Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Ustaw sobie właściwy cel

    Data publikacji: 8/05/2010 Rem Ilość komentarzy: 2
    Być może pragniesz rzucić palenie. Wiesz, jak ważne jest wyznaczanie celów. Co robisz? Bierzesz jakiś notatnik i zapisujesz swoje wielkie zamierzenie: za trzy tygodnie odstawiam papierosy. Dobrze? Świetnie. Ale nie rób tego. Nie wyznaczaj sobie takiego celu.

    Podstawowy problem przy tak sformułowanym celu rodzi się wtedy… kiedy uda Ci się go zrealizować. To nie żart – poznałem to na własnej skórze.

    To było wspaniałe czerwcowe popołudnie: ciepłe promienie słońca osiadły na drewnianym tarasie, lekki szmer drzew działał kojąco, wokół słychać było subtelny śpiew ptaków, ja zaś kilka chwil wcześniej zrozumiałem, że naprawdę udało mi się rzucić palenie. Siedziałem zasłuchany w świat i zafascynowany swoim odkryciem. Co tu dużo gadać: wygrałem tę bitwę!

    Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to może sprowadzić na mnie jakieś kłopoty.

    Być może znasz to uczucie: właśnie zakończyłeś wyczerpujący projekt, przed chwilą zdałaś ważny egzamin, od kilku godzin masz wymarzone wakacje. Wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku i nagle… wpadasz w pustkę. Cele zostały osiągnięte, zabawki posprzątane – ale co dalej?

    W rzucanie palenia włożyłem tyle energii, zaangażowania emocjonalnego i pasji, że kiedy uświadomiłem sobie, że to już koniec walki – poczułem się, jakby zeszło ze mnie powietrze. Nagle straciłem podstawy – to, co mnie napędzało przez ostatnie pół roku. Do tego stopnia skupiłem się na wojnie z nałogiem, że wszystkie inne cele i zamierzenia zostały zepchnięte w kąt. Została pustka. Poczucie jakiegoś bezsensu. Po co to wszystko? Dlaczego w ogóle rzucałem?

    Cele to nie pionki na planszy „Chińczyka”. Nie da się ich ot tak odłożyć, a potem ustawić z powrotem, jak gdyby nic.

    Albo inaczej, właśnie tak, jak w „Chińczyku”: kiedy pionek wypada z planszy, aby powrócił, musisz najpierw wyrzucić szóstkę. Jeśli Ci się poszczęści, uda się to już za pierwszym czy drugim razem. Teoretycznie możesz też rzucać przez najbliższe dwa tygodnie. Kłopot w tym, że nigdy nie wiesz, ile czasu i wysiłku musisz włożyć, aby wprowadzić pionek z powrotem do gry.

    Najlepszą strategią byłoby zadbanie o to, aby w czasie gry nie stracić z oczu innych pionków. Realizując cel, jakim jest rzucenie palenia, nie można tracić z oczu innych pragnień i zamierzeń. Łatwo powiedzieć – a przecież rzucanie palenia to dość wymagające wyzwanie i bardzo często o jego skuteczności decyduje… absolutne poświęcenie wszystkiego innego. Przynajmniej dopóki trwa wojna. Musisz być skupiony, skoncentrowany przede wszystkim na tym jednym zadaniu. Pamiętaj, że kiedy masz zbyt wiele do zrobienia, prawdopodobnie nie zrobisz zbyt wiele…

    Drugi negatywny aspekt wyznaczenia sobie za cel „rzucenie palenia” ujawnia się jeszcze szybciej – już na początku drogi. Jako doświadczony „rzucający” poznałem to uczucie milion razy – kiedy tylko powiedziałem sakramentalne „koniec z papierosami” obok umiarkowanego entuzjazmu wywoływało to pewien niepokój, stres i ostatecznie paraliż. Na samą myśl, że z mojego życia zniknęłyby papierosy, robiło mi się niedobrze.

    Jeżeli chcesz postawić sobie cel, który już na początku Cię przeraża, wywołuje szereg negatywnych odczuć i przytłacza – gratuluję odwagi. Może jednak warto to jeszcze przemyśleć?

    Oto cała tajemnica: Twoje cele powinny być dla Ciebie ekscytujące, inspirujące i naprawdę pożądane.

    Czy naprawdę rzucenie palenia to Twoje największe marzenie życiowe? A może warto nieco przemeblować hierarchię? Zastanówmy się – czemu może służyć niepalenie? Poza zdrowiem, bo nie szukamy tu łatwych odpowiedzi.

    Spróbuj pomyśleć o rzucaniu palenia w nieco szerszym kontekście – podejmujesz je, aby poprawić sobie komfort życia. Chcesz mieć w sobie więcej energii i zaangażowania. Chcesz być kimś silnym, zdecydowanym, wolnym. Cokolwiek zapragniesz, będzie dobre, pod warunkiem, że rzucenie palenia stanie się naturalną częścią Twego zamierzenia – czegoś większego.

    Twój podstawowy cel powinien sięgać dalej.

    Zastanów się, co Cię inspiruje? Do czego warto dążyć? Co takiego sprawiłoby, że świat stałby się ekscytującym miejscem codziennych wyzwań i dążeń? Pragnij więcej.

    Szukasz inspiracji? Zapragnij zostać człowiekiem skutecznym. Postaw sobie taki cel. Od dziś dążysz do jego realizacji. Nie musisz od razu rzucać palenia. Zacznij od czegoś prostszego – bądź konsekwentny (niezbędny element skuteczności) w sprawach zwykłych, codziennych i dość łatwych. Rzucenie palenia niech stanie się jednym z kolejnych etapów – w pewnej chwili po prostu to zrobisz.

    Albo zapragnij poprawić sobie komfort życia, jak wcześniej wspomniałem. Niech to stanie się celem i drogą na najbliższe miesiące… co tam – lata! Smakuj życie, rozwijaj wewnętrzną radość z każdej chwili, a rzucanie palenia wpisz po prostu w grafik – jako jeden z etapów do urzeczywistnienia ostatecznego obrazu: życia pełnią życia, bez zniewolenia, z poczuciem głębokiej satysfakcji.

    Nie błądź po omacku. Musisz mieć jakiś cel. Potrzebujesz go, aby dawał Ci niezbędną energię do działania. Niech rzucenie palenia będzie jego częścią, jednym z etapów. Niech będzie ważne, niezbędne i konieczne – ale w ostatecznym rachunku to nie o ten cel niech Ci chodzi.

    Bądź skuteczny. Bądź wolny. Bądź pełen energii. Zostań nawet Supermanem (jeśli jesteś w stanie w to uwierzyć). Ważne jest tylko to, aby Twoje cele nie paraliżowały Cię, ale dawały Ci kopa.

    A poza tym takie szersze cele mają mnóstwo zalet: przede wszystkim – kiedy już skutecznie rzucisz palenie – nadal będziesz miał pełne ręce roboty. Nie grozi Ci pustka, stagnacja i zniechęcenie.

    Co o tym sądzisz? Masz jakieś doświadczenia z wyznaczaniem celów? O czymś zapomniałem? Napisz: rem@nowysmakzycia.pl

  • Krótka podróż sentymentalna

    Data publikacji: 9/03/2010 Rem Skomentuj
    Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.

    Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.

    Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.

    Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.

    Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.

    Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.

    Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

  • Jasna strona niepalenia

    Data publikacji: 7/12/2009 Rem Skomentuj
    Dzisiejszy tytuł może wydać się komuś mało odkrywczy – w końcu o pozytywnych skutkach rzucenia palenia mówi się i pisze tak dużo, a w dodatku owe pozytywne skutki wydają się tak oczywiste, że powtarzanie tego wszystkiego nie ma większego sensu. Nie powtarzajmy zatem.
    sun

    Pogoda dziś była paskudna, przynajmniej na Mazowszu: od rana szaro, mokro, senno-jesiennie i w dodatku bez większej nadziei na jakieś choćby w przybliżeniu pogodne zakończenie dnia. W taką pogodę ludzie snują się po korytarzach biur i zastanawiają nad sensem życia. W taką pogodę młodzi wpadają na pomysł ubierania się na czarno, a starsi zapisują do Greenpeace.

    W taką właśnie pogodę kolega, znany ze swojego zamiłowania do pewnych kowbojskich papierosów, zapytał mnie, czy też mam tak, jak on, czyli, że nie mam na nic ochoty, chodzę bez życia i najchętniej przeteleportowałbym się teraz do swojego łóżka. Mój rozmówca rzeczywiście wydawał się kompletnie wyzuty z jakiejkolwiek werwy, jakby jedyny jego cel stanowiło dzisiaj przeegzystowanie jakoś do tej mitycznej siedemnastej.

    Kolega pytał mnie o mój stan ducha, bo był ciekawy, czy jako były palacz znoszę dzisiejszą szarość jakoś lepiej niż on. Ponieważ trudno mi było ukryć mój wewnętrzny energetyczny superpłomień (rozpalany codziennym niepaleniem) pocieszyłem go, że moja rozpierająca mnie energia to z pewnością nie jest sprawka nie-papierosów, ale tego, że podobno niepalący są bardziej podatni na działanie kofeiny, a ja właśnie wypiłem małą czarną w bardzo dużym kubku.

    Kolega odsnuł się do swoich zajęć (walka z ziewaniem, próba utrzymania się w pionie podczas symulowania intensywnej pracy na komputerze, odliczanie minut do kolejnego papierosa podtrzymującego na duchu i tak dalej), ja zaś uświadomiłem sobie – już bardziej na poważnie – że rzeczywiście dzisiejszą pogodę znoszę dużo lepiej niż wszyscy palacze, z jakimi się dziś widziałem. Tak naprawdę to trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułem naprawdę wielkie znużenie, zniechęcenie, brak energii, apatię, czy nudę.

    Nie-palenie zmieniło mnie. Naprawdę. Trudno to wyjaśnić, tym bardziej, że o to nie zabiegałem i wydaje się to raczej jakimś skutkiem ubocznym rzucania palenia niż elementem terapii. Ja po prostu mam więcej energii niż dawniej. Na co dzień w ogóle o tym nie myślę, jednak takie sytuacje, jak dziś, uświadamiają mi, że mam w sobie znacznie więcej zapału i chęci do życia niż dawniej.

    Gdybym nigdy nie palił, nie umiałbym się tym tak bardzo cieszyć. Dla nigdy nie palącego stan niepalenia może i jest czymś naturalnym, ja jednak byłem prawdziwym nałogowcem i widzę różnicę. Kiedy czuję się nieco osłabiony, kiedy zakradają się jakieś życiowe wątpliwości albo po prostu kiedy pogoda jest szklana, wystarczy przypomnieć sobie, że… nie palę. Naprawdę – to daje potężnego kopa. Jeszcze większego – satysfakcja, że gdybym palił, czułbym się o wiele wiele gorzej.

    Łał, ja przecież naprawdę nie palę, czuję się z tym świetnie, co mi tam jakaś szaruga.

    To, o czym dziś piszę tylko pozornie wiąże z entuzjazmem, o którym pisałem ostatnio. Entuzjazm… no cóż, nie zawsze jest na miejscu, czasem wydaje się po prostu nienaturalny. Nie chciałbym nigdy wzbudzać w sobie hura-optymizmu i takich tam w sposób sztuczny, udawać wiecznie uśmiechniętego faceta bez żadnych problemów. Chodzi raczej o to, że kiedy entuzjazmu chwilowo brak, zazwyczaj wystarcza zwykła satysfakcja, że nie palę.

    Czy nie za często wykorzystuję dawne (bądź co bądź to już dwa lata) zwycięstwo nad papierosami, do rozwiązywania swoich bieżących spraw? Czy dla podtrzymania dobrego samopoczucia nie zostałem przypadkiem psycho-odcinaczem emocjonalnych kuponów od pradawnego sukcesu?

    Nie zastanawiałem się nad tym, bo i po co, skoro to wciąż działa?

  • Entuzjazm

    Data publikacji: 23/11/2009 Rem Skomentuj
    Gdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

    joy1

    Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako „stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas „nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.

    Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).

    Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu „na czasie”, czy zyskam miano „twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.

    Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych „typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.

    Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.

    A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.

    W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.

    Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.