Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Krótka podróż sentymentalna

    Data publikacji: 9/03/2010 Rem Brak komentarzy
    Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.

    Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.

    Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.

    Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.

    Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.

    Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.

    Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

  • W poszukiwaniu supermetody

    Data publikacji: 20/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Niedawno wpadła mi w ręce wspaniała metoda nauki języka obcego. Na oko wydaje się świetna i skuteczna. Chcielibyście ją poznać?

    Pewnie, że byście chcieli. Każdy by chciał. Nie bez przyczyny niemal co roku pojawia się jakaś nowa, odkrywcza metoda nauki języka czy jakiś nowy, rewolucyjny sposób na szczupłą sylwetkę. Jak tak się rozejrzeć, to chyba zawsze ludzie poszukiwali jakichś nowych rozwiązań dla swoich starych problemów. A ponieważ najczęściej rozwiązywanie tych problemów wymaga określonego czasu, pewnego wysiłku i konsekwencji – często wzdychamy i… rozglądamy się za czymś szybszym i łatwiejszym w nadziei, że może ktoś odkrył już w naszej sprawie jakąś drogę na skróty.

    Istnieje wiele metod rzucenia palenia...

    Istnieje wiele metod i sposobów na rzucenie palenia. Są one powszechnie dostępne – naprawdę bardzo łatwo do nich dotrzeć, w dodatku nie trzeba nawet wychodzić z domu. Internet błyskawicznie dostarczy nam dziesiątki porad na ten temat. Przyznam, że również ja zamierzałem zebrać swoje doświadczenia w jakiś zgrabny poradnik – kto wie, może jeszcze kiedyś to zrobię – choć w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że pewne rzeczy są… nieprzekładalne. Czytałem kiedyś książkę na temat bogactwa, w której autor – niezwykle zamożny, wszechstronny biznesmen – próbował wbić mi do głowy pewne ważne spostrzeżenie na temat sukcesu. “Bogactwo to nie stan konta, ale stan świadomości” – czytałem… ale w gruncie rzeczy nie rozumiałem tego. Owszem, było to bardzo fajnie napisane, taka elegancka formułka gotowa do efektownego zaprezentowania w gronie znajomych, ale… niewiele więcej z niej wynikało. “Łatwo mu mówić” – myślałem. – “Facet śpi na forsie, nie ma żadnych kredytów, a samochody dobiera sobie do koloru skarpetek. Jasne, że ktoś taki może mieć do bogactwa stosunek filozoficzny…”

    Kiedy udało mi się rzucić palenie w pierwszej chwili miałem ochotę powtarzać wszystkim, że jest to łatwe, no, dużo łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Szybko jednak odkryłem, że moje przesłanie nie tylko nie dociera, ale może wręcz wydawać się komuś nieco aroganckie. “No tak, łatwo mu mówić, bo już rzucił” – mógłby pomyśleć z niechęcią niejeden palący.

    Im dłużej rozmyślałem o jakiejś uniwersalnej metodzie na rzucenie palenia, tym bardziej docierało do mnie, że… chyba taka nie istnieje. Albo inaczej: że bardzo trudno wyprowadzić tutaj jakiś elegancki matematyczny wzór, dający się dopasować do każdego. Nie jesteśmy tacy sami. Inne rzeczy nas motywują, każdy z nas ma swoje własne sposoby na odczuwanie radości i odmienny sposób reagowania na stres czy przeciwności losu. Mówiąc krótko – każdy z nas podąża własną ścieżką.

    Postanowiłem zatem poprzestać na swoich własnych odczuciach. To, o czym piszę, okazało się skuteczne w moim przypadku. Próbuję jakoś przekazać to, co przy okazji zrozumiałem. Kiedyś zapowiadałem, że ujawnię swoją metodę – bardzo tajemniczą, bardzo łatwą, bardzo skuteczną. Teraz, po wielu notkach później widzę, że w pewnym stopniu już ją przekazałem, a przynajmniej próbowałem. Nie wiem, czy mi się udało. Być może zabrzmiało to mniej więcej tak: “Rzucenie palenia to nie problem z papierosami, a przede wszystkim stan świadomości”. No tak, łatwo mi mówić, prawda?

    A może poczekać na cudowną szczepionkę od nikotyny?

    Tak naprawdę nie dokonałem niczego wielkiego. Nie odkryłem nowego lądu ani nie okazałem się jakimś niesamowitym bohaterem z bajerancką peleryną (i wielkim ES na piersi). I chociaż dziś, w tej chwili, mógłbym wyliczyć jednym tchem szereg całkiem niezłych metod rzucenia palenia, wiem, że tak naprawdę ich skuteczności należy szukać gdzieś indziej. Wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy autentycznym pragnieniem, a jakąś niezbędną dozą zwykłej konsekwencji. Czy potrzebny jest do tego jakiś wysiłek? Oczywiście. I to nas zazwyczaj przeraża. To właśnie dlatego tak uporczywie poszukujemy drogi na skróty. Nie chcemy się męczyć. Może ktoś wynajdzie tabletkę, która sprawi, że palenie rzuci się samo?

    W poszukiwaniu jakiejś jednej supermetody, która uwolniłaby nas od palenia w sposób gładki, szybki i bezbolesny możemy łatwo zapomnieć, że o powodzeniu jakichkolwiek metod decydują nie jakiejś tajne procedury, ale my sami i nasze działanie. A poza tym – czy poszukiwanie takiej mitycznej metody nie jest aby naszym wybiegiem, aby – póki jej nie odnajdziemy – nie podejmować żadnych prób i wysiłków?

    Dotyczy to zresztą nie tylko palenia. Tak samo jest z odchudzaniem (gdzie nie sposób zliczyć wszystkich tych cudownych diet), tak samo jest z językiem obcym. A właśnie, być może komuś się spodoba metoda, która polega na uczeniu się całych zdań.

    Nie mam pojęcia, czy jest skuteczna. Wiem natomiast, że jest ona zdecydowanie lepsza niż… nie podejmowanie żadnych działań i jałowe czekanie.

  • Entuzjazm

    Data publikacji: 23/11/2009 Rem Brak komentarzy
    Gdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

    joy1

    Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako “stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas “nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.

    Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).

    Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu “na czasie”, czy zyskam miano “twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.

    Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych “typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.

    Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.

    A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.

    W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.

    Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.

  • Kiedy minie czas krówek…

    Data publikacji: 6/11/2009 Rem Brak komentarzy
    Aspekt finansowy palenia nigdy jakoś szczególnie mnie nie fascynował. Papierosy drożały od zawsze… i od zawsze człowiek je po prostu kupował. Miał jakieś inne wyjście?

    papierosyupTemat stary jak świat – papierosy są drogie, drożeją w zastraszającym tempie, na myśl o kolejnej podwyżce szykujemy się do ograniczenia albo rzucenia. I co dalej? Dalej nic, po jakimś czasie odczuwania niepokoju (i wyrzutów sumienia) po prostu akceptujemy nową cenę, myśl o rzucaniu odkładamy na później i wszystko wraca do normy. Pieniądze prawie nigdy nie są prawdziwym powodem rzucenia palenia.

    Czasami możemy natknąć się na wyliczenia, ile palący wydają na swój nałóg. Różni autorzy różnie to liczą, chociaż zazwyczaj na koniec, w perspektywie 10-20 lat, wszystkim wychodzi, że nałóg pochłonął całkiem pokaźną sumkę. Jak już powiedziałem, taka argumentacja do palaczy po prostu nie trafia. Aspekt finansowy może być jednak dobrą dodatkową motywacją dla tych, którzy już odstawili papierosy, ale teraz czują, że ich pierwotne motywy nieco osłabły.

    No dobrze, mamy więc sprawę pieniędzy. Zróbmy kilka ekscytujących obliczeń. Na potrzeby dzisiejszego researchu wymyślamy sobie Braci Palaczy. Jest liściopad, roku 1999. Jeden z Braci podejmuje dramatyczną decyzję: będzie palił nadal. Drugi rzuca. Mija dziesięć lat – mamy listopad 2009 – obaj Bracia stawiają się w redakcji Nowego Smaku Życia i przedstawiają nam sprawozdania finansowe. Brat Palacz nie może zbyt długo usiedzieć, szybko wychodzi na papierosa. Jest zdeterminowany palić na potrzeby naukowe jeszcze kolejne 10 lat. Cóż za poświęcenie.

    Zerknijmy na sprawozdania. Obaj “od zawsze” palili 1 paczkę dziennie, w tej samej cenie. 10 lat temu wydawali na papierosy 4,50 dziennie, obecnie Brat Palacz płaci nieco ponad 8 złotych. Policzmy: Brat Palacz przez te 10 lat wydał około 22 tysięcy złotych. Poszły one z dymem, za każdym razem czyniąc Brata Palacza człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. A co z Bratem Niepalaczem? Pytanie za 100 punktów brzmi: ile przez ten czas zaoszczędził na papierosach Brat Niepalacz?

    Pytanie za 100 punktów: ile zaoszczędzimy na niepaleniu?

    Pytanie za 100 punktów: ile zaoszczędzimy na niepaleniu?

    Nie męczcie się z wyliczeniami. Przez ten czas zaoszczędził on… – tak, tak – nie zaoszczędził on niczego. To właśnie jest największa tajemnica kosztów palenia, którą nie zajmują się autorzy piszący o owych pokaźnych sumach, które zamiast puszczać z dymem mielibyśmy przeznaczyć na zakup samochodu albo wręcz małego domku na przedmieściach.

    Problem w tym, że w przytłaczającej większości przypadków luźna gotówka, powstała w wyniku nie-kupowania papierosów, rozchodzi się jakoś inaczej. Na papierze, matematycznie, arytmetycznie wszystko się zgadza – prześledziłem podwyżki cen papierosów w ostatnich 10 latach i kwota 22 tysięcy wydana przez Palacza jest bliska rzeczywistości. Niestety, Brat Niepalacz nic z tych pieniędzy nie ma. Kiedy Palacz puszczał gotówkę z dymem, Niepalacz czynił się człowiekiem szczęśliwszym i spełnionym nabywając produkty niosące mu frajdę – choćby krówki kruche, na wagę.

    Jaki jest morał z tej opowiastki? Wydaje się prosty: papierosy – przy swoich horrendalnych cenach – w zasadzie nic nie kosztują ;-)

    No dobrze, to był żart. Zastanówmy się, co by było, gdyby Brat Niepalacz nieco zmienił podejście do zagadnienia. Otóż Niepalacz postanowił nagradzać siebie za niepalenie. Po chwili intensywnej pracy umysłowej rozumiał, że nabywanie krówek to dość kiepska nagroda, zwłaszcza w perspektywie czasu. Kiedy więc opadł bitewny kurz i okazało się, że walka z nałogiem została wygrana, Zapobiegliwy Brat Niepalacz co miesiąc nagradzał samego siebie za to, że nie pali.

    Skarpeta była pojemna – po 10 latach Zapobiegliwy ma swoje 22000. Fajnie? Może i tak, choć niezbyt rozsądnie. Załóżmy, że Brat Zapobiegliwy jest jednak Rozsądny i zamiast do skarpety wkłada comiesięczna nagrodę za niepalenie na konto oszczędnościowe. W ostatnich 10 latach można było w ten sposób “wypracować” dodatkowe 4-10 tysięcy. No, już lepiej. Rozsądny cieszy się, że odkładał w banku, a nie inwestował w jakieś akcje, gdyż ostatnie wielkie załamanie i kryzys finansowy z pewnością utopiłyby jego z trudem nieprzepalone pieniądze.

    Czyżby? Przyjrzyjmy się teraz Bratu Niepalaczowi Sprytnemu, który każdego miesiąca, począwszy od listopada 1999, wpłacał na inwestycyjny fundusz akcji. Sprytny nie zna się na giełdzie i innych skomplikowanych sprawach związanych z inwestycjami. Wszedł po prostu na Onet, wyświetlił sobie tabelkę funduszy inwestycyjnych i wybrał ten, który miał najwyższe słupki za ostatnie kilka lat, rozumując, że jeśli ktoś jest najlepszy od dłuższego czasu, to będzie przynajmniej dobry w następnej dekadzie.

    Brat Palacz intensywnie pali. Niepalacz obżera się krówkami. Zapobiegliwy kupuje kolejną skarpetę na swoją gotówkę (ma już 22 tys.). Rozsądny zbiera wyciągi bankowe i denerwuje Palacza ich głośnym analizowaniem (w tej chwili posiada 29 tysięcy). Sprytny… No właśnie, co z nim? Otóż Sprytny ma ponad 34 tysiące złotych. Mimo kryzysu, załamania giełdy, w perspektywie 10 lat i tak jego sposób okazał się najlepszy! (Tak naprawdę przez te 10 lat mieliśmy nie jedno, ale dwa załamania na giełdzie – pierwsze na początku tej dekady. A mimo to strategia Brata Niepalacza Sprytnego okazała się najbardziej efektywna.)

    Jakie wnioski płyną z dzisiejszej notki? Dla wielu – że krówki są pyszne. Dla innych wielu – że nagradzanie samego siebie za niepalenie może być nie tylko dodatkową motywacją, ale ostatecznie przynosi zazwyczaj dość wymierne efekty.

    Na początku krówki są dobrą nagrodą

    Krówki są pyszne, z pewnością osłodzą brak papierosów

    Jeśli rzucasz palenie, pewnie nie robisz tego tylko ze względu na pieniądze. Skoro jednak już to robisz, dlaczego dodatkowo nie skorzystać? Nagradzaj siebie! OK, w pierwszym okresie od rzucenia, mogą to być pyszne krówki, które z pewnością osłodzą nam brak papierosów. Dlaczego jednak po jakimś czasie, kiedy już będziecie czuć się pewniej jako niepalący, mielibyście zaprzestać nagradzania siebie? Macie do tego prawo. Wasz Brat Palacz cały czas wydaje na papierosy – wy te pieniądze wrzucajcie do skarpety, inwestujecie na lokacie, w funduszu czy wręcz bezpośrednio na giełdzie (a co tam!). Pamiętajcie, nic nie tracicie, bo te pieniądze byście przepalili.

    Moje wyliczenia oparłem o realne dane. Trochę tego się naszukałem w Internecie, ale dzięki temu sam uzyskałem jasność: nawet mimo krachu na giełdzie, regularne kupowanie jednostek funduszu dało Sprytnemu blisko 50% więcej niż wpłacał.

    Nikt nie jest w stanie przewidzieć co będzie za kolejne 10 lat. Pamiętajcie jednak o najważniejszym – praktycznie w każdej perspektywie czasowej zawsze wygrywacie z Bratem Palaczem. Jeżeli przez najbliższe 10 lat będzie on kupował papierosy po 10 zł dziennie, łącznie przez te dwie dekady wyda 58500 zł. Nie liczę tu nawet kolejnych podwyżek, które z pewnością palaczy jeszcze czekają. Mówi się, że papierosy będą w przyszłości kosztować nawet 20 zł. Jak myślicie, czy Brat Palacz nie zapłaciłby tych 20 zł za swoją codzienną paczkę?

    W tym czasie Brat Niepalacz zje mnóstwo krówek, Zapobiegliwy będzie miał skarpety wypchane kwotą 58 tysięcy, zaś Sprytny – właściwie nie robiąc nic szczególnego, tylko wpłacając na fundusz inwestycyjny swoją comiesięczną nagrodę za niepalenie  – osiągnie blisko 170 tysięcy złotych. Nie czytając ani jednej literki nudnych poradników inwestycyjnych. Nie robiąc nic szczególnego.

    Jedyne, co robi Sprytny to nagradza się za niepalenie, ponieważ jako Palacz, i tak te pieniądze by przepalił. Pieniądze te inwestuje w fundusz powierniczy. To wszystko.

    Nagradzajcie się za niepalenie. Na początku polecam krówki (owoce, drobne upominki, dobre wino czy niebanalna herbata, może dobry obiad w restauracji). Krówki są ważne, bo pozwalają nam poczuć się dobrze z naszym niepaleniem. Kiedy jednak nadejdzie już czas, gdy niepalenie stanie się dla nas oczywiste - nie przestawajmy siebie nagradzać. To naprawdę cały czas działa na nasza korzyść, wspiera naszą decyzję o niepaleniu,  sprawia, że czujemy się z naszym niepaleniem jeszcze lepiej.

    Nie przestawajcie siebie nagradzać. Kiedy minie czas krówek, róbcie to po prostu troszkę efektywniej.

    nas
  • Jak długo trwa rzucanie palenia?

    Data publikacji: 7/10/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    old_clockDzisiejsza notka mogłaby być krótka: człowiek rzuca palenie w dwadzieścia jeden dni, czternaście godzin i siedem minut. Fajnie? Dobrze by było. Niestety, nie jest to takie proste…

    Zanim jednak zajmiemy się liczeniem dni czy tygodni, ustalmy, o jaki okres nam chodzi. W najszerszym znaczeniu proces rzucania palenia zaczyna się od pierwszych myśli o rzucaniu, aż do podjęcia decyzji i dalej – od decyzji po wypalenie “ostatniego papierosa” – koniec zaś całego procesu to moment, w którym uświadamiamy sobie, że jesteśmy wolni. Taki moment po prostu nadchodzi. No chyba, że mimo odstawienia papierosów, nie rozstaniemy się z nimi mentalnie.

    Trudno cokolwiek powiedzieć o czasie, jaki upływa od pierwszych rozważań, do podjęcia realnych działań. Jest to sprawa tak dalece indywidualna, że chyba nie da się ująć jej w jakiekolwiek ramy. Są ludzie, którzy w poniedziałek zaczynają zastanawiać się nad rzuceniem, w czwartek podejmują konkretną decyzję, a w niedzielę wypalają swojego “ostatniego”. Są też tacy, którzy zbierają się w sobie, przygotowują psychicznie (zazwyczaj przygotowując się na najgorsze), podejmują kilka mniej lub bardziej poważnych prób rzucenia, całość zaś trwa miesiącami czy wręcz latami. Rekordziści – tacy jak ja (absolutna czołówka światowa) rzucają palenie nawet przez dwadzieścia lat. Straszne, prawda?

    No dobrze – podjęliśmy już decyzję (minęło dwadzieścia lat – gratulacje). Wszystkie popielniczki wylądowały już w koszu. Znamy na pamięć siedem podręczników rzucania palenia oraz na wyrywki wszystkie teksty z Nowego Smaku Życia. Właśnie wypaliliśmy ostatniego papierosa i – wreszcie, wreszcie, wreszcie – nie palimy.

    Jak długo musimy czekać, aby nasze niepalenie stało się dla nas czymś naturalnym – podobnie jak u ludzi niepalących? Innymi słowy – ile dni niepewności i wyrzeczeń nas czeka zanim nie poczujemy prawdziwej, realnej wolności?

    Jakiś czas temu pisałem o pewnej nauczycielce, której udało się to w jedną noc, chociaż nie do końca wynikło to z jakichś jej konkretnych działań – ot samo przyszło. Z tego też powodu lepszy byłby przykład tych wszystkich ludzi, którzy pod wpływem silnego bodźca dosłownie “w jednej chwili” stawali się osobami niepalącym. Ich przemiana dokonywała się natychmiast, jednego dnia.

    Chyba najsłynniejszym takim przypadkiem był Allen Carr. Rzucał wiele, wiele razy (skąd my to znamy?), aż pewnego dnia – zrozpaczony i zdesperowany – nagle zrozumiał, czym w istocie jest palenie. Zrozumienie to spłynęło na niego tak nagle i dobitnie, że w jednej chwili pojął, że tym razem mu się uda. I udało się.

    Wiele osób rozstaje się z nałogiem w czasie, jaki przewidziany został na pełną terapię środkami NTZ, czyli nikotynowej terapii zastępczej – plastrami, gumami czy cukierkami zawierającymi nikotynę. W tym wypadku okres “rzucania” trwa do 10 tygodni – w zależności od stopnia uzależnienia i poziomu, od jakiego zaczynamy.

    A jak było w moim przypadku? Od ostatniego papierosa, jakiego wypaliłem do momentu, kiedy poczułem się w pełni wolny od nałogu, upłynął mniej więcej tydzień. Napiszę o tym w innym czasie.

    Jak długo zatem trwa czas “przemiany”? Ujmując rzecz biologicznie – jak dużo czasu potrzebuje nasz mózg na “posprzątanie” po papierosach (wykształcenie nowych połączeń, zacieranie starych, “papierosowych”). Ile trwa takie przeprogramowanie mózgu? Spotkać się można z dość rozbieżnymi opiniami. Na przykład znany autorytet w dziedzinie motywacji i rozwoju Brian Tracy twierdzi, że dzieje się to przez około 21 dni. Z kolei M.J. Ryan, autorka inspirującej książki o postanowieniach noworocznych (polecam), pisała o 6 miesiącach. Spora liczba psychologów i badaczy behawioralnych mówi o okresie od 20 do 70 dni (ci sami badacze zgadzają się jednak, że zmiany mogą zachodzić zarówno dużo szybciej, jak i dużo wolniej). Co odpowiada za tak dużą rozpiętość?

    Chyba wszyscy znawcy tematu zgadzają się, że czynnikiem decydującym jest zaangażowanie emocjonalne. Nasz mózg (który musi nadążać nie tylko za naszym umysłem, ale i emocjami) po raz kolejny okazuje się niezwykle elastyczny. Potężny ładunek emocjonalny, towarzyszący olśnieniu, nawróceniu religijnemu czy przeżyciu katharsis wyzwala niemal natychmiast potężną autostradę w mózgu. Im jest coś dla nas ważniejsze, tym szybciej i pewniej w tę stronę podążają nie tylko nasze myśli i uczucia, ale i nasz fizyczny organizm.

    To nasze zaangażowanie, determinacja, nasze silne pragnienie decyduje o czasie, jaki ostatecznie potrzebny jest na rozstanie się z “umysłem palacza”. Nie muszę chyba mówić o roli wiary i przekonania, że się uda.

    W ostatniej notce przytaczałem statystyki, które potwierdzają, że samo odstawienie papierosów i uporczywe, dramatyczne, często wręcz heroiczne trzymanie się abstynencji zazwyczaj nie skutkuje – wcześniej czy później pojawi się sytuacja-pretekst, która przekreśli naszą z takim trudem utrzymywaną abstynencję. Powrót do palenia staje się wtedy dla palacza wyzwoleniem od męczarni i ciężkiego okresu wyrzeczeń.

    Dlaczego jednym się udaje dość szybko, inni zaś mimo wielu tygodni i miesięcy niepalenia wciąż nie czują się wolni? Odpowiedź jest prosta – oni wcale nie rzucili palenia. Mentalnie pozostali palaczami. Nadal pragną to robić – a świadomość, że nie mogą (bo tak przecież postanowili, albo – co gorsza – tak postanowili za nich lekarze, rodzina czy współpracownicy) wywołuje dodatkowe napięcia i jeszcze bardziej wzmaga chęć zapalenia.

    Rzucenie palenia powinno być pragnieniem. Powinno łączyć się z zaangażowaniem emocjonalnym. Sama abstynencja zazwyczaj jest nieskuteczna i często przynosi mnóstwo niepotrzebnych napięć. Ważniejsze jest pozbycie się “umysłu palacza”. Najlepszy – o ile nie jedyny – sposób, to pragnienie niepalenia. A im większe pragnienie, tym krótszy czas potrzebny na “przeprogramowanie umysłu”.

    A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że jeśli starujemy z wielkim zaangażowaniem, nadzieją i pragnieniem to nie musimy czekać na “moment olśnienia”, o którym mówił Carr, a który nadchodzi w chwili poczucia wyzwolenia od nałogu. Jeżeli nasze pragnienie niepalenia będzie wystarczająco silne, już od początku okres “uwalniania od nałogu” będzie znacznie łatwiejszy – codzienne, cogodzinne małe zwycięstwa, codzienna świadomość, że oto stajemy się niepalący, z każdym dniem mocniejsze przekonanie i nadzieja – przy takim nastawieniu moment wyzwolenia stanie się już nie tylko czymś, na co czekamy, ale zwyczajną, prostą konsekwencją. Czymś, co nastąpi szybciej, niż się tego spodziewaliśmy.

  • Tracisz czy zyskujesz?

    Data publikacji: 29/09/2009 Rem Brak komentarzy
    Ludzi, którzy przestali palić, można podzielić na dwie grupy. Pierwsza traktuje rzucenie palenia jak zwycięstwo, zysk, coś, co w jakiś sposób wzbogaca życie. Druga grupa to ci, którzy czują, że wraz z odstawieniem papierosów coś stracili. Jak myślicie, która grupa jest liczniejsza?

    grupaTak, macie rację: zdecydowana, wręcz przygniatająca większość palących należy do grupy, dla której rzucanie palenie wiąże się z przekonaniem o jakiejś stracie – najczęściej dość dotkliwej i przykrej. Wystarczy spojrzeć na statystyki: spośród tych, którzy wytrwali miesiąc bez palenia, w ciągu pół roku “zdezerteruje” połowa, a po roku – pozostanie już tylko 35% “niko-abstynentów”. Jeżeli założymy, że po miesiącu realne przesłanki uzależnienia prawie zanikają, okaże się, że te 50-65% “dezerterów” wróciło do nałogu… nie dokładnie z powodu nałogu.

    Nieco więcej o tym będzie w następnej notce. W tym miejscu ograniczę się tylko do stwierdzenia, że podstawowym powodem powrotu do palenia (zwłaszcza po roku) jest poczucie, że odstawiając papierosy coś się traci.

    Palący jest bardzo silnie uwarunkowany na swój proceder. Nierzadko palenie jest główną treścią życia: po codzienności poruszamy się “od papierosa do papierosa”. Reszta to tylko niesympatyczne przerwy w naszym nikotynowym życiorysie… Znam to doskonale, bo tak właśnie funkcjonowałem. Za każdym razem, kiedy miałem rzucać, budził się we mnie niepokój – “zaraz wszystko stracę, dwa dni po rzuceniu palenia będę psychicznym wrakiem, życie stanie się bezbarwne, nieznośne i pozbawione sensu”. Sami pomyślcie – już nigdy, nigdy, nigdy nie zapalić? Zgroza, która zawsze budziła we mnie przerażenie.

    Dlaczego 65% rzucających, którzy wytrwali wystarczającą jak się wydaje ilość czasu, aby uwolnić się od swego nałogu, wraca do niego? Właśnie z powodu ciągłego poczucia, że coś stracili.

    Dopóki nie uda się nam przekonać, że rzucanie palenia nie jest żadną stratą, a przeciwnie – zyskiem, nie uda nam się trwale, skutecznie i bez żalu pozostać niepalącymi. Jeszcze raz, trochę inaczej:

    Dopiero, gdy w pełni poczujesz, że rzucenie palenia to zysk, szansa i rozwój, trwale i bez żalu uwolnisz się od swego nałogu.

    I ważna uwaga na koniec – nie chodzi tutaj o jakieś racjonalne przesłanki ale o emocje. Nie chodzi o chłodną kalkulację zysków czy strat, o liczenie racjonalnych korzyści związanych z rzuceniem palenia. To nie działa. Umysł zawsze przegra z sercem – że się tak lirycznie wyrażę. Jedyna skuteczna broń, to rozbudzenie w sobie mocnego przekonania, że życie “po” to nie strata, ale poprawa, nie cofnięcie się, ale krok naprzód.

    Jeśli więc jesteś “na odwyku”, zadaj sobie to dzisiejsze ważne pytanie: czy rzucenie palenia odczuwasz jako zysk czy stratę? Twoja szczera odpowiedź może być sygnałem do zmiany nastawienia. Kto wie, być może właśnie od tej odpowiedzi zależy, czy zyskasz prawdziwą wolność od nikotyny.

  • Nie pal, weź pigułkę

    Data publikacji: 22/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 7
    Być może już wkrótce rzucanie palenia będzie przypominało walkę z przeziębieniem – po wizycie u lekarza otrzymamy receptę na odpowiednie pigułki, których zażywanie dwa razy dziennie po jedzeniu szybko i bezboleśnie uwolni nas od nałogu.

    pigulki

    Jak możemy przeczytać w październikowym Focusie, prace nad taką “pigułką od uzależnień” cały czas trwają. Naukowcom udało się już dość precyzyjnie ustalić, które rejony mózgu odpowiedzialne są za powstawanie i rozwój nałogów, jednak jak dotąd nie znaleziono jeszcze skutecznego leku, który całkowicie zablokowałby i tym samym “wyłączył” nasze uzależnienia.

    Co jest odpowiedzialne za rozwój uzależnień? Tak tak, to nasza stara dobra znajoma – dopamina. Z punktu widzenia mózgu palenie papierosów jest w zasadzie tym samym, co przyjmowanie narkotyków, picie alkoholu, ale też uzależnienie od hazardu czy… chociażby Internetu. Mechanizm napędzający uzależnienia to znany nam mechanizm nagrody – zażywamy określone środki psychoaktywne albo wykonujemy określone czynności po to, aby otrzymać nagrodę – uczucie satysfakcji, szczęścia, a nawet euforii – wywoływane przez dopaminę.

    dr Nora Volkow

    Uzależnienia są łudząco podobne w swoim wymiarze fizjologicznym – twierdzi coraz więcej naukowców i lekarzy. Uzależnienie powstaje na skutek zmian w mózgu, które prowadzą do zaburzeń zachowania – mówi dr Nora Volkow kierująca National Institute on Drug Abuse. Chodzi o to, że nienaturalnie wysoki poziom dopaminy wyłącza jej naturalną produkcję – aby więc nadal otrzymywać kolejne dawki tego neuroprzekaźnika, musimy wciąż sięgać po substancję  lub czynność związaną z nałogiem, uzależniając się od nich.

    Brzmi to wszystko bardzo prosto, jednak stanowi coraz większy problem społeczny. Nie mówię nawet o wymiarze osobistym, ludzkim – nie trzeba chyba rozpisywać się nad ilością dramatów, jakich przyczyną było i jest bardzo wiele nałogów. W obecnych czasach liczba uzależnionych zamiast maleć, wzrasta w zastraszającym tempie. Wprawdzie ilość rzucających palenie stopniowo wzrasta, jednak pojawiają się wciąż nowe uzależnienia – chociażby od gier komputerowych.

    Wracamy jednak do tabletki “od palenia”. Wieloletnie badania i obserwacje potwierdziły skuteczność niektórych substancji w walce z nałogami. Inne wciąż się testuje – poszukując bardzo zaawansowanych środków, które precyzyjnie blokowałyby dopaminę – nie narażając nas jednak na zbytnie obniżenie jej poziomu – co może być równie niebezpieczne, jak jej nadmiar.

    Jeżeli szukacie jakichś konkluzji do dzisiejszej notki, wydają się oczywiste. Już nie raz mówiłem o istocie uzależnień, o funkcjonowaniu naszego mózgu czy  “ścieżek dopaminowych”. Przez długie lata trwała debata czy uzależnienie traktować jako chorobę psychiczną czy fizyczną. Dr Nora Volkow mówi, że jest to o tyle bezsensowne, gdyż choroba psychiczna rodzi się w organizmie – w mózgu. Najważniejsza jest tutaj jednak prawda, że uzależnienie jest po prostu chorobą.

    Jak twierdzi dr Volkow: Dzięki postępom w terapiach lekowych oraz behawioralnych już wkrótce uzależnienie będzie traktowane jako przewlekła, uleczalna choroba. Pani doktor nie jest w swoich opiniach specjalistą odosobnionym. Obecnie tak uważa znakomita większość ekspertów zajmujących się uzależnieniami.

  • W obronie e-papierosa

    Data publikacji: 16/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 10
    Dziś internetowe media obiegła wieść, podana za “Dziennikiem Gazetą Prawną”, o planach Ministerstwa Zdrowia, które chce zdelegalizować w Polsce e-papierosy. W pierwszej chwili uważałem, że wystarczy odpowiednia notatka na moim mikroblogu, jednak po głębszym zastanowieniu postanowiłem zabrać w tej sprawie głos.

    epapieros2Mój opis e-papierosa (“Palenie 2.0“) przeczytało kilka tysięcy osób i chociażby dlatego czuję się trochę wywołany do tablicy. Wprawdzie nie jestem jakimś tam zdecydowanym zwolennikiem czy orędownikiem elektronicznego papierosa, jednak decyzja resortu zdrowia wydała mi się tak absurdalna, że w pierwszej chwili zaniemówiłem.

    Brak badań

    Co takiego złego dostrzegli ministerialni urzędnicy w inhalatorach nikotyny przypominających kształtem tradycyjnego papierosa? Pierwszy zarzut to – powtarzając za “Dziennikiem” – brak odpowiednich badań. Tutaj się zgodzę – rzeczywiście brak jest obecnie jakichś systematycznych, naukowych opracowań na ten temat, jednak nie zapominajmy alternatywą czego jest elektroniczny papieros. To przecież nie jest zamiennik mlecznych batoników dla dzieci, ale alternatywa dla używki, która jest obecnie największym masowym zabójcą na świecie!

    Być może e-papieros nie jest w pełni bezpieczny (brak badań…), niemniej na pewno jest wielokrotnie mniej toksyczny od papierosów tradycyjnych. Zanim zostaną przeprowadzone odpowiednie badania, może upłynąć jeszcze kilka lat. Jak wielu jest palaczy, którzy już dziś skłonni byliby przesiąść się na zdrowszą alternatywę, a jednocześnie z różnych względów nie chcą lub nie potrafią przyjmować nikotyny przy pomocy gum, cukierków czy plasterków? Wszyscy oni mogliby dzięki e-papierosowi uchronić się od wielu groźnych chorób. Kto wie, być może delegalizując e-papierosy Ministerstwo Zdrowia skazuje na śmierć setki palaczy. Panowie urzędnicy – weźmiecie to na swoje sumienie?

    E-papieros uzależnia?

    Drugi argument jest po prostu absurdalny: Przyjmowanie niekontrolowanych dawek nikotyny grozi uzależnieniem od tego alkaloidu, a nawet przedawkowaniem – wyjaśniał Piotr Olechno, rzecznik ministerstwa. Jak mamy to rozumieć? Że “nieuzależnieni” palacze nagle się uzależnią? Kto jest gotów wydać 150-400 zł na urządzenie, które jest bardziej uciążliwe od zwykłych papierosów (ciężkie, o posmaku plastiku, należy pamiętać o wkładach, naładowaniu baterii itd) i nawet nie jest modne, cool, jazzy i tak dalej? Nie oszukujmy się, obecnie z e-papierosem znacznie więcej jest kłopotów niż z papierosami tradycyjnymi. Te ostatnie można kupić niemal wszędzie, wciąż w naszym społeczeństwie – szczególnie wśród młodych – uchodzą za symbol niezależności, twardości i odwagi. Dla tej grupy ludzi e-papierosy to wręcz obciach, głupota.

    Kto kupuje to drogie urządzenie?

    Kto kupuje to dość drogie urządzenie?

    Kto zatem kupuje to dość drogie urządzenie? Śmiem twierdzić, że ci, którzy są już uzależnieni. Ci, którzy boją się o swoje zdrowie i z tego względu szukają bezpieczniejszej alternatywy dla tytoniu. Twierdzenie, że zakaz sprzedaży e-papierosów powodowany jest niebezpieczeństwem uzależnienia wydaje się więc potwornie wyrachowany, wręcz cyniczny.

    Przedawkujesz?

    Ostatnią kwestią (po braku badań i groźbie uzależnienia)  jest niebezpieczeństwo przedawkowania. W tym miejscu przypomina mi się znamienna scena z filmu “Dziękujemy za palenie”, kiedy główny bohater, rzecznik prasowy koncernu tytoniowego, zostaje przez działaczy ruchu antynikotynowego  oblepiony plasterkami (przeżywa tylko dlatego, że jako były palacz ma zwiększoną tolerancję na nikotynę). Plasterki omal go nie zabiły!

    Przedawkować można wszystko. W myśl zasady przyświecającej orędownikom zakazu e-papierosa, alkohol i papierosy powinny być reglamentowane, słone przekąski lub słodkie czekoladki ściśle ewidencjonowane. Idźmy dalej – noże kuchenne powinny być dozwolone od lat 18, zaś aby nabyć młotek lub śrubokręt, należałoby mieć certyfikat Instytutu im. Adama Słodowego… Naprawdę… nie popadajmy w paranoję.

    Owszem, kiedy mój przyjaciel kupował buteleczkę z olejkiem nasączonym czystą nikotyną (służącego do “ładowania” e-papierosa), obaj uświadomiliśmy sobie, że wypicie tych 10 ml płynu prawdopodobnie spowodowałoby ciężkie zatrucie lub śmierć. Ale przecież wystarczy to ucywilizować (niechby te buteleczki były zakazane) – przecież są w sprzedaży również gotowe wymienne wkłady, których przedawkować niemal nie sposób. Dlaczego? Dokładnie z tego samego powodu, z którego ludzie zazwyczaj nie przedawkowują papierosów tradycyjnych: po pewnym czasie człowiekowi robi się po prostu niedobrze, ma mdłości i serdeczny dość palenia. Tak to działa.

    Kto za tym stoi?

    “Dziennik Gazeta Prawna” przypuszcza, za Markiem Bernetem z Njoy Polska, że za całą sprawą stoi lobby gum i plasterków, a być może też samych koncernów tytoniowych. Trudno mi się tutaj ustosunkowywać, niemniej zastanawiająca jest determinacja naszego resortu zdrowia. Komu najbardziej zależy na delegalizacji e-papierosów? Z pewnością największe zagrożenie mogą tu odczuwać producenci wspomnianych gum czy plasterków. Jeżeli bowiem zniknie lub znacznie zmniejszy się  poczucie zagrożenia zdrowia (najprawdopodobniej palenie 2.0 nie powoduje raka), palacze zamiast trudów rzucania palenia (chociażby przy pomocy Nikotynowej Terapii Zastępczej) po prostu wybiorą papierosy elektroniczne. Koncerny tytoniowe chyba jeszcze nie odczuwają zagrożenia – wciąż jeszcze e-papieros to niewielka nisza – mimo, że dość szybko rosnąca w siłę.

    Gdyby się nad tym wszystkim głęboko zastanowić, dochodzimy do wniosków mało pokrzepiających: papierosy tradycyjne można kupić w prawie każdym sklepie spożywczym czy kiosku. Preparaty nikotynowe – już tylko w aptekach. Natomiast e-papieros być może zostanie w ogóle wyeliminowany. Czy potraficie to zrozumieć?

    Owszem, należy informować społeczeństwo, że e-papieros to urządzenie jeszcze nie przebadane, jeszcze nie uznane za w pełni bezpieczne. Należy robić wszystko, aby nie powtórzyła się zbrodnia nazywana “lekkimi papierosami” – kiedy to koncerny wmawiały palącym, że “lighty” szkodzą znacznie mniej (a jak się okazało, szkodzą tak samo).

    Jeżeli Ministerstwo Zdrowia rzeczywiście dba o nasze zdrowie – niech zmusi dystrybutorów e-papierosów do opatrzenia pudełeczek z urządzeniem stosowną informacją (analogicznie do papierosów tradycyjnych) – np.: “Ministerstwo Zdrowia ostrzega, że używanie e-papierosa z nikotyną uzależnia i MOŻE być niebezpieczne dla zdrowia”

    Czy to nie wystarczy?

    Więcej e-papierosach na Nowym Smaku Życia:
    e-papieros czyli palenie 2.0

    e-papieros: wszyscy rzucicie palenie

    e-papierosy – ostatnie starcie

  • Całe to ględzenie o rzucaniu

    Data publikacji: 10/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    bulbcrazyByć może słyszeliście stary żart: ilu psychologów potrzeba, aby wymienić żarówkę? Odpowiedź jest prosta: wystarczy jeden pod warunkiem, że żarówka jest gotowa na zmianę.

    Najlepsze w tym smacznym dowcipie jest to, że zawiera on żywą prawdę o psychoterapiach, rozwoju osobistym czy chociażby walce z uzależnieniami i złymi nawykami. Wszelkie trwałe i pozytywne zmiany możemy osiągnąć tylko wtedy, kiedy rzeczywiście tego chcemy, kiedy jesteśmy na to gotowi, a najlepiej, kiedy tego pragniemy – niemal pożądamy. Jest to tak oczywiste, że chyba nikt tego nie kwestionuje.

    Zazwyczaj nie ma sensu przekonywać nieprzekonanych. Być może jedyne, co warto w takiej sytuacji zrobić, to przedstawić rozmówcy czyste fakty i liczyć, że do niego przemówią. Jeśli nie teraz, to może w przyszłości.

    Z drugiej strony – czy fakty mogą w ogóle przekonać palacza do rzucenia palenia? Zawsze (jak dotąd naprawdę za każdym razem), kiedy rozmawiam z osobą palącą, osoba ta instynktownie ucieka od faktów. Stara się je podważyć albo zbagatelizować. Zresztą, co tu daleko szukać – kiedy jeszcze paliłem, sam zachowywałem się identycznie. Pierwszą książkę o rzucaniu palenia przeczytałem dopiero jakieś dwa miesiące po rzuceniu palenia. Wcześniej na samą myśl o takich pozycjach czułem się nieswojo, a gdzieś na obrzeżach psychiki czaił się narastający niepokój, żeby nie powiedzieć panika.

    Nie chcę tego słuchać... To jakis antynikotynowy blitzkireg?

    To jakiś antynikotynowy blitzkireg?

    Czy warto więc “ględzić” palaczom o paleniu? Na pewno warto robić to z umiarem, bez zabarwienia emocjonalnego. Wierzcie mi, kochani niepalący, palacz ma wystarczająco dużo własnych problemów czy wątpliwości – nie potrzebna jest mu wasza zajadłość, mentorski ton i nieustanne pouczanie. Nie ma nic gorszego niż wojujący misjonarz niepalenia, który za punkt honoru wziął sobie dopaść palacza i przyszpilić go.

    Palacz to osoba przebiegła i sprytna – misjonarz niepalenia wie o tym doskonale i dlatego uderza znienacka – w celu zapędzenia delikwenta w kozi róg i zmuszenia go do zrobienia kilku wolnych od dymu wdechów. Podczas robienia tych wdechów wraz z zabójczo czystym powietrzem misjonarz wsącza do organizmu palacza niepokojące treści antynikotynowe. Szybko, sprawnie, bezlitośnie. Wszystko fajnie, ale czy taki misjonarski Blitzkrieg ma w ogóle sens?

    Nie zapominajcie – żarówka musi być gotowa na zmianę. Inaczej można ją tylko spalić.

  • Magia słowa zapisanego

    Data publikacji: 7/09/2009 Rem Brak komentarzy

    pioro_old

    W niedawnej rozmowie na temat papierosów mój rozmówca zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w rzucaniu palenia. Odparłem, że najważniejszy jest zeszyt 64 kartkowy w kratkę. Wywołało to oczywistą wesołość pytającego, który zdążył jeszcze błyskotliwie zapytać – dlaczego akurat w kratkę?

    Wbrew pozorom moja odpowiedź nie była tylko żartobliwą uwagą obliczoną na rozbawienie słuchacza. Tak naprawdę u jej podstaw leży prastara prawda: słowo pisane ma wielką moc. Wiemy o tym wszyscy, znamy moc oddziaływania wielkich dzieł literackich czy też ważnych tekstów natury politycznej, społecznej itd, które niejednokrotnie zmieniały historię świata. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że słowo pisane ma wielką siłę również na naszym własnym poletku, na gruncie osobistym – ma ono zdolność dokonywania wielkich przemian w naszym życiu.

    Być może spotkaliście się już z taką radą: jeśli chcesz coś osiągnąć, zapisz to. Stwórz na papierze swój własny plan zrealizowania dowolnego celu, a znacznie podniesiesz prawdopodobieństwo, że ci się powiedzie. Z podobnymi radami spotykamy się niemal w każdej publikacji dotyczącej rozwoju osobistego czy osiągania sukcesów.

    pisak_wezel

    Większość osób nigdy niczego nie planuje...

    Człowiek, który chce coś osiągnąć, musi przede wszystkim wiedzieć, czego chce. Bez tego trudno jest w ogóle myśleć o jakichkolwiek efektach. Większość ludzi nigdy niczego nie planuje, a tym bardziej nie zapisuje żadnych celów do zrealizowania. Szczytem planowania dla większości z nas jest lista zakupów do supermarketu, zaś nasz najbliższy tydzień kształtujemy głównie w oparciu o tygodniowy program telewizyjny. (Dlatego razem z żoną nazywamy go żartobliwie Przewodnikiem Po Życiu. W każdy piątek pytamy siebie nawzajem “Czy kupiłeś Przewodnik Po Życiu? Jeśli nie, to zrób to, bo cały tydzień będziemy błądzili.” Oboje się z tego śmiejemy, tym bardziej, że telewizji praktycznie w ogóle nie oglądamy.)

    Słowo zapisane – czyli to wszystko, co własnoręcznie kreślimy na kartce papieru, w zeszycie, a może na blogu? – pozwala nam sprecyzować cel, pomaga w zrobieniu planu jego realizacji, a także – co równie ważne – pozwala nam na przyjrzenie się nam samym z pewnego dystansu – z którego czasem widać znacznie więcej. Pisanie pozwala uporządkować myśli, sprawdzić, gdzie się aktualnie znajdujemy (czy jesteśmy na drodze realizacji naszych zamierzeń, czy też z niej zbaczamy). Prowadzenie swego rodzaju “Dziennika Projektu” w sposób niezauważalny dyscyplinuje nas i dopinguje do dalszej pracy.

    Nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym sam nie przeszedł tej drogi i nie przekonał się o sile słów zapisywanych. Kiedy rzucałem palenie, zacząłem prowadzić bloga. Dziś widzę to już z pewnego dystansu i wiem, że pisanie pomagało mi przetrwać chwile zwątpienia, a przede wszystkim dawało mi potężną dawkę energii. Mój blog – zwłaszcza w pierwszych dniach od odstawienia papierosów – był moim najlepszym przyjacielem.

    Pisanie “Dziennika Projektu” (czy też “Dziennika Celu”) pomoże osobom palącym poznać swoją własną motywację, największe przeszkody w uwolnieniu się od nałogu czy wreszcie opracować swoją indywidualną ścieżkę. Z kolei osoby już “po rzuceniu”, ale jeszcze wciąż narażone na “nawrót” – w swoim “Dzienniku” niejednokrotnie znajdą potężne oparcie i pomoc.

    Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsza porada nie każdemu przypadnie do gustu. Nie każdy ma potrzebę pisania czegokolwiek. Często odczuwamy jakiś wewnętrzny opór, czując, że nie umiemy zbyt dobrze pisać. Nie chcę w tym miejscu przekonywać, że każdy może, każdy potrafi i tak dalej. Jeżeli spróbujecie – macie szanse osobiście przekonać się, jak wiele może zdziałać słowo zapisane. To jest jednak wasz wybór, zwłaszcza, że pisanie to, rzecz jasna, nie jedyna metoda na poprawę własnego życia…