Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Wykształć w sobie pragnienie

    Data publikacji: 15/06/2010 Rem Skomentuj
    Było. Nic jednak nie poradzę, bo to po prostu jest najważniejsze – nie tylko w rzucaniu palenia, ale w każdym działaniu rozłożonym w czasie i wymagającym pewnego wysiłku. Jeśli czegoś naprawdę pragniesz, prawdopodobnie Ci się to uda.

    Żyjemy w świecie emocji. Co i rusz kolejne badania potwierdzają, że w naszych decyzjach – również tych wydawałoby się racjonalnych i opartych na rzeczowej analizie – kierujemy się przede wszystkim odczuciami. Wygląda to tak, jakby podczas podejmowania decyzji część analityczna naszego umysłu próbowała jakoś uzasadnić naszą emocjonalną odpowiedź. Najpierw więc zajmujemy stanowisko – w oparciu o system emocjonalny – a dopiero potem staramy się je zracjonalizować. Jeżeli zaś racjonalny osąd nie zgadza się z naszymi odczuciami… zmieniamy osąd. Proste.

    Najbliższy nam przykład: palenie papierosów. Potrafimy je uzasadnić na milion sposobów, choć żaden z nich nie ma racjonalnego oparcia.

    W jednej z wcześniej opisywanych strategii namawiałem do stworzenia na swoje potrzeby takiego mentalnego obrazu „nowego, niepalącego siebie”. Tamto ćwiczenie miało w gruncie rzeczy jeden cel – wykształcenie w sobie pragnienia niepalenia. Dziś mówimy o tym już wprost.

    Niezależnie od tego na jakim jesteś etapie zrywania starych więzów z papierosami (Twoje „nici AKA”), pracuj nad swoim pragnieniem, aby nie palić. Mózg nie znosi próżni. Kiedy starasz się zracjonalizować swoje emocjonalne przywiązanie do papierosów, ale nie zaproponujesz nic w zamian, stanie się to, o czym pisałem wcześniej: z własnymi emocjami nie masz szans. Na przekór racjonalnemu rozumowi i wbrew logicznym argumentom na rzecz rzucenia palenia pozostaniesz przy swoich emocjonalnych „złych AKA”. Jak pisze amerykański psycholog Gary Marcus, autor „Prowizorki w mózgu”, dokonując wyborów, zupełnie tracimy głowę w sytuacji konfliktu między logiką a emocjami.

    W tym starciu walka z pragnieniem nie ma szans.

    Nie pozwól na to. Nie walcz z naturą swojego mózgu, ale wykorzystaj jego własną broń – wykształć w sobie nową emocjonalną motywację. Zajmij się stworzeniem w sobie i pielęgnowaniem pragnienia bycia osobą niepalącą. Zapragnij tego. Zapragnij być kimś, kto nie pali.

    Sprawę ułatwia fakt, że jeżeli nasze pragnienia stoją w jawnej sprzeczności z logiką i rozumem – nasz system emocjonalny nie kwestionuje owej logiki wprost. Trudno polemizować z żelaznymi faktami. Zamiast tego uzależniony umysł szuka trzeciej drogi, wybiegu, najczęściej grając po prostu na zwłokę. „Oczywiście, chcę rzucić palenie… ale jeszcze nie teraz: to półrocze jest naprawdę fatalne”, „Rzucić palenie? Pewnie, że tak. Może poczekam, aż na Nowym Smaku Życia pojawią się już wszystkie strategie wyjścia? Przecież lepiej się dobrze przygotować”. Brzmi znajomo?

    Nasze niekoniecznie racjonalne pragnienia nie podejmują otwartej wojny z rozumem. Nasz przebiegły, uzależniony umysł zgadza się na pewne ustępstwa wobec „twardych faktów” w nadziei, że… w końcu nam z tym rzucaniem przejdzie. Wykorzystajmy tę furtkę – wprowadzając do umysłu konkurencyjne do palenia pragnienie.

    Jeszcze raz: zapragnij być osobą niepalącą. Podziwiaj tych, którzy nie palą. Zazdrość im. Przed snem wyobrażaj sobie jak to byłoby wspaniale, gdybyś nie palił (wymyślaj siebie). Tak, owszem, teraz jeszcze palisz (to stwierdzenie uspokaja i nieco usypia nasz uzależniony głodny umysł), ale kiedy już rzucisz – będzie wspaniale. Już teraz ciesz się na samą myśl, że rzucisz. Dosłownie wariuj na tym punkcie. Pomyśl tylko – rzucisz palenie! Wow, ale będzie!

    Nakręć się na niepalenie. Jeśli trzeba, uznaj je za ósmy cud świata. Niech kojarzy Ci się z energią, siłą i radością. Niech łączy się z Twoim obrazem „docelowego siebie” – będzie po prostu niesamowicie.

    Analizuj własne „nici AKA”… i śmiej się z nich  (ależ miałem kiedyś dziecinną motywację, by zacząć palić). Patrz na siebie i swój uzależniony umysł z sympatią i życzliwością – jak patrzy się na nieco bezradne dziecko.

    Zauważ, że to wszystko jest dosyć łatwe. Twój nałóg prawie na pewno nie będzie przeszkadzał Ci pragnąć niepalenia – przynajmniej dopóki palisz. Przecież rzucisz w przyszłości, czyli w czasie, który dla Twojego zanurzonego w teraźniejszości mózgu zwyczajnie nie istnieje. To dlatego uzależniony mózg się nie buntuje. Wykorzystaj to bezlitośnie – wprowadź do swego umysłu pozytywnego wirusa. Doprowadź się do stanu, w którym rzucenie palenia stanie się czymś oczekiwanym i pożądanym. Im więcej włożysz wysiłku w wykształcenie i rozwój pragnienia niepalenia, tym bardziej będziesz gotowy, aby to rzeczywiście zrobić.

    Aż pewnego dnia zdziwisz się – bo możesz doprowadzić swoje pragnienia do takiego stanu, że rzucenie palenia stanie się dla Ciebie czymś przyjemnym. Nie powiedziałem łatwym, czy jakoś niezauważalnie błyskawicznym (na przykład w ciągu jednej nocy). Przypomnij sobie jednak te wszystkie działania, wymagające jakiegoś wysiłku, które podejmowałeś ochoczo, ponieważ z utęsknieniem wyczekiwałeś nagrody. Zatęsknij za wolnością od nikotyny – Twoją wielką nagrodą.

    Nie musi być łatwo. Ale jeśli będzie to bardzo, bardzo oczekiwane, to już sam proces rzucania dostarczy Ci przyjemnego poczucia, że realizujesz swoje marzenie.

    Do roboty.

  • Wymyśl siebie

    Data publikacji: 19/05/2010 Rem Skomentuj
    Tak naprawdę jestem człowiekiem sukcesu. Działam skutecznie. Moje interesy idą ostatnio nadzwyczaj dobrze, ja zaś mogę zajmować się tym, co lubię – prowadzę znakomitego bloga, który odmienia tysiące ludzi. Mam wielu fanów i ludzie uwielbiają mnie.

    Prawie się rozpłakałem, kiedy to pisałem. No, może nie z rozpaczy, czy żalu, że rzeczywistość jest bardziej prozaiczna, ale raczej z rozrzewnienia: ale by było! Jeździłbym sobie swoim złotym mercedesem i łaskawie pomagał światu… Ech, co za życie.

    Jeżeli do czegoś dążysz – na przykład chcesz rzucić palenie – poradzę Ci coś: wymyśl samego siebie – stwórz w umyśle obraz osoby, jaką chciałbyś być.

    Zdefiniuj siebie: wyobraź sobie rezultat końcowy. Oto jesteś już po wielu miesiącach pracy nad sobą, rozwoju, realizacji własnych celów i zamierzeń – jaką osobą się stałeś? Popuść wodze wyobraźni: jak się zachowujesz? jak myślisz? czy jesteś osobą zdecydowaną, skoncentrowaną, czy swoim zachowaniem inspirujesz innych, zadziwiasz znajomych i rodzinę?

    W technice tej stwarzasz w wyobraźni swoją nową osobowość. Robisz to z rozmysłem – nie od razu, nie jednego wieczora, ale pracujesz nad tą swoją wyobrażoną osobowością tak długo, jak to wyda Ci się konieczne. To może trwać wiele dni, tygodni, czy miesięcy – im dłużej tym lepiej. Dodajesz szczegóły, wyobrażasz sobie zachowanie tego „docelowego siebie” w konkretnych sytuacjach. Może w myślach odgrywasz pewne scenki ze sobą – tym „nowym” – w roli głównej? Chodzi o to, by Twoja wyobrażona osobowość stała się dla Ciebie czymś tak oczywistym, tak doskonale znanym, jakby była to rzeczywista osoba z krwi i kości. Taki Twój najbliższy kumpel.

    Przy tworzeniu w umyśle wyraźnego obrazu pożądanej osobowości można „pożyczyć” sobie osobowość kogoś, kto nam imponuje. Wzorujesz się na znanym aktorze, sportowcu, może pisarzu albo biznesmenie. Kimś, kogo cechy wprawiają Cię w zadziwienie i niemal zachwyt. Nieistotne jest tu, jaka ta osoba jest naprawdę, ale to, jak my ją postrzegamy: chodzi o te cechy, które przypisujemy naszemu idolowi, a nie te, które rzeczywiście on posiada.

    Nie radzę jednak skupiać się na tych cechach, których zwyczajnie nie posiadasz. Chodzi o to, żebyś mógł uwierzyć w to, co mógłbyś osiągnąć. Co z tego, że chciałbyś być koszykarzem jak Gortat, jeśli masz metr sześćdziesiąt i dwie lewe ręce? Najtrudniej uwierzyć w cechy namacalne: budowa ciała, wygląd, predyspozycje fizyczne. Co ciekawe, w dziedzinie predyspozycji psychicznych już takich wyraźnych ograniczeń zazwyczaj nie czujemy. Możesz zdawać sobie sprawę, że nie uda Ci się dołączyć do Orlando Magic, ale prawie na pewno uważasz, że potrafisz być jak Gortat: wytrwały, konsekwentny i… sympatyczny. Oczywiście, gdybyś tylko chciał.

    Oczywiście jeśli Twoim zamierzeniem jest rzucić palenie – wymyślasz siebie niepalącego. Napawasz się własnym wyobrażonym zwycięstwem nad papierosami. Wyobrażasz sobie siebie w tych wszystkich sytuacjach, kiedy odmawiasz, kiedy nie zapalasz i czujesz z tego powodu ogromną satysfakcję.

    Pamiętaj jednak, że to tylko etap. Pewna technika. Ćwiczenie, które wywołuje w Twoim umyśle pozytywny obraz Twojego niepalenia. Nie niepalenia w ogóle. Twojego. Osobistego. Tylko tak w Twoim mózgu mogą wyryć się nowe ścieżki, związane z satysfakcją z niepalenia. Tylko wtedy, kiedy będzie to wywoływało w Tobie osobiste, pozytywne emocje, strategia „wymyślania siebie” przyniesie Ci rzeczywiste korzyści.

    Samo się jednak nie zrobi. Nie zapominaj o tym. Samo „wymyślanie siebie” nie spowoduje, że papierosy znikną. Możesz przygotować się mentalnie na niepalenie. Spowodować, że wizja siebie niepalącego stanie się atrakcyjna, plastyczna i niemal namacalna. Jeśli jednak na tym poprzestaniesz… nic się nie wydarzy. Nie wpadaj w świat nigdy nie kończących się marzeń, wiecznego snucia wizji. Pamiętaj: nie stwarzasz mentalnego siebie, by żyć złudzeniami, ale aby ułatwić sobie działanie. Działanie.

    O tym jednak będziemy mówić w następnych strategiach.

    Zgadzasz się z tym? Uważasz, że to bzdury? A może w Twoim przypadku podobna taktyka okazała się również skuteczna? Napisz: rem@nowysmakzycia.pl

  • Wiesz wszystko, co trzeba

    Data publikacji: 2/03/2010 Rem Skomentuj
    Muszę się do czegoś przyznać: mój przedostatni tekst – ten o supermetodzie – wyrwał mi się spod kontroli. Tak naprawdę chciałem tylko napisać, że to, czego potrzebujemy do zmian w naszym życiu, już w nas istnieje.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swoje cele czy dokonać mniej lub bardziej doniosłych zmian w swoim życiu. Niejednokrotnie jest to wiedza intuicyjna – nie tyle może wiemy, co pewne rzeczy wyczuwamy. Najczęściej to, co zamierzamy, wymaga po prostu pewnej konsekwencji i czasu – co oczywiście zniechęca – jednak nie kwestionujemy samego procesu. Mało tego, jesteśmy skłonni uznać go nawet za niezbędny. Umiejętność gry na gitarze wymaga pewnej ilości konkretnych ćwiczeń i chyba mało kto wierzy, że można tego dokonać np. za pomocą odpowiednio dobranej diety. To samo dotyczy narzędzi – są nam w większości doskonale znane i akceptowane. Umiejętność pływania zdobywamy w wodzie – chociażby na basenie – natomiast nauka jazdy na nartach zazwyczaj wymaga wyprawy nad jakąś górę. Są to rzeczy proste i dość oczywiste.

    Pewna moja znajoma chce schudnąć. Właściwie odkąd pamiętam jest albo tuż przed, albo w trakcie, albo tuż po jakiejś świetnej diecie. Przez większą część czasu moja koleżanka martwi się swoją wagą albo żyje nadzieją, że tym razem musi się udać – w myśl zasady teraz albo nigdy. Kiedy rozmawiam z nią na ten temat przyznaje, że wie, co powinna zrobić, wie jak to zrobić i tylko… jakoś jej nie wychodzi.

    Sprawdziłem jej metody. Moim zdaniem są całkiem rozsądne. Wiedza mojej znajomej na temat prawidłowego odżywiania,  właściwej diety i tych wszystkich co-ile-ma-kalorii jest naprawdę imponująca. Mówiąc krótko – moja koleżanka naprawdę wie to, co potrzeba, aby zrealizować swój cel.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swój cel. Jeżeli jest to zamierzenie choć trochę poważne, w taki czy inny sposób zdobywamy wiedzę na ten temat. Poznajemy metody, narzędzia – wszystko, co jest konieczne. Z czasem możemy wręcz stać się w naszej dziedzinie prawdziwymi ekspertami. Tak jak moja koleżanka.

    Dlaczego jednak to nie działa? Dlaczego wiedza nie wystarcza? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele – można je wszystkie podzielić na kilka grup. Przytaczam tutaj dwie:

    1. Twój emocjonalny mózg zawsze wie lepiej. Możesz mieć całkiem sporą wiedzę na temat osiągnięcia swojego celu. Znać metody i strategie. Wszystko to jednak zawsze przegrywa z emocjami. Było to już wielokrotnie dowodzone: analityczna część naszego mózgu zawsze służy pomocą, zawsze chętnie dzieli się swoją wiedzą, przedstawia szereg racjonalnych argumentów, ale to część emocjonalna rządzi. Przypomina to trochę naradę w firmie – doradcy przekazują swoje dogłębne analizy rynku, dane statystyczne, rachunek strat i zysków i przekonują do swoich racji, ale to szef furiat ma prawo głosu i ostatecznie zrobi to, co będzie mu się chciało. To właśnie dlatego cały czas, do znudzenia, niemal bez przerwy powtarzam tę mantrę: musisz pokochać to, co chcesz zrobić. W starciu z emocjami nie masz bowiem żadnych szans. Jest to pierwotna, podstawowa przyczyna niepowodzeń. Wszystkie inne tak naprawdę są jej pochodną.

    2. Paraliż analityczny. Wciąż poszukujesz nowych informacji. Do zmiany przygotowujesz się jak na wojnę. Chcesz wiedzieć dosłownie wszystko na dany temat. Nic nie może cię zaskoczyć. Cierpisz na syndrom doskonałości. Mija pewien czas i nagle odkrywasz, że już samo poznawanie tego, z czym chcesz się zmierzyć daje ci poczucie, że… coś przecież robisz. Nie jesteś bezczynny. Gromadzisz przecież wiedzę, opracowujesz taktykę, planujesz – słowem: przygotowujesz się. Po jakimś czasie możesz mieć w zanadrzu kilka świetnych strategii. Działasz? Nie, w żadnym wypadku! Teraz musisz zdobyć jeszcze więcej informacji, aby – zanim cokolwiek zrobisz – mieć pewność, że wybrałeś strategię najlepszą, gwarantującą sukces. Paraliż analityczny to świetna sztuczka mózgu, mająca uspokoić twoje sumienie, a jednocześnie działać w zgodzie z wytycznymi wyznaczonymi przez twoje emocje, pragnienia i namiętności.

    Jedyne, co musisz zrobić, to przekonać swój mózg, że będzie ekscytująco.

    Powtórzyć swoją mantrę? U podstaw wszelkich efektywnych metod i sposobów na zmiany w naszym życiu leżą nasze emocje. Nie musicie daleko szukać, gdyż prawdopodobnie już wiecie, co macie robić. No dobrze – a jak sprawdzić, czy to co wiecie, może być skuteczne? Podpowiedzą wam… wasze emocje. Jeżeli na myśl o potrzebnym (według was samych) działaniu poczujecie nieprzyjemny skurcz w żołądku, będzie to znak, że jesteście na dobrym tropie. To znak, że wasz emocjonalny mózg trochę się zaniepokoił – on już poczuł, że to o czym myślicie może być groźne dla jego wygodnego świata. Emocjonalny mózg nie cierpi zmian i momentalnie wyczuwa, kiedy ma do czynienia z realnym zagrożeniem.

    Kiedy już poczujecie ten skurcz w żołądku (a co niektórym zrobi się wręcz słabo) – oznacza to, że stoicie przed właściwą drogą. Pozostaje wam tylko jakoś przekonać swój mózg, że będzie ciekawie, ekscytująco, że cała ta droga to będzie coś niesamowitego.

  • Dlaczego wciąż nam nie wychodzi?

    Data publikacji: 1/02/2010 Rem Skomentuj
    Znacie kogoś, kto dość regularnie zamierza się odchudzać? A może kogoś, kto co jakiś czas postanawia uprawiać jogging, zdrowo się odżywiać albo nauczyć się wreszcie hiszpańskiego? Zresztą, czy tak naprawdę musimy szukać daleko? Kiedy ostatnio nasze własne postanowienia znowu legły w gruzach?

    Bardzo możliwe, że osobiście znacie to uczucie: stoicie właśnie nad ruinami waszych zamierzeń, które jeszcze wczoraj wydawały się takie niewzruszone, patrzycie na dymiące jeszcze zgliszcza i z przygnębieniem dociera do was, że po raz kolejny się nie udało. Kolejny upadek – o jedno pudełko czekoladek za dużo, znowu nie udało się znaleźć czasu na bieganie, plany rzucania palenia legły pod naporem trudnej sytuacji w pracy albo w domu. Zaraz po uczuciu przygnębienia możecie spróbować się pocieszyć: no dobrze, od jutra znowu dieta, jak tylko się uspokoi w pracy, rzucę palenie, od przyszłego tygodnia to już na pewno biegam. I tak dalej, wciąż dalej, wciąż podobnie i z podobnym skutkiem.

    Dlaczego wciąż nam nie wychodzi? Czy to jakieś fatum ciąży nad naszymi głowami? Dlaczego zawsze, kiedy chciałem rzucać palenie, w moim życiu niemal natychmiast pojawiała się setka okoliczności, które to postanowienie torpedowały? Nagle atmosfera w firmie stawała się nie do zniesienia – jedyne ukojenie pochodziło od małego „dymka”. Niemal z dnia na dzień przybywało obowiązków – cała góra morderczej pracy, wymagającej dwudziestu papierosów dziennie.  Niekiedy zaczynał boleć ząb. A kiedy akurat nic specjalnego się nie działo i wydawało się, że nareszcie jest dobry czas na rzucanie, ni stąd ni zowąd przychodziło natchnienie i pomysł na… na przykład na napisanie świetnej powieści (było dla mnie rzeczą oczywistą, że proces twórczy wymaga naprawdę sporej ilości papierosów).

    Moja walka z nałogiem to było takie ciągłe zmaganie się z „przeciwnościami”. Jeśli wierzyć psychologom, większość z nich sam nieświadomie tworzyłem. Dlaczego? Wszystko po to, aby nie udało mi się zrealizować swojego własnego zamierzenia. Głupie, prawda? A jednak to prawda: kiedy człowiek postanawia wejść na nowe tereny (np. życie bez palenia), gdzieś w jego umyśle pojawia się niepokój, wywołany próbą opuszczenia miejsca, gdzie wszystko było stare, znajome i sprawdzone. Popielniczka w tym starym świecie to ostoja i gwarancja świętego spokoju czyli – zdaniem naszego mózgu -  szczytu wszelkiego dostępnego człowiekowi szczęścia.

    Nasze nachalne kolory przyprawiają mnie o mdłości, ale lepsze to niż, jakieś nieznane i zapewne groźne PASTELE

    Każdy z nas ma swoją własną strefę komfortu. Przebywając w niej czujemy się bezpiecznie, znajomo i po prostu dobrze. Tutaj jesteśmy „na miejscu”. Tutaj czujemy się sobą… i nawet jeżeli nie czujemy się ze sobą zbyt dobrze, to mimo wszystko wolimy to, niż cokolwiek obcego – zapewne znacznie gorszego…

    Badania nie pozostawiają wątpliwości. Przygniatająca większość ludzi jest skłonna prowadzić swój dawny tryb życia mimo świadomości, iż jest on niezdrowy, a nawet zagraża ich życiu. Mowa tu nie tylko o nałogowych palaczach czy uzależnionych od innych niebezpiecznych substancji. Może już o tym pisałem: około 90% chorych na serce po leczeniu powraca do dawnych, szkodliwych przyzwyczajeń mimo, iż mają świadomość, że może to oznaczać niemal pewny wyrok.

    Istnieje bardzo wiele wyjaśnień i odpowiedzi, dlaczego tak wiele naszych światłych zamierzeń spala na panewce. Dlaczego tak wielu z nas wciąż miota się w swoich planach, dlaczego znowu pojawia się efekt jo-jo. Moim zdaniem wszystkie te odpowiedzi można sprowadzić do tej jednej kwestii: strefa komfortu. Coś siedzącego bardzo głęboko w nas uważa, że naszej strefy komfortu należy bronić jak niepodległości – nawet za cenę życia.

    No dobrze, ale skoro tak, to co właściwie możemy zrobić? Moja odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli chcemy przeprowadzić trwałe zmiany, musimy jak najszybciej zmienić swoją strefę komfortu. Przesunąć ją i poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe zachowania i nowe źródła przyjemności.

    Jeżeli uda ci się spowodować, że pokochasz jogging – przestanie to być już tylko „zamierzenie”, a stanie się czymś wręcz pożądanym. Jeżeli naprawdę uda ci się przekonać do sałaty, kiełek i jogurtu, być może okaże się pewnego dnia, że ważysz mniej i czujesz się lepiej. Nie chodzi tu o dietę-cud, którą – ech… – musisz stosować dwa miesiące, cztery dni i jedenaście godzin, a potem – hura! – powrócić do dawnego trybu życia. Chodzi raczej o nowy sposób odżywiania: taki, który stanie się częścią ciebie.

    Sprawdziłem to dokładnie i wiem, że jedyna trwała droga wyjścia z dawnej strefy komfortu, to droga, która sama w sobie będzie dla nas atrakcyjna, droga, która prowadzi ku radości, do poczucia spełnienia i szczęścia. Brzmi nieźle, prawda?

    Jeżeli więc chcecie zrobić coś ważnego w swoim życiu, przede wszystkim zadbajcie o to, aby było to przyjemne.

  • Mapa Myśli, czyli notowanie dla twardzieli

    Data publikacji: 12/01/2010 Rem Ilość komentarzy: 4
    Pamiętacie moją przedostatnią notkę? Jestem ciekaw, jak wiele osób po lekturze tamtego tekstu rzeczywiście zastanowiło się, co by sprawiło, aby ten rok przeszedł do historii jako nadzwyczaj udany. Ciekawe, ilu z was wzięło do ręki jakiś notes, aby to zapisać.

    Wstydliwie przyznam, że również ja, po publikacji swojego tekstu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się do swoich zajęć i dopiero po trzech dniach zorientowałem się, że tak naprawdę sam nie stosuję się do własnych porad. Nieco zawstydzony sięgnąłem więc po notes, aby napisać listę rzeczy, które uczyniłyby ten rok ekscytującym.

    Nie jest to jednak tak łatwe zadanie, jak by się wydawało. Dopóki wszystko tkwiło sobie bezpiecznie w głowie… wydawało się niemal oczywiste. Z chwilą, kiedy nad czystą kartką zawisł złowieszczy cień ostrej jak brzytwa stalówki, moje wielkie myśli, moje wspaniałe plany i zamierzenia… pierzchły w popłochu. Zupełnie, jakby nagle przestraszyły się, że… mogłyby zostać zrealizowane! Mój wielki, wspaniały rok 2010 przy bliższym poznaniu okazał się nieco chaotyczną plątaniną pragnień, z których co najmniej połowę bałem się utrwalać na papierze. A nuż okażą się nierealne? Może za dużo chcę? Nie uda mi się i wyjdę na durnia. No cóż, na samą myśl o możliwej porażce odechciało mi się czegokolwiek zapisywać.

    Poza tym… hm… prawdziwi twardziele nigdy niczego nie zapisują, no nie? – próbowałem jeszcze nieśmiało bronić się przed pisaniem.

    Ostatecznie coś tam naskrobałem… a przy okazji na własnej skórze poznałem dwie podstawowe przyczyny, dla których tak rzadko planujemy cokolwiek na papierze (mało kto wychodzi poza listę zakupów w supermarkecie – pisałem o tym we wrześniu). Pierwsza przyczyna wynika z obawy, że odniesiemy porażkę, druga: że takie zapisywanie to dowód słabości charakteru (nie zapominajmy, że twardzielom wszystko w życiu przychodzi samo).

    Długo myślałem, jak rozwiązać problem notowania. Tak, żeby robić to bez poczucia klęski (nie jestem twardzielem…) i bez niebezpieczeństwa, że klęskę poniosę (a nuż się nie sprawdzi?).

    I wiecie co wymyśliłem? Skoro tradycyjne zapisywanie własnych pragnień i marzeń kojarzy się z czynnością wykonywaną przez zagubioną nastolatkę w zamykanym na małą kłódeczkę notesiku, a poza tym skoro tradycyjny zapis wyzwala w nas poczucie nieuchronności, zobowiązania, czegoś, czego nie da się już odwołać… to może po prostu zmienić sposób notowania?

    Rozwiązanie, jakie wypróbowałem i jakie proponuję to „mapa myśli” (ang. mind map). Taki sposób zapisywania własnych planów ma prawie same zalety. Nie kojarzy się z pamiętnikiem naszej siostrzenicy, nie wydaje się też tak totalny – może dlatego, że przyzwyczajeni do pisma linearnego, nie postrzegamy takiej mapy myśli jako zobowiązania, które zbyt natarczywie przymusza nas do realizacji planów.

    Mapa myśli kojarzy się raczej z burzą mózgów, z procesem kreatywnym, jest nieortodoksyjna, bliższa geniuszom, niż wyrobnikom. Jeśli wierzyć naukowcom, uaktywnia obie półkule mózgu (co ułatwia przyswajanie informacji), chociaż dla mnie ważniejsze jest to, że taka mapa potrafi być szalenie czytelna – wystarczy jeden rzut oka, by zorientować się w temacie.

    Co tu dużo gadać, po prostu wypróbowałem to. Poszukałem na dysku nieco już zapomnianego (kiedyś się tym trochę bawiłem) FreeMinda, jednak zabawa nabrała rumieńców, kiedy pobrałem nowszą wersję. Prawdę mówiąc nie chciało mi się rysować mapy na zwykłej kartce (tak naprawdę chciałem tylko zrobić jakąś stosunkowo szybką graficzną reprezentację swoich planów). FreeMind w nowym wydaniu okazał się tak przyjazny i szybki, że od razu pomyślałem, iż muszę o tym napisać na blogu.  Z rozpędu stworzyłem też taką oto notatkę przykładową:

    Kliknijcie na obrazek, aby zobaczyć jak fajnie FreeMind działa (w podanym linku macie mapę weksportowaną do flasha). Mapę można przesuwać, rozwijać i zwijać gałęzie, klikać na linki. Ważniejsze rzeczy można pogrubić, zmienić im kolor i wielkość czcionki, dodawać notatki itd. Czyż taki zapis waszych planów (czy czegokolwiek innego) nie wydaje się urzekająco czytelny (a przy okazji łatwo edytowalny)?

    Oczywiście jest wiele programów do robienia map myśli. FreeMind jest jednak projektem darmowym, non-profit, tworzonym przez zapaleńców. Naprawdę polecam: na stronie projektu możecie pobrać ostatnią wersję stabilną (0.8.1), chociaż ja wybrałem wersję 0.9.0: ma m.in. eksport do Flasha (wasze notatki na stronie www) oraz jest kompatybilna z podobną aplikacją, jaką mam w telefonie (niestety, tylko dla platformy Android). Jednym z nielicznych mankamentów programu jest brak możliwości zabezpieczania map hasłem – zatem uważajcie, kto ma dostęp do waszych plików albo zabezpieczcie je w inny sposób.

    Jeżeli więc z różnych względów nie zapisaliście jeszcze listy rzeczy, które uczynią ten rok udanym, gorąco polecam wam stworzenie swojej własnej Mapy Myśli na ten temat. Możecie to zrobić ręcznie, ale być może łatwiej będzie wam zrobić to na komputerze. Projekt można wydrukować, a następnie – by nie zapomnieć o własnych planach – …wkleić do waszego notesika zamykanego na kłódkę.

    No cóż, w moim notesiku mapa „2010″ wygląda ekscytująco.

  • Biologiczna Teoria Wszystkiego

    Data publikacji: 21/10/2009 Rem Skomentuj
    W pradawnych, mrocznych czasach, kiedy nie było jeszcze poradników życiowych, pouczających blogów ani instrukcji obsługi do czegokolwiek, człowiek nie miał właściwie większych szans na przetrwanie. Na szczęście w porę zauważyła to natura, która wyposażyła ludzkość w bardzo prosty mechanizm: jeśli robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę.

    mozgpudloWszystko działało bez zarzutu, przynajmniej na początku. Ludzie szukali pożywienia, chronili się przed niebezpieczeństwem i rozmnażali się, zaludniając nasza piękną planetę, a przy okazji czerpiąc z tego tytułu niejakie przyjemności. Tak właśnie to działało – ugryzłeś udziec mamuta, zaspokajając potrzebę dostarczenia do organizmu niezbędnych składników odżywczych – twój mózg częstował cię impulsem wyzwalającym uczucie przyjemności. Podobnie działo się z pozostałymi czynnościami fizjologicznymi. Jeśli – zdaniem mózgu – robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę. Proste.

    Co ciekawe, natura okazała się dość elastyczna i przewidziała, że niektóre działania człowieka nie muszą prowadzić bezpośrednio do przetrwania gatunku (chociaż w ostatecznym rozrachunku właśnie do tego wszystko miałoby się sprowadzać). W wyniku owej elastyczności przyjemność wyzwala w nas nie tylko uganianie się za antylopą, ale też snucie filozoficznych rozważań, kiedy ta piecze się już na wolnym ogniu.

    Jeszcze nie wiem, jaki wpływ na przetrwanie gatunku ma prowadzenie bloga, ale z pewnością jest to coś co wyzwala mechanizm nagrody. Inaczej bym przecież tego nie robił, prawda? Kto wie, być może gdzieś w moich zwojach mózgowych zrodziła się szaleńcza myśl, że w przyszłości zapewni mi to utrzymanie rodziny? Hm… to może chociaż da mi powodzenie u płci przeciwnej? ;)

    Zgodnie z biologiczną teorią wszystkiego, u podstaw wszelkich działań człowieka leży pragnienie odczucia przyjemności. Każda nasza czynność służy tylko i wyłącznie jednemu – poczuć ten interesujący apetyczny impuls elektryczny w jądrze podstawnym mózgu. Wszystkim zatem rządzi mechanizm nagrody, wynaleziony z braku instrukcji obsługi świata. (Mojżesz miał się pojawić dopiero za długie tysiące lat.)

    Niestety, jak powiedziałem, wszystko działało do czasu. Natura po prostu nie przewidziała, jak sprytną i przebiegłą istotą może okazać się homo sapiens. Jako gatunek z gruntu leniwy, musiał on wcześniej czy później zauważyć, że w mechanizmie nagrody – mającym pierwotnie nas chronić – są poważne uchybienia. Dziś mówilibyśmy o luce krytycznej, zaś Microsoft przysłałby nam uaktualnienie z odpowiednią łatą, wtedy jednak naturze pozostało tylko bezradnie przyglądać się jak pierwsi hakerzy łamią zabezpieczenia. Byli to oczywiście plemienni czarownicy ze swoim sfermentowanym sokiem owocowym i garściami podsuszonych liści. Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie, podobnie zresztą jak nadpsuty sok, powodując wzmożoną produkcję przyjemności – i tak zaczęła się era uzależnień.

    plemie

    Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie i tak rozpoczęła się era uzależnień

    Kiedy człowiek odkrył drogę na skróty, było już po herbacie. Mechanizm, który miał nas chronić, stał się niebezpieczną zabawką, wykorzystywaną dla doraźnej przyjemności. Po co znosić egzystencjalny trud życia, zmuszający człowieka do podejmowania jakichś tam działań, kiedy można prościej. Substancje psychoaktywne okazały się dość łatwe w zdobyciu i stosowaniu. Kiedy więc upadł monopol czarowników na stymulację dopaminową, ludzkość, w dążeniu do nieustającej przyjemności, wymyśliła papierosy.

    Na początku wydawały się produktem niemal idealnym: nie powodowały halucynacji, nie zagrażały integralności stosunków społecznych, a nade wszystko dostarczały upragnioną maleńką porcję przyjemności. Kto by się tam przejmował faktem, że przy okazji powodowały spustoszenie w całym biologicznym mechanizmie nagrody, zaburzając produkcję dopaminy i uzależniając organizm od kolejnych dawek.

  • Jak długo trwa rzucanie palenia?

    Data publikacji: 7/10/2009 Rem Ilość komentarzy: 7
    old_clockDzisiejsza notka mogłaby być krótka: człowiek rzuca palenie w dwadzieścia jeden dni, czternaście godzin i siedem minut. Fajnie? Dobrze by było. Niestety, nie jest to takie proste…

    Zanim jednak zajmiemy się liczeniem dni czy tygodni, ustalmy, o jaki okres nam chodzi. W najszerszym znaczeniu proces rzucania palenia zaczyna się od pierwszych myśli o rzucaniu, aż do podjęcia decyzji i dalej – od decyzji po wypalenie „ostatniego papierosa” – koniec zaś całego procesu to moment, w którym uświadamiamy sobie, że jesteśmy wolni. Taki moment po prostu nadchodzi. No chyba, że mimo odstawienia papierosów, nie rozstaniemy się z nimi mentalnie.

    Trudno cokolwiek powiedzieć o czasie, jaki upływa od pierwszych rozważań, do podjęcia realnych działań. Jest to sprawa tak dalece indywidualna, że chyba nie da się ująć jej w jakiekolwiek ramy. Są ludzie, którzy w poniedziałek zaczynają zastanawiać się nad rzuceniem, w czwartek podejmują konkretną decyzję, a w niedzielę wypalają swojego „ostatniego”. Są też tacy, którzy zbierają się w sobie, przygotowują psychicznie (zazwyczaj przygotowując się na najgorsze), podejmują kilka mniej lub bardziej poważnych prób rzucenia, całość zaś trwa miesiącami czy wręcz latami. Rekordziści – tacy jak ja (absolutna czołówka światowa) rzucają palenie nawet przez dwadzieścia lat. Straszne, prawda?

    No dobrze – podjęliśmy już decyzję (minęło dwadzieścia lat – gratulacje). Wszystkie popielniczki wylądowały już w koszu. Znamy na pamięć siedem podręczników rzucania palenia oraz na wyrywki wszystkie teksty z Nowego Smaku Życia. Właśnie wypaliliśmy ostatniego papierosa i – wreszcie, wreszcie, wreszcie – nie palimy.

    Jak długo musimy czekać, aby nasze niepalenie stało się dla nas czymś naturalnym – podobnie jak u ludzi niepalących? Innymi słowy – ile dni niepewności i wyrzeczeń nas czeka zanim nie poczujemy prawdziwej, realnej wolności?

    Jakiś czas temu pisałem o pewnej nauczycielce, której udało się to w jedną noc, chociaż nie do końca wynikło to z jakichś jej konkretnych działań – ot samo przyszło. Z tego też powodu lepszy byłby przykład tych wszystkich ludzi, którzy pod wpływem silnego bodźca dosłownie „w jednej chwili” stawali się osobami niepalącym. Ich przemiana dokonywała się natychmiast, jednego dnia.

    Chyba najsłynniejszym takim przypadkiem był Allen Carr. Rzucał wiele, wiele razy (skąd my to znamy?), aż pewnego dnia – zrozpaczony i zdesperowany – nagle zrozumiał, czym w istocie jest palenie. Zrozumienie to spłynęło na niego tak nagle i dobitnie, że w jednej chwili pojął, że tym razem mu się uda. I udało się.

    Wiele osób rozstaje się z nałogiem w czasie, jaki przewidziany został na pełną terapię środkami NTZ, czyli nikotynowej terapii zastępczej – plastrami, gumami czy cukierkami zawierającymi nikotynę. W tym wypadku okres „rzucania” trwa do 10 tygodni – w zależności od stopnia uzależnienia i poziomu, od jakiego zaczynamy.

    A jak było w moim przypadku? Od ostatniego papierosa, jakiego wypaliłem do momentu, kiedy poczułem się w pełni wolny od nałogu, upłynął mniej więcej tydzień. Napiszę o tym w innym czasie.

    Jak długo zatem trwa czas „przemiany”? Ujmując rzecz biologicznie – jak dużo czasu potrzebuje nasz mózg na „posprzątanie” po papierosach (wykształcenie nowych połączeń, zacieranie starych, „papierosowych”). Ile trwa takie przeprogramowanie mózgu? Spotkać się można z dość rozbieżnymi opiniami. Na przykład znany autorytet w dziedzinie motywacji i rozwoju Brian Tracy twierdzi, że dzieje się to przez około 21 dni. Z kolei M.J. Ryan, autorka inspirującej książki o postanowieniach noworocznych (polecam), pisała o 6 miesiącach. Spora liczba psychologów i badaczy behawioralnych mówi o okresie od 20 do 70 dni (ci sami badacze zgadzają się jednak, że zmiany mogą zachodzić zarówno dużo szybciej, jak i dużo wolniej). Co odpowiada za tak dużą rozpiętość?

    Chyba wszyscy znawcy tematu zgadzają się, że czynnikiem decydującym jest zaangażowanie emocjonalne. Nasz mózg (który musi nadążać nie tylko za naszym umysłem, ale i emocjami) po raz kolejny okazuje się niezwykle elastyczny. Potężny ładunek emocjonalny, towarzyszący olśnieniu, nawróceniu religijnemu czy przeżyciu katharsis wyzwala niemal natychmiast potężną autostradę w mózgu. Im jest coś dla nas ważniejsze, tym szybciej i pewniej w tę stronę podążają nie tylko nasze myśli i uczucia, ale i nasz fizyczny organizm.

    To nasze zaangażowanie, determinacja, nasze silne pragnienie decyduje o czasie, jaki ostatecznie potrzebny jest na rozstanie się z „umysłem palacza”. Nie muszę chyba mówić o roli wiary i przekonania, że się uda.

    W ostatniej notce przytaczałem statystyki, które potwierdzają, że samo odstawienie papierosów i uporczywe, dramatyczne, często wręcz heroiczne trzymanie się abstynencji zazwyczaj nie skutkuje – wcześniej czy później pojawi się sytuacja-pretekst, która przekreśli naszą z takim trudem utrzymywaną abstynencję. Powrót do palenia staje się wtedy dla palacza wyzwoleniem od męczarni i ciężkiego okresu wyrzeczeń.

    Dlaczego jednym się udaje dość szybko, inni zaś mimo wielu tygodni i miesięcy niepalenia wciąż nie czują się wolni? Odpowiedź jest prosta – oni wcale nie rzucili palenia. Mentalnie pozostali palaczami. Nadal pragną to robić – a świadomość, że nie mogą (bo tak przecież postanowili, albo – co gorsza – tak postanowili za nich lekarze, rodzina czy współpracownicy) wywołuje dodatkowe napięcia i jeszcze bardziej wzmaga chęć zapalenia.

    Rzucenie palenia powinno być pragnieniem. Powinno łączyć się z zaangażowaniem emocjonalnym. Sama abstynencja zazwyczaj jest nieskuteczna i często przynosi mnóstwo niepotrzebnych napięć. Ważniejsze jest pozbycie się „umysłu palacza”. Najlepszy – o ile nie jedyny – sposób, to pragnienie niepalenia. A im większe pragnienie, tym krótszy czas potrzebny na „przeprogramowanie umysłu”.

    A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że jeśli starujemy z wielkim zaangażowaniem, nadzieją i pragnieniem to nie musimy czekać na „moment olśnienia”, o którym mówił Carr, a który nadchodzi w chwili poczucia wyzwolenia od nałogu. Jeżeli nasze pragnienie niepalenia będzie wystarczająco silne, już od początku okres „uwalniania od nałogu” będzie znacznie łatwiejszy – codzienne, cogodzinne małe zwycięstwa, codzienna świadomość, że oto stajemy się niepalący, z każdym dniem mocniejsze przekonanie i nadzieja – przy takim nastawieniu moment wyzwolenia stanie się już nie tylko czymś, na co czekamy, ale zwyczajną, prostą konsekwencją. Czymś, co nastąpi szybciej, niż się tego spodziewaliśmy.

  • Nie pal, weź pigułkę

    Data publikacji: 22/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 7
    Być może już wkrótce rzucanie palenia będzie przypominało walkę z przeziębieniem – po wizycie u lekarza otrzymamy receptę na odpowiednie pigułki, których zażywanie dwa razy dziennie po jedzeniu szybko i bezboleśnie uwolni nas od nałogu.

    pigulki

    Jak możemy przeczytać w październikowym Focusie, prace nad taką „pigułką od uzależnień” cały czas trwają. Naukowcom udało się już dość precyzyjnie ustalić, które rejony mózgu odpowiedzialne są za powstawanie i rozwój nałogów, jednak jak dotąd nie znaleziono jeszcze skutecznego leku, który całkowicie zablokowałby i tym samym „wyłączył” nasze uzależnienia.

    Co jest odpowiedzialne za rozwój uzależnień? Tak tak, to nasza stara dobra znajoma – dopamina. Z punktu widzenia mózgu palenie papierosów jest w zasadzie tym samym, co przyjmowanie narkotyków, picie alkoholu, ale też uzależnienie od hazardu czy… chociażby Internetu. Mechanizm napędzający uzależnienia to znany nam mechanizm nagrody – zażywamy określone środki psychoaktywne albo wykonujemy określone czynności po to, aby otrzymać nagrodę – uczucie satysfakcji, szczęścia, a nawet euforii – wywoływane przez dopaminę.

    dr Nora Volkow

    Uzależnienia są łudząco podobne w swoim wymiarze fizjologicznym – twierdzi coraz więcej naukowców i lekarzy. Uzależnienie powstaje na skutek zmian w mózgu, które prowadzą do zaburzeń zachowania – mówi dr Nora Volkow kierująca National Institute on Drug Abuse. Chodzi o to, że nienaturalnie wysoki poziom dopaminy wyłącza jej naturalną produkcję – aby więc nadal otrzymywać kolejne dawki tego neuroprzekaźnika, musimy wciąż sięgać po substancję  lub czynność związaną z nałogiem, uzależniając się od nich.

    Brzmi to wszystko bardzo prosto, jednak stanowi coraz większy problem społeczny. Nie mówię nawet o wymiarze osobistym, ludzkim – nie trzeba chyba rozpisywać się nad ilością dramatów, jakich przyczyną było i jest bardzo wiele nałogów. W obecnych czasach liczba uzależnionych zamiast maleć, wzrasta w zastraszającym tempie. Wprawdzie ilość rzucających palenie stopniowo wzrasta, jednak pojawiają się wciąż nowe uzależnienia – chociażby od gier komputerowych.

    Wracamy jednak do tabletki „od palenia”. Wieloletnie badania i obserwacje potwierdziły skuteczność niektórych substancji w walce z nałogami. Inne wciąż się testuje – poszukując bardzo zaawansowanych środków, które precyzyjnie blokowałyby dopaminę – nie narażając nas jednak na zbytnie obniżenie jej poziomu – co może być równie niebezpieczne, jak jej nadmiar.

    Jeżeli szukacie jakichś konkluzji do dzisiejszej notki, wydają się oczywiste. Już nie raz mówiłem o istocie uzależnień, o funkcjonowaniu naszego mózgu czy  „ścieżek dopaminowych”. Przez długie lata trwała debata czy uzależnienie traktować jako chorobę psychiczną czy fizyczną. Dr Nora Volkow mówi, że jest to o tyle bezsensowne, gdyż choroba psychiczna rodzi się w organizmie – w mózgu. Najważniejsza jest tutaj jednak prawda, że uzależnienie jest po prostu chorobą.

    Jak twierdzi dr Volkow: Dzięki postępom w terapiach lekowych oraz behawioralnych już wkrótce uzależnienie będzie traktowane jako przewlekła, uleczalna choroba. Pani doktor nie jest w swoich opiniach specjalistą odosobnionym. Obecnie tak uważa znakomita większość ekspertów zajmujących się uzależnieniami.

  • Magia słowa zapisanego

    Data publikacji: 7/09/2009 Rem Skomentuj

    pioro_old

    W niedawnej rozmowie na temat papierosów mój rozmówca zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w rzucaniu palenia. Odparłem, że najważniejszy jest zeszyt 64 kartkowy w kratkę. Wywołało to oczywistą wesołość pytającego, który zdążył jeszcze błyskotliwie zapytać – dlaczego akurat w kratkę?

    Wbrew pozorom moja odpowiedź nie była tylko żartobliwą uwagą obliczoną na rozbawienie słuchacza. Tak naprawdę u jej podstaw leży prastara prawda: słowo pisane ma wielką moc. Wiemy o tym wszyscy, znamy moc oddziaływania wielkich dzieł literackich czy też ważnych tekstów natury politycznej, społecznej itd, które niejednokrotnie zmieniały historię świata. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że słowo pisane ma wielką siłę również na naszym własnym poletku, na gruncie osobistym – ma ono zdolność dokonywania wielkich przemian w naszym życiu.

    Być może spotkaliście się już z taką radą: jeśli chcesz coś osiągnąć, zapisz to. Stwórz na papierze swój własny plan zrealizowania dowolnego celu, a znacznie podniesiesz prawdopodobieństwo, że ci się powiedzie. Z podobnymi radami spotykamy się niemal w każdej publikacji dotyczącej rozwoju osobistego czy osiągania sukcesów.

    pisak_wezel

    Większość osób nigdy niczego nie planuje...

    Człowiek, który chce coś osiągnąć, musi przede wszystkim wiedzieć, czego chce. Bez tego trudno jest w ogóle myśleć o jakichkolwiek efektach. Większość ludzi nigdy niczego nie planuje, a tym bardziej nie zapisuje żadnych celów do zrealizowania. Szczytem planowania dla większości z nas jest lista zakupów do supermarketu, zaś nasz najbliższy tydzień kształtujemy głównie w oparciu o tygodniowy program telewizyjny. (Dlatego razem z żoną nazywamy go żartobliwie Przewodnikiem Po Życiu. W każdy piątek pytamy siebie nawzajem „Czy kupiłeś Przewodnik Po Życiu? Jeśli nie, to zrób to, bo cały tydzień będziemy błądzili.” Oboje się z tego śmiejemy, tym bardziej, że telewizji praktycznie w ogóle nie oglądamy.)

    Słowo zapisane – czyli to wszystko, co własnoręcznie kreślimy na kartce papieru, w zeszycie, a może na blogu? – pozwala nam sprecyzować cel, pomaga w zrobieniu planu jego realizacji, a także – co równie ważne – pozwala nam na przyjrzenie się nam samym z pewnego dystansu – z którego czasem widać znacznie więcej. Pisanie pozwala uporządkować myśli, sprawdzić, gdzie się aktualnie znajdujemy (czy jesteśmy na drodze realizacji naszych zamierzeń, czy też z niej zbaczamy). Prowadzenie swego rodzaju „Dziennika Projektu” w sposób niezauważalny dyscyplinuje nas i dopinguje do dalszej pracy.

    Nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym sam nie przeszedł tej drogi i nie przekonał się o sile słów zapisywanych. Kiedy rzucałem palenie, zacząłem prowadzić bloga. Dziś widzę to już z pewnego dystansu i wiem, że pisanie pomagało mi przetrwać chwile zwątpienia, a przede wszystkim dawało mi potężną dawkę energii. Mój blog – zwłaszcza w pierwszych dniach od odstawienia papierosów – był moim najlepszym przyjacielem.

    Pisanie „Dziennika Projektu” (czy też „Dziennika Celu”) pomoże osobom palącym poznać swoją własną motywację, największe przeszkody w uwolnieniu się od nałogu czy wreszcie opracować swoją indywidualną ścieżkę. Z kolei osoby już „po rzuceniu”, ale jeszcze wciąż narażone na „nawrót” – w swoim „Dzienniku” niejednokrotnie znajdą potężne oparcie i pomoc.

    Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsza porada nie każdemu przypadnie do gustu. Nie każdy ma potrzebę pisania czegokolwiek. Często odczuwamy jakiś wewnętrzny opór, czując, że nie umiemy zbyt dobrze pisać. Nie chcę w tym miejscu przekonywać, że każdy może, każdy potrafi i tak dalej. Jeżeli spróbujecie – macie szanse osobiście przekonać się, jak wiele może zdziałać słowo zapisane. To jest jednak wasz wybór, zwłaszcza, że pisanie to, rzecz jasna, nie jedyna metoda na poprawę własnego życia…

  • Cudowna gumka mózgowa, czyli zniknięcie nałogu

    Data publikacji: 13/07/2009 Rem 1 komentarz
    Wpadła mi dziś w ręce prześmieszna książeczka Martina Baxendale Kiedy mi wypadnie mój mleczny mózg? Kiedy już opanowałem atak wesołości, zaś kasjerka łaskawie nie wezwała ochrony (mój atak mógł być nie tylko groźny, ale co gorsza zaraźliwy), wyszedłem ze sklepu i wtedy przypomniałem sobie, że chciałem opisać pewną nauczycielkę, moją ówczesną koleżankę z pracy, której przytrafiło się zniknięcie nałogu.

    Wszystko dzieje się w mózguTakie przypadki się zdarzają. Człowiek zasypiając planuje jeszcze wyprawę do pobliskiej hurtowni papierosów, tymczasem na drugi dzień zastanawia się, co u licha robi ta popielniczka na stoliku. Niezwykłe, samoistne, całkowicie poza świadomością rzucenie palenia. Bez skutków ubocznych. Bez żalu, strachu i niepewności. Sami pomyślcie!

    Miałem wtedy swoją roczną przygodę w szkole (jak się okazało po drugiej stronie barykady wcale nie jest lepiej). Nauczycielka, o której myślę, poza tym, że była zabójczo energetyczna, pełna życia i optymizmu, paliła jak smok – czyli prawie tak dużo, jak ja. A że nie była przeciętną osobą, która zadowala się nijakością, jej nałóg stanowił jej wielką namiętność – ona uwielbiała palić. Na każdej przerwie. W czasie „okienka”. Przed lekcjami. Po lekcjach. Zawsze. To były czasy, kiedy paliło się w pokoju nauczycielskim, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

    Tamtego pamiętnego dnia przyszła do szkoły i oznajmiła, że nie pali. Przez pokój nauczycielski przeszły dwa szmery: podziwu i współczucia. Podziwialiśmy jej wolę rzucenia palenia i współczuliśmy na myśl o jej mękach. W końcu wszyscy ją przecież lubiliśmy.

    Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pani K. wyjaśniła nam, że ona NIE RZUCA PALENIA. Ona po prostu nie pali. Obudziła się jako osoba nie paląca. Na nasze pytania odpowiadała niezmiennie, że czuje się tak, jakby NIGDY w życiu nie paliła.

    Nie czuła głodu nikotynowego – niepalący nie odczuwają takiego głodu. Nie brakowało jej papierosa w palcach, zaciągnięcia dymem – bo niepalący takich odruchów i potrzeb nie mają.

    Gdyby można było nałóg po prostu wytrzeć gumką

    Gdyby można było nałóg po prostu wytrzeć gumką

    Ona naprawdę była kimś, kto nie pali. W nocy ktoś lub coś znikło jej nałóg. Tak po prostu. Na zawsze. Ale jej zazdrościłem!

    Pewien mój dawny znajomy zwykł mawiać: wszystko dzieje się w mózgu. I chociaż myśl ta nie należy do specjalnie odkrywczych, słyszana wielokrotnie z ust owego znajomego, jakoś tak przeniknęła do mojego słownika powiedzeń miejskich (termin powiedzenia miejskie ukułem tu w analogii do miejskich legend, które rodzą się nie wiadomo gdzie i kiedy, po czym natychmiast przenikają do naszej codzienności, stając się częścią naszej kultury i naszego języka).

    Wszystko dzieje się w mózgu. W tamtych odległych dniach moja niezwykła koleżanka z pracy stała się dla mnie żywym i realnym dowodem, że bezbolesne, łatwe i trwałe odstawienie papierosów JEST MOŻLIWE. To dało mi już wtedy pewną nadzieję. W jakiś sposób w umyśle pani K. zaszła szybka i brzemienna w skutki zmiana. Dla nas wszystkich był to „mały cud” – ale osobiście wierzę, że przyczyny tamtego przeobrażenia były jak najbardziej naturalne. Coś spowodowało, że uruchomił się mechanizm „ścierający” ścieżki neuronowe „palacza” – czyżby jednak istniała jakaś cudowna gumka mózgowa, która wyczyściła napis „palenie” w umyśle pani K.?

    Nie wiem. Millie, bohaterka Kiedy mi wypadnie mój mleczny mózg? uważa, że skoro dzieciom wypadają mleczne zęby, to pewnie coś podobnego dzieje się z mlecznym mózgiem. Rach, ciach i po krzyku – jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki mózg Małej Głupiutkiej Dziewczynki zamienia się w mądry mózg Dziewczynki Dużej.

    Koncepcja urocza, w sam raz na śmieszną książeczkę dla dzieci.

    Niby tak, ale pamiętajcie, co przytrafiło się mojej nauczycielce. Być może rzeczywiście odwiedziła ją „Kohana Muzgowa Wruszka” i wymieniła coś w umyśle. Rach, ciach i po krzyku.