Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Piękne życie

    Data publikacji: 10/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Usłyszałem kiedyś zdanie, które bardzo przypadło mi do gustu: jeżeli chcesz mieć piękne życie, otocz się pięknymi rzeczami. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, trudno takiemu stwierdzeniu odmówić pewnej logiki.

    Parafrazując to zdanie można by powiedzieć, że aby prowadzić życie spokojne, powinniśmy otoczyć się czymś, co daje spokój, aby wieść żywot komfortowy, należy otaczać się komfortem. Wydaje się to bardzo proste, prawda?

    Nie podejmuję się tutaj odpowiedzi, dlaczego zazwyczaj postępujemy odwrotnie. W pogoni za komfortem często całe życie spędzamy na morderczej pracy, zaś w intensywnym poszukiwaniu szczęścia zapominamy… o jego odczuwaniu.  W tym zresztą znany psychoterapeuta Lee Jampolsky upatruje przyczyn większości uzależnień: wynikają one przede wszystkim z poczucia niepełności, z przeświadczenia, że czegoś nam brak, z poczucia pustki, swego rodzaju głodu (od wielu tygodni mam na dysku ciągle nie skończony tekst zatytułowany “Głodny umysł”, podejmujący ten temat). W ostatecznym rachunku, na najwyższym, często najbardziej ukrytym poziomie tych pragnień jest potrzeba miłości i akceptacji.

    Źródłem twojej radości może być rodzina.

    W poszukiwaniu spełnienia, poczucia akceptacji i miłości, spokoju ducha, czy też po prostu odczuwania przyjemności, sięgamy po najrozmaitsze środki zewnętrzne. Mogą to być środki psychoaktywne, jak alkohol, nikotyna czy narkotyki ale równie dobrze może to być poszukiwanie wciąż nowych doznań w sporcie ekstremalnym, namiętne czytanie książek albo spotykanie się w grupie (chociażby terapeutycznej). Życie jest bogate, zatem naprawdę jest w czym wybierać. Dla każdego według potrzeb jego.

    Kłopot tylko w tym, że zazwyczaj środki, które działają najszybciej i najsilniej, które są wygodne, łatwo dostępne i stosunkowo tanie, są jednocześnie szkodliwe dla zdrowia – własnego i najczęściej zdrowia otaczających nas ludzi.

    Ktoś, kto przez dłuższy czas używał takich środków, po ich odstawieniu może odczuwać spory dyskomfort. “Zwykłe rzeczy” wydają się nie zapewniać wystarczającej dawki radości i szczęścia. Wydają się po prostu za słabe. Rodzi się pragnienie – a może być naprawdę silne – powrotu do sprawdzonych substancji. Jak temu przeciwdziałać?

    W pierwszych dniach od całkowitego odstawienia nikotyny wiedziałem jedno: muszę cały czas zapewniać sobie strumień przyjemności, satysfakcji i poczucia szczęścia. Jeżeli usłyszeliście kiedyś radę, aby po rzuceniu palenia znaleźć sobie nowe źródła przyjemności, wykształcić nowe rytuały, celebrować i smakować nowe zwyczaje – była to rada w każdym calu prawdziwa. Sprawdziłem to.

    Zamiast papierosów gryzłem sobie pestki słonecznika. Bzdura. Ja je smakowałem. Celebrowałem ich zakup. Żartowałem w owym czasie, że z pewnością uzależnię się od tych pestek.

    Kupiłem sobie bardzo dobrą, mocną herbatę z kardamonem. Jej picie to był niemal rytuał.

    Celebruj wszystkie dobre chwile.

    Nabrałem zwyczaju wychodzenia z biura na tzw “lunch” i spacerowania po pobliskiej galerii handlowej, gdzie znajduje się “moja” księgarnia. Celebrowałem widok sklepów, ludzi i książek. Była to swoista “medytacja w ruchu” – byłem spokojnym, ale pełnym wewnętrznej radości “patrzeniem”. Nie wiedziałem wówczas, że to się nazywa uważność.

    Przemeblowałem swój pokój (mój i żony) tworząc wygodne, przytulne i bardzo nasze Odludzie. Pamiętacie początek tego tekstu, kiedy pisałem o pięknych rzeczach? Na moim Odludziu – o którym chcę wam wkrótce napisać – bez trudu mógłbym wskazać całe mnóstwo rzeczy, które sprawiają mi radość, których widok sprawia po prostu przyjemność.

    Mogę zgodzić się z Lee Jampolsky’m, że uzależnienia powstają na skutek poczucia braku, że są wyrazem poszukiwania wewnętrznego spokoju i w ostatecznym rozrachunku tylko tam – wewnątrz nas samych – możemy odnaleźć rozwiązanie naszych problemów. Jednak “ostateczny rozrachunek” niekoniecznie jest dla nas dostępny dziś, w tej chwili. Zazwyczaj znajdujemy się w naszej drodze znacznie bliżej – i na tym etapie znacznie mądrzejsze mogą wydać się zmiany zewnętrzne, choćby niewielkie.

    Wiele wielkich zamierzeń tego świata upadło na skutek zbyt wielkich i szybkich kroków do przodu. Jak mawiał Thoreau – pozwólmy doboszowi bić w jego własnym rytmie, bo tylko tak sprawimy, że będzie szczęśliwy i dojdzie do celu.

    Zrób coś, co sprawi, że poczujesz się lepiej.

    Zrób coś, co sprawi ci radość.

    Możesz nie odnaleźć w sobie siły wewnętrznej, aby natychmiast, już dziś odczuwać wewnętrzny spokój i spełnienie. Ale możesz kupić sobie coś ładnego – naprawdę niekoniecznie drogiego – co sprawi, że poczujesz się lepiej. Możesz posłuchać swojej ulubionej muzyki, zaparzyć jakąś niesamowicie tropikalną herbatę, spotkać się z przyjaciółmi, sięgnąć po interesującą książkę albo świetnego bloga :) Możesz zrobić cokolwiek, co jest dla ciebie aktualnie dostępne, a jednocześnie przyniesie ci radość. Ważne, aby robiąc to wszystko pamiętać, iż nie chodzi o pospieszne, bezrefleksyjne folgowanie wszelkim zachciankom, ale o to, aby celebrować te chwile, smakować je, doceniać.

    To nic złego. To nikomu w niczym nie szkodzi. To nie jest dowód jakiegoś złego egoizmu, to nie jest też wyraz bezmyślnego hedonizmu – tak naprawdę jest to odkrywanie smaku codzienności. A za tym idą faktyczne zmiany. Zapewniam was: jest to droga, na której stajemy się spokojniejsi, bardziej cierpliwi, a jednocześnie jakby bardziej otwarci. Wystarczy dosłownie kilka chwil dziennie, bez zastanawiania się nad przyszłością. Smakujmy te chwile, które sprawiają nam radość.

    To są często bardzo małe drobne kroki. Najważniejsze jednak, że prowadzą nas one do pełniejszego i piękniejszego życia.

    Jampolsky

  • To będzie naprawdę udany rok

    Data publikacji: 6/01/2010 Rem Brak komentarzy
    Witam wszystkich w nowym roku. Jeśli wierzyć wróżce Moonlight, czeka mnie naprawdę świetny rok, a was? Chyba też, bo jak tak zerknąłem, to na oko wszystkie znaki zodiaku spotka coś miłego. To będzie Naprawdę Udany Rok.

    No dobrze, trochę się zgrywam. Możecie przecież nie wierzyć jakiejś tam wróżce z serwisu Czary Mary. Jeżeli jednak – mimo wszystko – pragniecie poznać przyszłość, mam na to całkiem niezły i sprawdzony sposób. W dodatku bez uciekania się do szklanej kuli czy kart.

    Chcecie, aby rok 2010 był naprawdę udany? Nic prostszego: już dziś zadbajcie o to, aby taki się stał. Mówię serio. Proponuję znaleźć jakieś ciche miejsce, gdzie można w spokoju poświęcić kilka minut na skupienie i spokojne zastanowienie się. Czego chcę? Co wydaje się osiągalne w tym roku? Czy jest coś, czego chciałbym dokonać? A może zmienić?

    Zadawajcie sobie pytania i pamiętajcie, że one w niczym nie mogą wam zaszkodzić. To jeszcze nie są postanowienia, cele czy zadania, które można złamać lub nie dotrzymać. To tylko zwykłe pytania – taki wewnętrzny dialog z samym sobą. Bez zobowiązań. Chodzi o to, aby rozpoznać na nowo swoje własne pragnienia i marzenia, które niestety mają tendencję do zakurzania się w pyle codzienności. Czy czujecie, że wasze pragnienia są nieco zakurzone? Czy wasze marzenia systematycznie odkładacie na bliżej nieokreśloną przyszłość? Jeśli tak, to początek roku może stać się znakomitą okazją, aby wszystko to nieco przemeblować.

    Czy miewacie takie chwile, kiedy chcielibyście cofnąć się do przeszłości, by naprawić jakieś błędy albo nieco inaczej pokierować swoim życiem? Ech, kiedy byliśmy dziećmi, wszystko było jeszcze przed nami. Jako dzieci mieliśmy przed sobą mnóstwo wyborów. Mogliśmy zostać policjantem, strażakiem, kosmonautą albo księżniczką. Potem to wszystko jakoś tak rozpłynęło się w życiu.

    Co tam wróżka - sam sobie stwórz swój wymarzony rok!

    Rok 2010 wciąż jeszcze pachnie nowością i wciąż jeszcze możecie zrobić z nim mnóstwo rzeczy. Jest jak dziecko, przed którym rozciąga się cała paleta możliwości. Możemy spróbować coś zmienić albo pozostać tam, gdzie jesteśmy obecnie. Wróżka Moonlight może nam przepowiadać niesamowite rzeczy, ale tak naprawdę to od nas zależy, czy rok ten będzie udany czy nie.

    Moim zdaniem pierwszym krokiem powinna być nasza zwykła, prosta decyzja: a właśnie, że rok 2010 będzie udany. O, i tyle. Nie martwmy się na razie o plany, o to, jak je zrealizować, ani o to, że tak wiele może nie zależeć od nas. Nie martwmy się tym w tej chwili. Pamiętajmy – właśnie przebywamy w “cichym, spokojnym miejscu” i postanowiliśmy, że ten rok będzie dobry. Teraz zastanówmy się, co sprawiłoby, żeby taki właśnie się stał. Zadajmy sobie kilka pytań i… zaraz nastąpi najtrudniejsza część dzisiejszego ćwiczenia.

    Jest to dość trudne w realizacji, wymaga dość dużego samozaparcia i silnej woli. Z badań wynika, że na ten dość uciążliwy, raczej nieprzyjemny, wymagający mnóstwo przygotowań i trudnych wyborów krok decyduje się tylko kilka procent badanych:

    zapiszcie odpowiedzi.

    Pamiętajcie – to jeszcze nie są postanowienia ani plany. To tylko odpowiedzi na pytania, co sprawiłoby, aby ten rok był świetny. No bo przecież tak właśnie przed chwilą postanowiliśmy, prawda? Nie zapominajmy o tym.

    Nie zapominajmy, że to będzie naprawdę udany rok.

  • Zdrowych, pogodnych Świąt

    Data publikacji: 23/12/2009 Rem Brak komentarzy
    Ostatnio tak bardzo pochłonął mnie dość duży projekt, którym zajmuję się od kilku tygodni, że kiedy podniosłem oczy znad monitora,  ze zdumieniem zauważyłem, że już za kilka dni Święta!

    Z tej okazji wszystkim Czytelnikom trochę zaniedbanego ostatnio Nowego Smaku Życia składam jak najlepsze życzenia. Już Wy sami dobrze wiecie, czego najlepiej Wam życzyć – życzę Wam zatem wszystkiego, co trzeba. Tradycyjnie również życzę:

    Zdrowych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia.
    Niech Wam się wiedzie w nadchodzącym roku.
    Życzę spełnienia noworocznych postanowień
    - radzę je gdzieś zapisać, gdyż słowo pisane ma swoją moc.
    Tym, którzy chcą rzucić palenie,
    życzę odwagi w podjęciu ostatecznej decyzji – naprawdę warto!
    Tym, którzy rzucili, życzę wytrwałości, siły ducha
    i poczucia, że decyzja o rzuceniu była właściwa.

  • Jasna strona niepalenia

    Data publikacji: 7/12/2009 Rem Brak komentarzy
    Dzisiejszy tytuł może wydać się komuś mało odkrywczy – w końcu o pozytywnych skutkach rzucenia palenia mówi się i pisze tak dużo, a w dodatku owe pozytywne skutki wydają się tak oczywiste, że powtarzanie tego wszystkiego nie ma większego sensu. Nie powtarzajmy zatem.
    sun

    Pogoda dziś była paskudna, przynajmniej na Mazowszu: od rana szaro, mokro, senno-jesiennie i w dodatku bez większej nadziei na jakieś choćby w przybliżeniu pogodne zakończenie dnia. W taką pogodę ludzie snują się po korytarzach biur i zastanawiają nad sensem życia. W taką pogodę młodzi wpadają na pomysł ubierania się na czarno, a starsi zapisują do Greenpeace.

    W taką właśnie pogodę kolega, znany ze swojego zamiłowania do pewnych kowbojskich papierosów, zapytał mnie, czy też mam tak, jak on, czyli, że nie mam na nic ochoty, chodzę bez życia i najchętniej przeteleportowałbym się teraz do swojego łóżka. Mój rozmówca rzeczywiście wydawał się kompletnie wyzuty z jakiejkolwiek werwy, jakby jedyny jego cel stanowiło dzisiaj przeegzystowanie jakoś do tej mitycznej siedemnastej.

    Kolega pytał mnie o mój stan ducha, bo był ciekawy, czy jako były palacz znoszę dzisiejszą szarość jakoś lepiej niż on. Ponieważ trudno mi było ukryć mój wewnętrzny energetyczny superpłomień (rozpalany codziennym niepaleniem) pocieszyłem go, że moja rozpierająca mnie energia to z pewnością nie jest sprawka nie-papierosów, ale tego, że podobno niepalący są bardziej podatni na działanie kofeiny, a ja właśnie wypiłem małą czarną w bardzo dużym kubku.

    Kolega odsnuł się do swoich zajęć (walka z ziewaniem, próba utrzymania się w pionie podczas symulowania intensywnej pracy na komputerze, odliczanie minut do kolejnego papierosa podtrzymującego na duchu i tak dalej), ja zaś uświadomiłem sobie – już bardziej na poważnie – że rzeczywiście dzisiejszą pogodę znoszę dużo lepiej niż wszyscy palacze, z jakimi się dziś widziałem. Tak naprawdę to trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułem naprawdę wielkie znużenie, zniechęcenie, brak energii, apatię, czy nudę.

    Nie-palenie zmieniło mnie. Naprawdę. Trudno to wyjaśnić, tym bardziej, że o to nie zabiegałem i wydaje się to raczej jakimś skutkiem ubocznym rzucania palenia niż elementem terapii. Ja po prostu mam więcej energii niż dawniej. Na co dzień w ogóle o tym nie myślę, jednak takie sytuacje, jak dziś, uświadamiają mi, że mam w sobie znacznie więcej zapału i chęci do życia niż dawniej.

    Gdybym nigdy nie palił, nie umiałbym się tym tak bardzo cieszyć. Dla nigdy nie palącego stan niepalenia może i jest czymś naturalnym, ja jednak byłem prawdziwym nałogowcem i widzę różnicę. Kiedy czuję się nieco osłabiony, kiedy zakradają się jakieś życiowe wątpliwości albo po prostu kiedy pogoda jest szklana, wystarczy przypomnieć sobie, że… nie palę. Naprawdę – to daje potężnego kopa. Jeszcze większego – satysfakcja, że gdybym palił, czułbym się o wiele wiele gorzej.

    Łał, ja przecież naprawdę nie palę, czuję się z tym świetnie, co mi tam jakaś szaruga.

    To, o czym dziś piszę tylko pozornie wiąże z entuzjazmem, o którym pisałem ostatnio. Entuzjazm… no cóż, nie zawsze jest na miejscu, czasem wydaje się po prostu nienaturalny. Nie chciałbym nigdy wzbudzać w sobie hura-optymizmu i takich tam w sposób sztuczny, udawać wiecznie uśmiechniętego faceta bez żadnych problemów. Chodzi raczej o to, że kiedy entuzjazmu chwilowo brak, zazwyczaj wystarcza zwykła satysfakcja, że nie palę.

    Czy nie za często wykorzystuję dawne (bądź co bądź to już dwa lata) zwycięstwo nad papierosami, do rozwiązywania swoich bieżących spraw? Czy dla podtrzymania dobrego samopoczucia nie zostałem przypadkiem psycho-odcinaczem emocjonalnych kuponów od pradawnego sukcesu?

    Nie zastanawiałem się nad tym, bo i po co, skoro to wciąż działa?

  • Entuzjazm

    Data publikacji: 23/11/2009 Rem Brak komentarzy
    Gdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

    joy1

    Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako “stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas “nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.

    Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).

    Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu “na czasie”, czy zyskam miano “twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.

    Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych “typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.

    Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.

    A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.

    W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.

    Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.

  • Magia słowa zapisanego

    Data publikacji: 7/09/2009 Rem Brak komentarzy

    pioro_old

    W niedawnej rozmowie na temat papierosów mój rozmówca zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w rzucaniu palenia. Odparłem, że najważniejszy jest zeszyt 64 kartkowy w kratkę. Wywołało to oczywistą wesołość pytającego, który zdążył jeszcze błyskotliwie zapytać – dlaczego akurat w kratkę?

    Wbrew pozorom moja odpowiedź nie była tylko żartobliwą uwagą obliczoną na rozbawienie słuchacza. Tak naprawdę u jej podstaw leży prastara prawda: słowo pisane ma wielką moc. Wiemy o tym wszyscy, znamy moc oddziaływania wielkich dzieł literackich czy też ważnych tekstów natury politycznej, społecznej itd, które niejednokrotnie zmieniały historię świata. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że słowo pisane ma wielką siłę również na naszym własnym poletku, na gruncie osobistym – ma ono zdolność dokonywania wielkich przemian w naszym życiu.

    Być może spotkaliście się już z taką radą: jeśli chcesz coś osiągnąć, zapisz to. Stwórz na papierze swój własny plan zrealizowania dowolnego celu, a znacznie podniesiesz prawdopodobieństwo, że ci się powiedzie. Z podobnymi radami spotykamy się niemal w każdej publikacji dotyczącej rozwoju osobistego czy osiągania sukcesów.

    pisak_wezel

    Większość osób nigdy niczego nie planuje...

    Człowiek, który chce coś osiągnąć, musi przede wszystkim wiedzieć, czego chce. Bez tego trudno jest w ogóle myśleć o jakichkolwiek efektach. Większość ludzi nigdy niczego nie planuje, a tym bardziej nie zapisuje żadnych celów do zrealizowania. Szczytem planowania dla większości z nas jest lista zakupów do supermarketu, zaś nasz najbliższy tydzień kształtujemy głównie w oparciu o tygodniowy program telewizyjny. (Dlatego razem z żoną nazywamy go żartobliwie Przewodnikiem Po Życiu. W każdy piątek pytamy siebie nawzajem “Czy kupiłeś Przewodnik Po Życiu? Jeśli nie, to zrób to, bo cały tydzień będziemy błądzili.” Oboje się z tego śmiejemy, tym bardziej, że telewizji praktycznie w ogóle nie oglądamy.)

    Słowo zapisane – czyli to wszystko, co własnoręcznie kreślimy na kartce papieru, w zeszycie, a może na blogu? – pozwala nam sprecyzować cel, pomaga w zrobieniu planu jego realizacji, a także – co równie ważne – pozwala nam na przyjrzenie się nam samym z pewnego dystansu – z którego czasem widać znacznie więcej. Pisanie pozwala uporządkować myśli, sprawdzić, gdzie się aktualnie znajdujemy (czy jesteśmy na drodze realizacji naszych zamierzeń, czy też z niej zbaczamy). Prowadzenie swego rodzaju “Dziennika Projektu” w sposób niezauważalny dyscyplinuje nas i dopinguje do dalszej pracy.

    Nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym sam nie przeszedł tej drogi i nie przekonał się o sile słów zapisywanych. Kiedy rzucałem palenie, zacząłem prowadzić bloga. Dziś widzę to już z pewnego dystansu i wiem, że pisanie pomagało mi przetrwać chwile zwątpienia, a przede wszystkim dawało mi potężną dawkę energii. Mój blog – zwłaszcza w pierwszych dniach od odstawienia papierosów – był moim najlepszym przyjacielem.

    Pisanie “Dziennika Projektu” (czy też “Dziennika Celu”) pomoże osobom palącym poznać swoją własną motywację, największe przeszkody w uwolnieniu się od nałogu czy wreszcie opracować swoją indywidualną ścieżkę. Z kolei osoby już “po rzuceniu”, ale jeszcze wciąż narażone na “nawrót” – w swoim “Dzienniku” niejednokrotnie znajdą potężne oparcie i pomoc.

    Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsza porada nie każdemu przypadnie do gustu. Nie każdy ma potrzebę pisania czegokolwiek. Często odczuwamy jakiś wewnętrzny opór, czując, że nie umiemy zbyt dobrze pisać. Nie chcę w tym miejscu przekonywać, że każdy może, każdy potrafi i tak dalej. Jeżeli spróbujecie – macie szanse osobiście przekonać się, jak wiele może zdziałać słowo zapisane. To jest jednak wasz wybór, zwłaszcza, że pisanie to, rzecz jasna, nie jedyna metoda na poprawę własnego życia…

  • Niespieszny koniec lata

    Data publikacji: 24/08/2009 Rem Brak komentarzy
    Niespieszny koniec lata
    Na naszych oczach kolejny sezon ogórkowy przechodzi do historii. Ostatni tydzień sierpnia to powroty z urlopów i wakacji, centra handlowe pęczniejące od artykułów szkolnych i ludzi oraz rodząca się gdzieś na krańcach świadomości nostalgia – jak to, czy to już naprawdę koniec lata?

    Zanim w prasie kolorowej pojawią się artykuły, jak przeciwdziałać pourlopowej depresji, czeka nas jeszcze jeden, ostatni tydzień sierpnia. Tak sobie pomyślałem, że warto go wykorzystać na jako takie zaplanowanie przyszłości. Czy macie już swój plan na wrzesień, plan na jesień, czy wręcz plan na resztę tegorocznego roku?

    Większość ludzi nigdy niczego nie planuje. Owszem, zazwyczaj mamy gdzieś w świadomości listę rzeczy do zrobienia, najczęściej tych bieżących, rzadziej długofalowych, ale tak naprawdę trudno to nazwać jakimś konkretnym, przemyślanym drogowskazem dla nas samych. Kiedy ostatnio rozmawiałem z pewną osobą o planowaniu, ta odparła mi, że życie z ołówkiem w ręku wydaje się nie tylko mało ekscytujące, ale wręcz przytłacza. Czy nie lepiej po prostu cieszyć się teraźniejszością i nie zastanawiać specjalnie nad tym, co będziemy robić za miesiąc, kwartał czy rok?

    Przyznam, że takie myślenie jest mi dość bliskie – sama koncepcja prowadzenia terminarza zawsze wywoływała we mnie uczucie zniechęcenia. Z drugiej strony argumenty tych, którzy zwykli planować swoje poczynania, wydają się przekonywujące – rozsądny program na przyszłość daje poczucie kontroli nad własnym życiem, nie mówiąc już o okazji do uporządkowania wielu spraw. Kogo więc posłuchać?

    Jedno wiem na pewno – warto wiedzieć, co chce się zrobić. Ostatni tydzień lata będzie dla mnie okresem przejścia od wiejskiego wyciszenia i spokoju ducha do znacznie szybszego życia w dużym, na pozór bezdusznym mieście. Na pewno postaram się, aby był to tydzień niespieszny, za to odrobinę refleksyjny. Przygotowując się duchowo na jesień spróbuję też sformułować swój własny plan.

    Jak ktoś powiedział, cele to marzenia z terminem wykonania. Zatem może koniec tego lata to dobry czas, aby zająć się swoimi marzeniami?

  • Uważność

    Data publikacji: 30/07/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    Ostatnio pisałem o “świadomym paleniu”, które przełamuje nieco automatyzm nałogu. Sam stosowałem ten sposób  i myślę, że w pewnym stopniu przyczynił się do mojego sukcesu. Nie zastanawiałem się wtedy, czy jest to jakaś określona, opisana i nazwana technika. Po prostu obserwowałem siebie samego tak, jakbym był swoim własnym widzem.

    medytacjaW czasie, kiedy stosowałem “świadome palenie” nie myślałem o tym, że korzysta ono z pradawnej techniki, wywodzącej się z buddyzmu, na Zachodzie znanej obecnie jako uważność (z ang. mindfulness). Bardzo dawno temu interesowałem się buddyzmem i najwyraźniej koncepcja “świadomego palenia” narodziła się we mnie jako odległe echo dawnych lektur i rozmyślań.

    Uważność jest to dość prosta metoda na rozładowanie stresu, poczucie odprężenia, ale przede wszystkim na spojrzenie na sprawy w nieco innym świetle. Uważność nie wymaga jakichś szczególnych zabiegów czy technik koncentracji bądź medytacji. W najprostszym – i chyba najtrafniejszym – rozumieniu jest to po prostu skierowanie uwagi na chwilę bieżącą, “zauważenie” samego siebie i najbliższego otoczenia “takim, jakie ono jest”. Bez oceniania, bez prób wyjaśniania czegokolwiek czy komentowania. Ograniczamy się tylko do swego rodzaju życzliwej obserwacji.

    W ostatnim tygodniu bywałem turystą. Spacerując po leniwych plażach Jastarni chłonąłem widoki i swoją tam obecność, coraz wyraźniej czując, jak teraźniejszość wypiera wszelkie myśli o przyszłości, zaś codzienne troski stają się jakby mniej ważne. Podobnie w Gdyni, Sopocie, czy na Helu – wszędzie tam byłem turystą, którego nie dotyczyły problemy dnia powszedniego.

    A gdyby tak pozostać turystą również po powrocie do domu? Czyż nie jest to kuszące? Tylko pozornie wydaje się to głupie i niemożliwe. Tak naprawdę chodzi przecież o zachowanie pewnej specyficznej postawy wobec świata. Turysta to ktoś, kto jest przejazdem. Nie zajmuje się zbyt mocno kłopotami tak zwanej codzienności. Nie angażuje się zbyt mocno w bieżące wydarzenia, bo wie, że jest tu tylko przez chwilę. Turysta jest zrelaksowany, raczej optymistyczny i nie przywiązuje wagi do drobiazgów. Wie, że nie ma zbyt dużo czasu, więc stara się go wykorzystać jak najlepiej – chłonie świat (zwiedza), zachwyca się rzeczami, które dla miejscowych są zwykłe i nudne, jest kimś, kto chwyta chwilę i nie przejmuje się tak zwanym szarym życiem.

    Wiele lat temu spacerowałem ulicami swojego rodzinnego miasta wyobrażajac sobie, że jestem turystą. Zacząłem na nowo przyglądać się ulicom, domom, wszystkim tym miejscom, które znałem od lat. Próbowałem na wszystko spoglądać oczami kogoś, kto widzi to pierwszy raz. Powiem wam, że było to niezwykłe doświadczenie – nagle dostrzegłem jakby więcej. Widziałem siebie w zupełnie obcym, choć przecież własnym mieście. Patrzyłem na rzeczy, ludzi i miejsca bez osądzania, za to z ciekawością (byłem przecież turystą w obcym kraju). Stąpałem po ziemi celebrując samo stąpanie. Czułem się realną, rzeczywistą, istniejącą tu i teraz cząstką otoczenia.

    Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie praktykuję uważność – esencję świadomego życia.