-
Krótka podróż sentymentalna
Data publikacji: 9/03/2010 Brak komentarzy
Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.
Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.
Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.
Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.
Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.
Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

-
Jasna strona niepalenia
Data publikacji: 7/12/2009 Brak komentarzyDzisiejszy tytuł może wydać się komuś mało odkrywczy – w końcu o pozytywnych skutkach rzucenia palenia mówi się i pisze tak dużo, a w dodatku owe pozytywne skutki wydają się tak oczywiste, że powtarzanie tego wszystkiego nie ma większego sensu. Nie powtarzajmy zatem.

Pogoda dziś była paskudna, przynajmniej na Mazowszu: od rana szaro, mokro, senno-jesiennie i w dodatku bez większej nadziei na jakieś choćby w przybliżeniu pogodne zakończenie dnia. W taką pogodę ludzie snują się po korytarzach biur i zastanawiają nad sensem życia. W taką pogodę młodzi wpadają na pomysł ubierania się na czarno, a starsi zapisują do Greenpeace.
W taką właśnie pogodę kolega, znany ze swojego zamiłowania do pewnych kowbojskich papierosów, zapytał mnie, czy też mam tak, jak on, czyli, że nie mam na nic ochoty, chodzę bez życia i najchętniej przeteleportowałbym się teraz do swojego łóżka. Mój rozmówca rzeczywiście wydawał się kompletnie wyzuty z jakiejkolwiek werwy, jakby jedyny jego cel stanowiło dzisiaj przeegzystowanie jakoś do tej mitycznej siedemnastej.
Kolega pytał mnie o mój stan ducha, bo był ciekawy, czy jako były palacz znoszę dzisiejszą szarość jakoś lepiej niż on. Ponieważ trudno mi było ukryć mój wewnętrzny energetyczny superpłomień (rozpalany codziennym niepaleniem) pocieszyłem go, że moja rozpierająca mnie energia to z pewnością nie jest sprawka nie-papierosów, ale tego, że podobno niepalący są bardziej podatni na działanie kofeiny, a ja właśnie wypiłem małą czarną w bardzo dużym kubku.
Kolega odsnuł się do swoich zajęć (walka z ziewaniem, próba utrzymania się w pionie podczas symulowania intensywnej pracy na komputerze, odliczanie minut do kolejnego papierosa podtrzymującego na duchu i tak dalej), ja zaś uświadomiłem sobie – już bardziej na poważnie – że rzeczywiście dzisiejszą pogodę znoszę dużo lepiej niż wszyscy palacze, z jakimi się dziś widziałem. Tak naprawdę to trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułem naprawdę wielkie znużenie, zniechęcenie, brak energii, apatię, czy nudę.
Nie-palenie zmieniło mnie. Naprawdę. Trudno to wyjaśnić, tym bardziej, że o to nie zabiegałem i wydaje się to raczej jakimś skutkiem ubocznym rzucania palenia niż elementem terapii. Ja po prostu mam więcej energii niż dawniej. Na co dzień w ogóle o tym nie myślę, jednak takie sytuacje, jak dziś, uświadamiają mi, że mam w sobie znacznie więcej zapału i chęci do życia niż dawniej.
Gdybym nigdy nie palił, nie umiałbym się tym tak bardzo cieszyć. Dla nigdy nie palącego stan niepalenia może i jest czymś naturalnym, ja jednak byłem prawdziwym nałogowcem i widzę różnicę. Kiedy czuję się nieco osłabiony, kiedy zakradają się jakieś życiowe wątpliwości albo po prostu kiedy pogoda jest szklana, wystarczy przypomnieć sobie, że… nie palę. Naprawdę – to daje potężnego kopa. Jeszcze większego – satysfakcja, że gdybym palił, czułbym się o wiele wiele gorzej.
Łał, ja przecież naprawdę nie palę, czuję się z tym świetnie, co mi tam jakaś szaruga.
To, o czym dziś piszę tylko pozornie wiąże z entuzjazmem, o którym pisałem ostatnio. Entuzjazm… no cóż, nie zawsze jest na miejscu, czasem wydaje się po prostu nienaturalny. Nie chciałbym nigdy wzbudzać w sobie hura-optymizmu i takich tam w sposób sztuczny, udawać wiecznie uśmiechniętego faceta bez żadnych problemów. Chodzi raczej o to, że kiedy entuzjazmu chwilowo brak, zazwyczaj wystarcza zwykła satysfakcja, że nie palę.
Czy nie za często wykorzystuję dawne (bądź co bądź to już dwa lata) zwycięstwo nad papierosami, do rozwiązywania swoich bieżących spraw? Czy dla podtrzymania dobrego samopoczucia nie zostałem przypadkiem psycho-odcinaczem emocjonalnych kuponów od pradawnego sukcesu?
Nie zastanawiałem się nad tym, bo i po co, skoro to wciąż działa?
-
Entuzjazm
Data publikacji: 23/11/2009 Brak komentarzyGdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako “stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas “nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.
Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).
Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu “na czasie”, czy zyskam miano “twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.
Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych “typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.
Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.
A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.
W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.
Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.



Najnowsze komentarze