możesz. Kapsuła pozwala jedynie obserwować.
Pamiętacie stary już, ale wciąż pamiętny „Powrót do przyszłości”? Dla mnie było to wstrząsające odkrycie – kiedy widziałem wysiłki, jakie czynił Marty, aby życie jego rodziców i całej rodziny McFly potoczyło się nieco inaczej. Znając przyszłość ze wszystkich sił pragnął coś zmienić.
Wy też już znacie swoją przyszłość: za 10 lat nic się nie zmieni i nadal będziecie dreptać w miejscu, w którym jesteście…
Zgodzicie się z tym? Nie? To właśnie chciałem usłyszeć.
-
Jak rzucałem palenie…
Data publikacji: 4/09/2009 1 komentarzW ostatniej notce próbowałem przypomnieć sobie smak mojego ostatniego papierosa. I chociaż starałem się, nic z tego nie wyszło – nie zapamiętałem jego smaku, gdyż byłem za bardzo przejęty moją nową rolą: oto nareszcie byłem niepalący, w dodatku czułem, że tym razem naprawdę mi się uda. Praktycznie żyłem tylko i wyłącznie tym, że już nie palę.

Naprawdę tym żyłem. W tamtym czasie była to jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Niepaleniu podporządkowałem praktycznie wszystkie inne sprawy. Nic nie liczyło się bardziej. Byłem skupiony tylko i wyłącznie na swoim celu – być osobą niepalącą.
Wbrew zaleceniom wielu psychologów i terapeutów nie uciekałem myślami od papierosów. Gdzieś wewnątrz czułem, że byłoby to tylko oszukiwanie samego siebie. Próbowanie nie myślenia o papierosach i zajęcia się w tym czasie czymś innym świetnie brzmiało w teorii, jednak w praktyce o papierosach myślałem bez przerwy. Instynktownie czułem, że kiedy będę próbował zwalczyć te myśli – one powrócą ze zdwojoną siłą.
Spróbowałem innej taktyki – postanowiłem swoje myśli o paleniu oswoić. Każdą taką myśl cierpliwie filtrowałem przez swoje własne postanowienie, starając się myśleć, jakbym był już osobą niepalącą – „ocho, oto myśl o paleniu – gdybym był palący, pewnie teraz bym nerwowo sięgał po papierosy”.
Starałem się każdą myśl o papierosach tak sformułować, jakby pochodziła ona od kogoś, kto już pokonał nałóg i jest wolny. „Zaraz, zaraz, a co bym pomyślał, gdybym już był po całej batalii o niepalenie?”
Każdą niesforną myśl czy impuls do zapalenia starałem się „przytrzymać” na tyle długo, aby przestały być odruchem. Kiedy mijał pierwszy impuls, szybko odzyskiwałem kontrolę i spokój ducha – co dawało jeszcze większe poczucie siły. Kurczę, ja naprawdę potrafię oprzeć się odruchowi – powtarzałem sobie i cieszyłem się z tego jak dziecko. Od tak długiego czasu pragnąłem być niepalący, że kiedy wreszcie odstawiłem papierosy, dosłownie smakowałem każdą chwilę bez palenia. Czułem, że jeszcze nie do końca jestem niepalący – ale postanowiłem zachowywać się tak, jakbym nie palił już od co najmniej kilku lat.
Nie uciekałem też od widoku papierosów, czy osób palących. Przeciwnie – bezwstydnie i z premedytacją wykorzystywałem widok palaczy do własnych celów – do podniesienia się na duchu. Oni wszyscy wciąż palili, ciągle uwikłani byli w nałóg, z którego nie potrafili wyjść. Czułem się lepszy, czułem się silniejszy, czułem się po prostu wspaniale.
Nie wiem ile w tym wszystkim było gry aktorskiej i zwyczajnego wmawiania sobie pewnych rzeczy. Ważne, że poskutkowało. I chociaż moje poczucie wyższości nad palaczami z pewnością nie należało do uczuć pięknych – było mi wtedy potrzebne.
Wtedy wiedziałem jedno – muszę zrobić absolutnie wszystko, aby nie zapalić papierosa. Absolutnie wszystko i tylko tyle – nie trzeba robić nic więcej.
-
Nieoczywiste prawdy oczywiste
Data publikacji: 19/06/2009 SkomentujPewna bliska mi osoba stwierdziła, że to, co napisałem o palaczach, wydało jej się nazbyt… oczywiste. No cóż, zgadzam się z tym – moja wczorajsza notka przysłowiowej Ameryki nie odkrywa, chociaż jest potrzebna – jest ważnym elementem, który uświadamia (no dobrze, przypomina) osobie palącej istotę palenia.
Jak wiemy, istotą palenia nie jest reakcja na sytuacje stresowe. Tak samo, jak nie jest to sposób reagowania na czynniki pozytywne. Palenie to przede wszystkim zażywanie silnej substancji uzależniającej, narkotyku. Wiemy o tym, prawda? Ale jak często „zapominamy”? Coś, co wydaje się oczywiste, często „jakoś” nam umyka.
Kiedy paliłem, starałem się o tym w ogóle nie myśleć. Wolałem czuć się członkiem jakiegoś nieformalnego klubu ludzi wyjątkowych, kimś, kto się wyróżnia i kto chce od życia więcej. I mimo, że miałem pełną świadomość, czym jest uzależnienie, ani razu nie odniosłem tego bezpośrednio do siebie. Nigdy nie pomyślałem o sobie jak o narkomanie. Coś, co było oczywiste „ogólnie”, w moim, szczególnym wypadku już takie oczywiste się nie wydawało. O, i tak.
A tymczasem… powoli kończy się piątek. Kończy się też rok szkolny. To wszystko jednak nic, wobec faktu, że dziś razem z moją żoną mamy – tamtaradej – dziesiątą rocznicę ślubu. Tak, tak, to już dziesięć lat!
Doprawdy, trudno uwierzyć, że ze mną wytrzymałaś tyle czasu. Mi było łatwiutko. Za chwilę kupię Ci jakieś sympatyczne badylki, ale przede wszystkim wypijemy sobie szampana. A co.




Najnowsze komentarze