-
Dzień bez tytoniu, a blog ma rok
Data publikacji: 31/05/2010 Ilość komentarzy: 4
Dziś jest Światowy Dzień bez Tytoniu, a zarazem pierwsza rocznica Nowego Smaku Życia. Chciałoby się powiedzieć: co za dzień!Światowy Dzień Bez Tytoniu, ustanowiony przez WHO 23 lata temu, popularnie nazywany Dniem Bez Papierosa, w Polsce obchodzony jest od 19 lat. Niestety, w tym czasie nie pojawił się ktoś jednoczący całe środowisko antynikotynowe, ktoś charyzmatyczny i medialny, taki antynikotynowy Owsiak, który wymyśliłby Wielką Orkiestrą Bez Papierosa, jakiej po prostu nie dałoby się nie zauważyć.
Pozostają nam mniej lub bardziej zauważalne festyny oraz lokalne imprezy – w dużej mierze organizowane przez Fundację „Promocja Zdrowia”. Poza tym jakieś oderwane, czasem wręcz marginalne wzmianki w prasie i mediach elektronicznych… I to w zasadzie wszystko.
Oddajmy tu jednak sprawiedliwość Fundacji „Promocja Zdrowia”, która wraz z Centrum Onkologii – Instytut, zrobiła już bardzo wiele w zakresie uświadamiania społeczeństwa, czym jest palenie i jakie są jego skutki. Efekty wielu kampanii antynikotynowych są imponujące: szacuje się, że dzięki nim palenie rzuciło około 3 miliony Polaków!
Mimo tych sukcesów, liczby są wciąż zatrważające: w Polsce pali około 8 milionów osób. Według danych WHO co roku umiera 5 milionów palaczy. Możecie spojrzeć na te dane również w taki sposób – wygląda to tak, jakby w ciągu najbliższego półtora roku miały umrzeć wszystkie palące osoby w Polsce. Wyobrażacie sobie taką sytuację, że za osiemnaście miesięcy w Polsce nie ma już ani jednego palacza, bo wszyscy umarli?

Co 6,5 sekundy ktoś umiera na skutek palenia...
Światowy Dzień bez Tytoniu czy podobne akcje nie rozwiążą same w sobie problemów z paleniem. Jako wieloletni nałogowy palacz doskonale wiem, jak ludzie palący reagują na takie Dni Bez Papierosa czy inne wymysły. A jednak mimo wszystko warto próbować. Warto robić cokolwiek, aby uzmysłowić sobie i osobom palącym, jak palącym problemem jest palenie. Wg WHO jest to czwarta w kolejności plaga ludzkości (po broni nuklearnej, głodzie i AIDS). Wiele razy już o tym wszystkim wspominałem – żadna inna substancja chemiczna nie zabija tylu ludzi, co nikotyna. Jeżeli nadal czytasz ten tekst, to pomyśl: w czasie od otwarcia Nowego Smaku Życia i zerknięcia na tytuł dzisiejszej notki, aż do teraz na skutek palenia zmarło 16 osób. 16 osób – nieźle policzone i napisane, prawda? Tylko, że to liczba. Jak każda inna.
To może inaczej: Andrzej, Bartłomiej, Celina, Darek, Elżbieta, Filip, Grzegorz, Halina, Irena, Kamil, Ludwik, Magda, Norbert, Olaf, Patryk, Rafał. Szesnaście osób oznacza szesnaście dramatów, szesnaście zrozpaczonych rodzin, wiele wiele niepotrzebnego cierpienia.
A jednak Nowy Smak Życia od początku nie miał zamiaru jakoś specjalnie straszyć, przerażać czy epatować opisywaniem (ze zdjęciami) skutków palenia. To doskonale robią setki stron w Internecie i książkach o paleniu. Nowy Smak Życia to miejsce gdzie promuje się… smak życia, celebrowanie chwili, pewną wewnętrzną witalność oraz poszukiwanie wewnętrznej wolności. Rzucenie palenia to tylko element. Jeden z początkowych etapów.
Dziś mija rok od założenia strony… a ja wciąż przymierzam się do jej rozwoju
Dlatego też nie czuję jeszcze potrzeby dokonywania jakichś podsumowań i innych rocznicowych takich tam. Skupmy się na dniu dzisiejszym oraz na tym, co mamy do zrobienia. No właśnie, co w najbliższym czasie?Dokończymy strategie wspomagające rzucanie palenia. Później zaś pozostanie nam już tylko cieszyć się naszym nowym, właśnie odzyskanym smakiem życia
Pozostańcie na linii.
-
Wojna o duszę, czyli mit niezależności
Data publikacji: 11/05/2010 Ilość komentarzy: 6
Był naprawdę mocnym facetem. Nosił skórzane spodnie, ciężki pas i szeroki kapelusz. Niedbale przytroczone do siodła lasso podkreślało jego osobowość. Z jego oczu biła przenikliwość, spokój i pewność. Co tu dużo gadać: to był twardy gość.Być może taki właśnie chciałeś być i dlatego sięgnąłeś po papierosy. A ty być może chciałaś pokazać swoją niezależność – zupełnie jak tamta aktorka, dziennikarka, pisarka. Słaba płeć? Akurat. Pokazałaś im.
Kiedyś było z tym dużo trudniej, zatem ciesz się. Połowę roboty wykonały za Ciebie media, ludzie ze świecznika, gwiazdy ekranu, a może przede wszystkim różnego rodzaju kampanie społeczne i ruchy na rzecz uwolnienia świata od papierosów. Ten wieloletni wysiłek setek ludzi przyniósł wiele regulacji prawnych coraz bardziej ograniczających swobodę palenia – co oczywiście spotykało się ze zrozumiałą negatywną reakcją palaczy – ale tak naprawdę najważniejszym, milion razy ważniejszym od zakazów osiągnięciem było skruszenie posągu.
Nagle okazało się, że palenie papierosów to już nie to co dawniej. Moda na zdrowie, witalność, aktywne spędzanie wolnego czasu objęła również nikotynowy nałóg – niejako wykluczając go poza nawias. I to mimo prób tworzenia obrazu „aktywnego palacza”, spływającego pontonem po spienionej rzece. Palenie jest w odwrocie. I jeśli nawet miałoby to trwać jeszcze wiele lat – jest to trend trwały. Jak ktoś powiedział, jeśli tak dalej pójdzie, to w amerykańskich filmach palić będą już tylko łobuzy, bliskowschodni terroryści, mafiozi i Rosjanie.
Dziś jest już łatwiej komuś, kto rzuca palenie. Taka osoba nie spotyka się już z niedowierzaniem środowiska. Dookoła ma coraz więcej sojuszników – choćby ludzi z pierwszych stron gazet, którzy rzucili, którzy nie palą, a nadal są twardzielami. Powoli – bardzo powoli – przedostaje się do świadomości nieco inny obraz niepalącego: to już nie musi być mięczak, któremu mama nie pozwoliła, ale ktoś, kto nie pali świadomie – i tym właśnie okazuje własną niezależność czy siłę charakteru. Rzucanie palenia wreszcie przestało być czymś wstydliwym, niosącym podejrzenie, że rzucający ma jakieś kłopoty zdrowotne.
Z drugiej strony wciąż jeszcze daleko do powszechnego uznania palenia za obciach. I chociaż sami palacze – nieco zmęczeni medialną nagonką – wydają się w tej wojnie coraz bardziej zyskiwać rolę ofiar (ja z pewnością z każdym rokiem coraz bardziej tak się czułem), daleko jeszcze do odtrąbienia sukcesu. Wciąż jeszcze trwa walka o duszę.

Uwodzicielski kowboj to mit?
Koncerny tytoniowe wiedzą dobrze – zakaz palenia tu, czy tam, to pestka. Nic wielkiego. Prawdziwym zagrożeniem jest zburzenie obrazu palacza, jako osoby niezależnej, która nie przejmuje się tym, co mówią inni („nie pal”), ale sama wie, czego chce i robi swoje (oczywiście pali). Wprowadzanie kolejnych ograniczeń palenia nie wywołuje jakiejś szczególnej reakcji przemysłu tytoniowego – osoba paląca bowiem – kiedy już wyjdzie z lokalu dla niepalących – z pewnością nadrobi stracony czas.
Co jest pierwszą rzeczą, jaką robisz po wyjściu z kina, z autobusu, z sali wykładowej? Tak, tak, to te błogosławione chwile, kiedy po dłuższej przerwie wreszcie zapalisz! Uwielbiałem te chwile.
Kiedy Norwegia zdecydowała się wprowadzić całkowity zakaz reklamy papierosów – łącznie z zakazem wykładania paczek w widocznych miejscach – Philip Morris zareagował błyskawicznie, nie wykluczając drogi sądowej. A to jeszcze nie wszystko. Analitykom z koncernów tytoniowych sen z powiek spędzają pomysły, aby paczka papierosów była klinicznie biała, bez oznaczenia marki.
Sprowadzenie palenia do poziomu przykrego i uciążliwego uzależnienia fizjologicznego – a zatem czegoś wstydliwego – odarcie go z mitów „niezależności”, „osobowości”, „świadomego wyboru” – to jest właśnie śmiertelne niebezpieczeństwo dla przemysłu tytoniowego.
Wojna o duszę trwa. Przez moment wydawało się, że niepalący zyskali wielkiego sojusznika w rozhisteryzowanym na punkcie zdrowia Hollywood, jednak kino – mimo wielkich zmian na tym polu, niejako na przekór wypowiedzi, jaką wcześniej przytaczałem – wciąż jeszcze nie potrafi rozstać się z przeświadczeniem, że palenie jest sexy.
David Millar – odtwórca roli słynnego kowboja Marlboro – zmarł na rozedmę płuc, jego następcy: Wayne McLaren i David McLean na raka płuc. Humphrey Bogart miał raka krtani.
Wobec tych i wielu innych podobnych faktów wydawałoby się, że decyzja o rzuceniu palenia to już tylko formalność i kwestia czasu. Uważajmy jednak – bo to nie takie proste. Mimo upływu lat, mimo nadkruszenia posągu – on wciąż w nas tkwi. Wciąż mamy w sobie obraz seksownego kowboja, czy eleganckiego twardziela w płaszczu. Wciąż jeszcze zadymiona atmosfera kawiarenek wywołuje w nas poczucie, że rodzą się tam wielkie dzieła, tworzą nowe prądy w literaturze i sztuce, czy nowe idee społeczne. Ciągle jeszcze papierosy mają mocną pozycję w kulturze powszechnej, ciągle kojarzą się – palaczom – z osobowością niebanalną, silną, pociągającą. Ciągle jeszcze trwa mit niezależności.
Dzisiejszy tekst nieco wyłamuje się z naszego cyklu opisującego skuteczne strategie rzucania palenia. Już w najbliższych dniach okaże się jednak, że jest tu całkowicie na miejscu.
-
Czy jesteś skuteczny?
Data publikacji: 27/04/2010 Ilość komentarzy: 3
Pomówmy o skuteczności – o tym, co działa. Jest wiele teorii i opracowań dotyczących nałogów i uzależnień. Wiedza na ten temat jest rozległa – od psychologii po neurobiologię – poparta licznymi badaniami i dobrze udokumentowana. A teraz najważniejsze: dla ciebie nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.Było słoneczne, grudniowe popołudnie. Ostatnia niedziela roku, świat w zwolnionym tempie, choć już na horyzoncie przedsmak noworocznych szaleństw. Młody (stosunkowo) człowiek przemierzył kilka podwórek, przechodząc przez kilka osiedlowych uliczek tylko po to, aby po trzynastu minutach wędrówki stanąć przed drzwiami jedynej w okolicy otwartej apteki.
Kolejka posuwała się miarowo. Za młodym (stosunkowo) człowiekiem stanęła pięćdziesięcioletnia kobieta – nieistotna dla tej opowieści – a za nią miejscowy figo-fago ze śliczną blond dziewczyną. Nie wiadomo, czy miała na nogach białe kozaczki.
Młody (stosunkowo) człowiek dotarł wreszcie do okienka i poprosił o paczkę plasterków antynikotynowych, czym wywołał w kolejce lekki szmer niedowierzania. W końcu kupował coś, co z finansowego punktu widzenia było odpowiednikiem kartonu niezłych papierosów! Ale marnotrawstwo.
Miejscowy figo-fago nie potrafił ukryć swego obrzydzenia i teatralnym szeptem oznajmił swojej pani: „Ja to gdybym chciał, to bym rzucił bez niczego.”
A teraz pytanie za sto punktów: czy miejscowy figo-fago nadal pali papierosy?
O-dwa-lata-mniej młody (stosunkowo) człowiek delektuje się smakiem wolności i czasem wspomina tamtego mocnego faceta z apteki (usiłując sobie przy okazji przypomnieć kozaczki
).Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrozumiałem po pokonaniu nałogu było odkrycie, że w tym sporcie nie liczy się siła, ale skuteczność. Możesz okazać się największym słabeuszem pośród rzucających – ostatecznie ważne jest tylko to, że okazałeś się skuteczny. To właśnie z tego powodu na łamach swojego ówczesnego bloga sformułowałem hasło Absolutnie Wszystko ™. TM miało rzecz jasna podrasować i uwiarygodnić całe twierdzenie.
Kiedy rzucasz palenie nigdy nie wiesz, co zadziała akurat w twoim przypadku. Możesz dysponować świetną teorią, mieć przygotowane super-skuteczne sposoby ze sprawdzonych podręczników, a mimo to możesz ponieść klęskę. Jak temu zaradzić? To proste: musisz wypróbować wszystkie metody świata. Kup gumę, plasterek, zapisz się na hipnozę albo elektro-coś tam. Nie ustawaj w poszukiwaniach. (Chociaż zalecam elementarny rozsądek.) I nie przejmuj się, że sięgasz po wspomagacze. Twoim największym wrogiem – zaraz po nałogu – jest fałszywe przekonanie, że jeden sposób jest lepszy od drugiego. Poczucie, że jeśli nie potrafisz zerwać z nałogiem od razu, natychmiast, wprost wypalając go ze swojego życia skondensowanym strumieniem silnej woli – jesteś nieudacznikiem… Hm. Czy widzicie, że właśnie to przekonanie najczęściej powoduje pewien paraliż i… poczucie wstydu?

"Palenie rzucam zazwyczaj po siedemnastej" - Hero.
Jestem przekonany, że miejscowy figo-fago – gdyby tylko chciał – rzuciłby palenie natychmiast, miażdżąc wszystkie te dziecinne sposoby i metody dla słabeuszy. Z drugiej strony – kto jest większym bohaterem: superman, który rzuca palenie od niechcenia (zazwyczaj przed obiadem, tuż po tym, jak pokona alkoholizm i odstawi narkotyki), czy może ktoś, kto skutecznie rzuci, mimo, iż wcześniej mdlał na samą myśl o możliwości dopuszczenia do świadomości nieśmiałych planów o rozważeniu, że być może kiedyś warto byłoby zastanowić się – ale nic na siłę – nad koncepcją czasowego zmniejszenia ilości wypalanych papierosów o pół papierosa tygodniowo?
Brawo: zgadłeś. Większy powód do chwały masz wtedy, kiedy rzucenie palenia to dla ciebie i twojej słabiutkiej woli dokonanie czegoś w zasadzie niemożliwego. Nie sztuka jest rzucić palenie w przypadku bycia tytanem. Albo miejscowym figo-fago. Sztuka jest dokonać tego, kiedy mentalnie ma się metr piętnaście w kapeluszu. Nie zapominaj o wdowim groszu – w przypadku palenia są to plasterki, guma nikotynowa, cukierki albo zwykłe landrynki.
Wróćmy do skuteczności. Jeśli naprawdę chcesz rzucić palenie, jedyne, co musisz zrobić, aby tego dokonać to zrobić absolutnie wszystko (™)… aby to zrobić. Szukaj swoich metod. Bądź zdeterminowany, skoncentrowany, nieustępliwy. Rzucanie palenia to nie miejsce dla tych, którzy żyją złudzeniami. Możesz być słaby, ale nie bądź mimozą. Pamiętaj, nawet jeśli twoja silna wola jest bardzo słaba – nie upoważnia cię to do poddawania się.
Na koniec powiew nadziei – z okazji zbliżającego się światowego dnia bez papierosa, który będzie pierwszą oficjalną rocznicą Nowego Smaku Życia – rozpoczynamy wielki cykl – co zrobić, aby wygrać z nałogiem. Co tu dużo gadać: zebrałem tam w zasadzie wszystko, co warto wiedzieć o rzucaniu. Nie palisz? Nie szkodzi – przyda ci się w odchudzaniu albo dotrzymaniu postanowienia, że będziesz zdrowo się odżywiać, uprawiać sport albo robić cokolwiek innego.
Już za kilka dni rozpoczynamy prezentację technik sprawdzonych, totalnych, ale bezbolesnych
Najważniejsze jednak, że skutecznych. -
Krótka podróż sentymentalna
Data publikacji: 9/03/2010 Skomentuj
Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.
Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.
Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.
Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.
Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.
Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

-
W poszukiwaniu supermetody
Data publikacji: 20/02/2010 Skomentuj
Niedawno wpadła mi w ręce wspaniała metoda nauki języka obcego. Na oko wydaje się świetna i skuteczna. Chcielibyście ją poznać?Pewnie, że byście chcieli. Każdy by chciał. Nie bez przyczyny niemal co roku pojawia się jakaś nowa, odkrywcza metoda nauki języka czy jakiś nowy, rewolucyjny sposób na szczupłą sylwetkę. Jak tak się rozejrzeć, to chyba zawsze ludzie poszukiwali jakichś nowych rozwiązań dla swoich starych problemów. A ponieważ najczęściej rozwiązywanie tych problemów wymaga określonego czasu, pewnego wysiłku i konsekwencji – często wzdychamy i… rozglądamy się za czymś szybszym i łatwiejszym w nadziei, że może ktoś odkrył już w naszej sprawie jakąś drogę na skróty.

Istnieje wiele metod rzucenia palenia...
Istnieje wiele metod i sposobów na rzucenie palenia. Są one powszechnie dostępne – naprawdę bardzo łatwo do nich dotrzeć, w dodatku nie trzeba nawet wychodzić z domu. Internet błyskawicznie dostarczy nam dziesiątki porad na ten temat. Przyznam, że również ja zamierzałem zebrać swoje doświadczenia w jakiś zgrabny poradnik – kto wie, może jeszcze kiedyś to zrobię – choć w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że pewne rzeczy są… nieprzekładalne. Czytałem kiedyś książkę na temat bogactwa, w której autor – niezwykle zamożny, wszechstronny biznesmen – próbował wbić mi do głowy pewne ważne spostrzeżenie na temat sukcesu. „Bogactwo to nie stan konta, ale stan świadomości” – czytałem… ale w gruncie rzeczy nie rozumiałem tego. Owszem, było to bardzo fajnie napisane, taka elegancka formułka gotowa do efektownego zaprezentowania w gronie znajomych, ale… niewiele więcej z niej wynikało. „Łatwo mu mówić” – myślałem. – „Facet śpi na forsie, nie ma żadnych kredytów, a samochody dobiera sobie do koloru skarpetek. Jasne, że ktoś taki może mieć do bogactwa stosunek filozoficzny…”
Kiedy udało mi się rzucić palenie w pierwszej chwili miałem ochotę powtarzać wszystkim, że jest to łatwe, no, dużo łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Szybko jednak odkryłem, że moje przesłanie nie tylko nie dociera, ale może wręcz wydawać się komuś nieco aroganckie. „No tak, łatwo mu mówić, bo już rzucił” – mógłby pomyśleć z niechęcią niejeden palący.
Im dłużej rozmyślałem o jakiejś uniwersalnej metodzie na rzucenie palenia, tym bardziej docierało do mnie, że… chyba taka nie istnieje. Albo inaczej: że bardzo trudno wyprowadzić tutaj jakiś elegancki matematyczny wzór, dający się dopasować do każdego. Nie jesteśmy tacy sami. Inne rzeczy nas motywują, każdy z nas ma swoje własne sposoby na odczuwanie radości i odmienny sposób reagowania na stres czy przeciwności losu. Mówiąc krótko – każdy z nas podąża własną ścieżką.
Postanowiłem zatem poprzestać na swoich własnych odczuciach. To, o czym piszę, okazało się skuteczne w moim przypadku. Próbuję jakoś przekazać to, co przy okazji zrozumiałem. Kiedyś zapowiadałem, że ujawnię swoją metodę – bardzo tajemniczą, bardzo łatwą, bardzo skuteczną. Teraz, po wielu notkach później widzę, że w pewnym stopniu już ją przekazałem, a przynajmniej próbowałem. Nie wiem, czy mi się udało. Być może zabrzmiało to mniej więcej tak: „Rzucenie palenia to nie problem z papierosami, a przede wszystkim stan świadomości”. No tak, łatwo mi mówić, prawda?

A może poczekać na cudowną szczepionkę od nikotyny?
Tak naprawdę nie dokonałem niczego wielkiego. Nie odkryłem nowego lądu ani nie okazałem się jakimś niesamowitym bohaterem z bajerancką peleryną (i wielkim ES na piersi). I chociaż dziś, w tej chwili, mógłbym wyliczyć jednym tchem szereg całkiem niezłych metod rzucenia palenia, wiem, że tak naprawdę ich skuteczności należy szukać gdzieś indziej. Wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy autentycznym pragnieniem, a jakąś niezbędną dozą zwykłej konsekwencji. Czy potrzebny jest do tego jakiś wysiłek? Oczywiście. I to nas zazwyczaj przeraża. To właśnie dlatego tak uporczywie poszukujemy drogi na skróty. Nie chcemy się męczyć. Może ktoś wynajdzie tabletkę, która sprawi, że palenie rzuci się samo?
W poszukiwaniu jakiejś jednej supermetody, która uwolniłaby nas od palenia w sposób gładki, szybki i bezbolesny możemy łatwo zapomnieć, że o powodzeniu jakichkolwiek metod decydują nie jakiejś tajne procedury, ale my sami i nasze działanie. A poza tym – czy poszukiwanie takiej mitycznej metody nie jest aby naszym wybiegiem, aby – póki jej nie odnajdziemy – nie podejmować żadnych prób i wysiłków?
Dotyczy to zresztą nie tylko palenia. Tak samo jest z odchudzaniem (gdzie nie sposób zliczyć wszystkich tych cudownych diet), tak samo jest z językiem obcym. A właśnie, być może komuś się spodoba metoda, która polega na uczeniu się całych zdań.
Nie mam pojęcia, czy jest skuteczna. Wiem natomiast, że jest ona zdecydowanie lepsza niż… nie podejmowanie żadnych działań i jałowe czekanie.
-
Entuzjazm
Data publikacji: 23/11/2009 SkomentujGdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako „stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas „nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.
Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).
Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu „na czasie”, czy zyskam miano „twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.
Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych „typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.
Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.
A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.
W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.
Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.
-
Kiedy minie czas krówek…
Data publikacji: 6/11/2009 SkomentujAspekt finansowy palenia nigdy jakoś szczególnie mnie nie fascynował. Papierosy drożały od zawsze… i od zawsze człowiek je po prostu kupował. Miał jakieś inne wyjście?
Temat stary jak świat – papierosy są drogie, drożeją w zastraszającym tempie, na myśl o kolejnej podwyżce szykujemy się do ograniczenia albo rzucenia. I co dalej? Dalej nic, po jakimś czasie odczuwania niepokoju (i wyrzutów sumienia) po prostu akceptujemy nową cenę, myśl o rzucaniu odkładamy na później i wszystko wraca do normy. Pieniądze prawie nigdy nie są prawdziwym powodem rzucenia palenia.Czasami możemy natknąć się na wyliczenia, ile palący wydają na swój nałóg. Różni autorzy różnie to liczą, chociaż zazwyczaj na koniec, w perspektywie 10-20 lat, wszystkim wychodzi, że nałóg pochłonął całkiem pokaźną sumkę. Jak już powiedziałem, taka argumentacja do palaczy po prostu nie trafia. Aspekt finansowy może być jednak dobrą dodatkową motywacją dla tych, którzy już odstawili papierosy, ale teraz czują, że ich pierwotne motywy nieco osłabły.
No dobrze, mamy więc sprawę pieniędzy. Zróbmy kilka ekscytujących obliczeń. Na potrzeby dzisiejszego researchu wymyślamy sobie Braci Palaczy. Jest liściopad, roku 1999. Jeden z Braci podejmuje dramatyczną decyzję: będzie palił nadal. Drugi rzuca. Mija dziesięć lat – mamy listopad 2009 – obaj Bracia stawiają się w redakcji Nowego Smaku Życia i przedstawiają nam sprawozdania finansowe. Brat Palacz nie może zbyt długo usiedzieć, szybko wychodzi na papierosa. Jest zdeterminowany palić na potrzeby naukowe jeszcze kolejne 10 lat. Cóż za poświęcenie.
Zerknijmy na sprawozdania. Obaj „od zawsze” palili 1 paczkę dziennie, w tej samej cenie. 10 lat temu wydawali na papierosy 4,50 dziennie, obecnie Brat Palacz płaci nieco ponad 8 złotych. Policzmy: Brat Palacz przez te 10 lat wydał około 22 tysięcy złotych. Poszły one z dymem, za każdym razem czyniąc Brata Palacza człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. A co z Bratem Niepalaczem? Pytanie za 100 punktów brzmi: ile przez ten czas zaoszczędził na papierosach Brat Niepalacz?

Pytanie za 100 punktów: ile zaoszczędzimy na niepaleniu?
Nie męczcie się z wyliczeniami. Przez ten czas zaoszczędził on… – tak, tak – nie zaoszczędził on niczego. To właśnie jest największa tajemnica kosztów palenia, którą nie zajmują się autorzy piszący o owych pokaźnych sumach, które zamiast puszczać z dymem mielibyśmy przeznaczyć na zakup samochodu albo wręcz małego domku na przedmieściach.
Problem w tym, że w przytłaczającej większości przypadków luźna gotówka, powstała w wyniku nie-kupowania papierosów, rozchodzi się jakoś inaczej. Na papierze, matematycznie, arytmetycznie wszystko się zgadza – prześledziłem podwyżki cen papierosów w ostatnich 10 latach i kwota 22 tysięcy wydana przez Palacza jest bliska rzeczywistości. Niestety, Brat Niepalacz nic z tych pieniędzy nie ma. Kiedy Palacz puszczał gotówkę z dymem, Niepalacz czynił się człowiekiem szczęśliwszym i spełnionym nabywając produkty niosące mu frajdę – choćby krówki kruche, na wagę.
Jaki jest morał z tej opowiastki? Wydaje się prosty: papierosy – przy swoich horrendalnych cenach – w zasadzie nic nie kosztują
No dobrze, to był żart. Zastanówmy się, co by było, gdyby Brat Niepalacz nieco zmienił podejście do zagadnienia. Otóż Niepalacz postanowił nagradzać siebie za niepalenie. Po chwili intensywnej pracy umysłowej rozumiał, że nabywanie krówek to dość kiepska nagroda, zwłaszcza w perspektywie czasu. Kiedy więc opadł bitewny kurz i okazało się, że walka z nałogiem została wygrana, Zapobiegliwy Brat Niepalacz co miesiąc nagradzał samego siebie za to, że nie pali.
Skarpeta była pojemna – po 10 latach Zapobiegliwy ma swoje 22000. Fajnie? Może i tak, choć niezbyt rozsądnie. Załóżmy, że Brat Zapobiegliwy jest jednak Rozsądny i zamiast do skarpety wkłada comiesięczna nagrodę za niepalenie na konto oszczędnościowe. W ostatnich 10 latach można było w ten sposób „wypracować” dodatkowe 4-10 tysięcy. No, już lepiej. Rozsądny cieszy się, że odkładał w banku, a nie inwestował w jakieś akcje, gdyż ostatnie wielkie załamanie i kryzys finansowy z pewnością utopiłyby jego z trudem nieprzepalone pieniądze.
Czyżby? Przyjrzyjmy się teraz Bratu Niepalaczowi Sprytnemu, który każdego miesiąca, począwszy od listopada 1999, wpłacał na inwestycyjny fundusz akcji. Sprytny nie zna się na giełdzie i innych skomplikowanych sprawach związanych z inwestycjami. Wszedł po prostu na Onet, wyświetlił sobie tabelkę funduszy inwestycyjnych i wybrał ten, który miał najwyższe słupki za ostatnie kilka lat, rozumując, że jeśli ktoś jest najlepszy od dłuższego czasu, to będzie przynajmniej dobry w następnej dekadzie.
Brat Palacz intensywnie pali. Niepalacz obżera się krówkami. Zapobiegliwy kupuje kolejną skarpetę na swoją gotówkę (ma już 22 tys.). Rozsądny zbiera wyciągi bankowe i denerwuje Palacza ich głośnym analizowaniem (w tej chwili posiada 29 tysięcy). Sprytny… No właśnie, co z nim? Otóż Sprytny ma ponad 34 tysiące złotych. Mimo kryzysu, załamania giełdy, w perspektywie 10 lat i tak jego sposób okazał się najlepszy! (Tak naprawdę przez te 10 lat mieliśmy nie jedno, ale dwa załamania na giełdzie – pierwsze na początku tej dekady. A mimo to strategia Brata Niepalacza Sprytnego okazała się najbardziej efektywna.)
Jakie wnioski płyną z dzisiejszej notki? Dla wielu – że krówki są pyszne. Dla innych wielu – że nagradzanie samego siebie za niepalenie może być nie tylko dodatkową motywacją, ale ostatecznie przynosi zazwyczaj dość wymierne efekty.

Krówki są pyszne, z pewnością osłodzą brak papierosów
Jeśli rzucasz palenie, pewnie nie robisz tego tylko ze względu na pieniądze. Skoro jednak już to robisz, dlaczego dodatkowo nie skorzystać? Nagradzaj siebie! OK, w pierwszym okresie od rzucenia, mogą to być pyszne krówki, które z pewnością osłodzą nam brak papierosów. Dlaczego jednak po jakimś czasie, kiedy już będziecie czuć się pewniej jako niepalący, mielibyście zaprzestać nagradzania siebie? Macie do tego prawo. Wasz Brat Palacz cały czas wydaje na papierosy – wy te pieniądze wrzucajcie do skarpety, inwestujecie na lokacie, w funduszu czy wręcz bezpośrednio na giełdzie (a co tam!). Pamiętajcie, nic nie tracicie, bo te pieniądze byście przepalili.
Moje wyliczenia oparłem o realne dane. Trochę tego się naszukałem w Internecie, ale dzięki temu sam uzyskałem jasność: nawet mimo krachu na giełdzie, regularne kupowanie jednostek funduszu dało Sprytnemu blisko 50% więcej niż wpłacał.
Nikt nie jest w stanie przewidzieć co będzie za kolejne 10 lat. Pamiętajcie jednak o najważniejszym – praktycznie w każdej perspektywie czasowej zawsze wygrywacie z Bratem Palaczem. Jeżeli przez najbliższe 10 lat będzie on kupował papierosy po 10 zł dziennie, łącznie przez te dwie dekady wyda 58500 zł. Nie liczę tu nawet kolejnych podwyżek, które z pewnością palaczy jeszcze czekają. Mówi się, że papierosy będą w przyszłości kosztować nawet 20 zł. Jak myślicie, czy Brat Palacz nie zapłaciłby tych 20 zł za swoją codzienną paczkę?
W tym czasie Brat Niepalacz zje mnóstwo krówek, Zapobiegliwy będzie miał skarpety wypchane kwotą 58 tysięcy, zaś Sprytny – właściwie nie robiąc nic szczególnego, tylko wpłacając na fundusz inwestycyjny swoją comiesięczną nagrodę za niepalenie – osiągnie blisko 170 tysięcy złotych. Nie czytając ani jednej literki nudnych poradników inwestycyjnych. Nie robiąc nic szczególnego.
Jedyne, co robi Sprytny to nagradza się za niepalenie, ponieważ jako Palacz, i tak te pieniądze by przepalił. Pieniądze te inwestuje w fundusz powierniczy. To wszystko.
Nagradzajcie się za niepalenie. Na początku polecam krówki (owoce, drobne upominki, dobre wino czy niebanalna herbata, może dobry obiad w restauracji). Krówki są ważne, bo pozwalają nam poczuć się dobrze z naszym niepaleniem. Kiedy jednak nadejdzie już czas, gdy niepalenie stanie się dla nas oczywiste - nie przestawajmy siebie nagradzać. To naprawdę cały czas działa na nasza korzyść, wspiera naszą decyzję o niepaleniu, sprawia, że czujemy się z naszym niepaleniem jeszcze lepiej.
Nie przestawajcie siebie nagradzać. Kiedy minie czas krówek, róbcie to po prostu troszkę efektywniej.
nas -
Jak długo trwa rzucanie palenia?
Data publikacji: 7/10/2009 Ilość komentarzy: 7
Dzisiejsza notka mogłaby być krótka: człowiek rzuca palenie w dwadzieścia jeden dni, czternaście godzin i siedem minut. Fajnie? Dobrze by było. Niestety, nie jest to takie proste…Zanim jednak zajmiemy się liczeniem dni czy tygodni, ustalmy, o jaki okres nam chodzi. W najszerszym znaczeniu proces rzucania palenia zaczyna się od pierwszych myśli o rzucaniu, aż do podjęcia decyzji i dalej – od decyzji po wypalenie „ostatniego papierosa” – koniec zaś całego procesu to moment, w którym uświadamiamy sobie, że jesteśmy wolni. Taki moment po prostu nadchodzi. No chyba, że mimo odstawienia papierosów, nie rozstaniemy się z nimi mentalnie.
Trudno cokolwiek powiedzieć o czasie, jaki upływa od pierwszych rozważań, do podjęcia realnych działań. Jest to sprawa tak dalece indywidualna, że chyba nie da się ująć jej w jakiekolwiek ramy. Są ludzie, którzy w poniedziałek zaczynają zastanawiać się nad rzuceniem, w czwartek podejmują konkretną decyzję, a w niedzielę wypalają swojego „ostatniego”. Są też tacy, którzy zbierają się w sobie, przygotowują psychicznie (zazwyczaj przygotowując się na najgorsze), podejmują kilka mniej lub bardziej poważnych prób rzucenia, całość zaś trwa miesiącami czy wręcz latami. Rekordziści – tacy jak ja (absolutna czołówka światowa) rzucają palenie nawet przez dwadzieścia lat. Straszne, prawda?
No dobrze – podjęliśmy już decyzję (minęło dwadzieścia lat – gratulacje). Wszystkie popielniczki wylądowały już w koszu. Znamy na pamięć siedem podręczników rzucania palenia oraz na wyrywki wszystkie teksty z Nowego Smaku Życia. Właśnie wypaliliśmy ostatniego papierosa i – wreszcie, wreszcie, wreszcie – nie palimy.
Jak długo musimy czekać, aby nasze niepalenie stało się dla nas czymś naturalnym – podobnie jak u ludzi niepalących? Innymi słowy – ile dni niepewności i wyrzeczeń nas czeka zanim nie poczujemy prawdziwej, realnej wolności?
Jakiś czas temu pisałem o pewnej nauczycielce, której udało się to w jedną noc, chociaż nie do końca wynikło to z jakichś jej konkretnych działań – ot samo przyszło. Z tego też powodu lepszy byłby przykład tych wszystkich ludzi, którzy pod wpływem silnego bodźca dosłownie „w jednej chwili” stawali się osobami niepalącym. Ich przemiana dokonywała się natychmiast, jednego dnia.
Chyba najsłynniejszym takim przypadkiem był Allen Carr. Rzucał wiele, wiele razy (skąd my to znamy?), aż pewnego dnia – zrozpaczony i zdesperowany – nagle zrozumiał, czym w istocie jest palenie. Zrozumienie to spłynęło na niego tak nagle i dobitnie, że w jednej chwili pojął, że tym razem mu się uda. I udało się.
Wiele osób rozstaje się z nałogiem w czasie, jaki przewidziany został na pełną terapię środkami NTZ, czyli nikotynowej terapii zastępczej – plastrami, gumami czy cukierkami zawierającymi nikotynę. W tym wypadku okres „rzucania” trwa do 10 tygodni – w zależności od stopnia uzależnienia i poziomu, od jakiego zaczynamy.
A jak było w moim przypadku? Od ostatniego papierosa, jakiego wypaliłem do momentu, kiedy poczułem się w pełni wolny od nałogu, upłynął mniej więcej tydzień. Napiszę o tym w innym czasie.
Jak długo zatem trwa czas „przemiany”? Ujmując rzecz biologicznie – jak dużo czasu potrzebuje nasz mózg na „posprzątanie” po papierosach (wykształcenie nowych połączeń, zacieranie starych, „papierosowych”). Ile trwa takie przeprogramowanie mózgu? Spotkać się można z dość rozbieżnymi opiniami. Na przykład znany autorytet w dziedzinie motywacji i rozwoju Brian Tracy twierdzi, że dzieje się to przez około 21 dni. Z kolei M.J. Ryan, autorka inspirującej książki o postanowieniach noworocznych (polecam), pisała o 6 miesiącach. Spora liczba psychologów i badaczy behawioralnych mówi o okresie od 20 do 70 dni (ci sami badacze zgadzają się jednak, że zmiany mogą zachodzić zarówno dużo szybciej, jak i dużo wolniej). Co odpowiada za tak dużą rozpiętość?
Chyba wszyscy znawcy tematu zgadzają się, że czynnikiem decydującym jest zaangażowanie emocjonalne. Nasz mózg (który musi nadążać nie tylko za naszym umysłem, ale i emocjami) po raz kolejny okazuje się niezwykle elastyczny. Potężny ładunek emocjonalny, towarzyszący olśnieniu, nawróceniu religijnemu czy przeżyciu katharsis wyzwala niemal natychmiast potężną autostradę w mózgu. Im jest coś dla nas ważniejsze, tym szybciej i pewniej w tę stronę podążają nie tylko nasze myśli i uczucia, ale i nasz fizyczny organizm.
To nasze zaangażowanie, determinacja, nasze silne pragnienie decyduje o czasie, jaki ostatecznie potrzebny jest na rozstanie się z „umysłem palacza”. Nie muszę chyba mówić o roli wiary i przekonania, że się uda.
W ostatniej notce przytaczałem statystyki, które potwierdzają, że samo odstawienie papierosów i uporczywe, dramatyczne, często wręcz heroiczne trzymanie się abstynencji zazwyczaj nie skutkuje – wcześniej czy później pojawi się sytuacja-pretekst, która przekreśli naszą z takim trudem utrzymywaną abstynencję. Powrót do palenia staje się wtedy dla palacza wyzwoleniem od męczarni i ciężkiego okresu wyrzeczeń.
Dlaczego jednym się udaje dość szybko, inni zaś mimo wielu tygodni i miesięcy niepalenia wciąż nie czują się wolni? Odpowiedź jest prosta – oni wcale nie rzucili palenia. Mentalnie pozostali palaczami. Nadal pragną to robić – a świadomość, że nie mogą (bo tak przecież postanowili, albo – co gorsza – tak postanowili za nich lekarze, rodzina czy współpracownicy) wywołuje dodatkowe napięcia i jeszcze bardziej wzmaga chęć zapalenia.
Rzucenie palenia powinno być pragnieniem. Powinno łączyć się z zaangażowaniem emocjonalnym. Sama abstynencja zazwyczaj jest nieskuteczna i często przynosi mnóstwo niepotrzebnych napięć. Ważniejsze jest pozbycie się „umysłu palacza”. Najlepszy – o ile nie jedyny – sposób, to pragnienie niepalenia. A im większe pragnienie, tym krótszy czas potrzebny na „przeprogramowanie umysłu”.
A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że jeśli starujemy z wielkim zaangażowaniem, nadzieją i pragnieniem to nie musimy czekać na „moment olśnienia”, o którym mówił Carr, a który nadchodzi w chwili poczucia wyzwolenia od nałogu. Jeżeli nasze pragnienie niepalenia będzie wystarczająco silne, już od początku okres „uwalniania od nałogu” będzie znacznie łatwiejszy – codzienne, cogodzinne małe zwycięstwa, codzienna świadomość, że oto stajemy się niepalący, z każdym dniem mocniejsze przekonanie i nadzieja – przy takim nastawieniu moment wyzwolenia stanie się już nie tylko czymś, na co czekamy, ale zwyczajną, prostą konsekwencją. Czymś, co nastąpi szybciej, niż się tego spodziewaliśmy.
-
Tracisz czy zyskujesz?
Data publikacji: 29/09/2009 SkomentujLudzi, którzy przestali palić, można podzielić na dwie grupy. Pierwsza traktuje rzucenie palenia jak zwycięstwo, zysk, coś, co w jakiś sposób wzbogaca życie. Druga grupa to ci, którzy czują, że wraz z odstawieniem papierosów coś stracili. Jak myślicie, która grupa jest liczniejsza?
Tak, macie rację: zdecydowana, wręcz przygniatająca większość palących należy do grupy, dla której rzucanie palenie wiąże się z przekonaniem o jakiejś stracie – najczęściej dość dotkliwej i przykrej. Wystarczy spojrzeć na statystyki: spośród tych, którzy wytrwali miesiąc bez palenia, w ciągu pół roku „zdezerteruje” połowa, a po roku – pozostanie już tylko 35% „niko-abstynentów”. Jeżeli założymy, że po miesiącu realne przesłanki uzależnienia prawie zanikają, okaże się, że te 50-65% „dezerterów” wróciło do nałogu… nie dokładnie z powodu nałogu.Nieco więcej o tym będzie w następnej notce. W tym miejscu ograniczę się tylko do stwierdzenia, że podstawowym powodem powrotu do palenia (zwłaszcza po roku) jest poczucie, że odstawiając papierosy coś się traci.
Palący jest bardzo silnie uwarunkowany na swój proceder. Nierzadko palenie jest główną treścią życia: po codzienności poruszamy się „od papierosa do papierosa”. Reszta to tylko niesympatyczne przerwy w naszym nikotynowym życiorysie… Znam to doskonale, bo tak właśnie funkcjonowałem. Za każdym razem, kiedy miałem rzucać, budził się we mnie niepokój – „zaraz wszystko stracę, dwa dni po rzuceniu palenia będę psychicznym wrakiem, życie stanie się bezbarwne, nieznośne i pozbawione sensu”. Sami pomyślcie – już nigdy, nigdy, nigdy nie zapalić? Zgroza, która zawsze budziła we mnie przerażenie.
Dlaczego 65% rzucających, którzy wytrwali wystarczającą jak się wydaje ilość czasu, aby uwolnić się od swego nałogu, wraca do niego? Właśnie z powodu ciągłego poczucia, że coś stracili.
Dopóki nie uda się nam przekonać, że rzucanie palenia nie jest żadną stratą, a przeciwnie – zyskiem, nie uda nam się trwale, skutecznie i bez żalu pozostać niepalącymi. Jeszcze raz, trochę inaczej:
Dopiero, gdy w pełni poczujesz, że rzucenie palenia to zysk, szansa i rozwój, trwale i bez żalu uwolnisz się od swego nałogu.
I ważna uwaga na koniec – nie chodzi tutaj o jakieś racjonalne przesłanki ale o emocje. Nie chodzi o chłodną kalkulację zysków czy strat, o liczenie racjonalnych korzyści związanych z rzuceniem palenia. To nie działa. Umysł zawsze przegra z sercem – że się tak lirycznie wyrażę. Jedyna skuteczna broń, to rozbudzenie w sobie mocnego przekonania, że życie „po” to nie strata, ale poprawa, nie cofnięcie się, ale krok naprzód.
Jeśli więc jesteś „na odwyku”, zadaj sobie to dzisiejsze ważne pytanie: czy rzucenie palenia odczuwasz jako zysk czy stratę? Twoja szczera odpowiedź może być sygnałem do zmiany nastawienia. Kto wie, być może właśnie od tej odpowiedzi zależy, czy zyskasz prawdziwą wolność od nikotyny.
-
Nie pal, weź pigułkę
Data publikacji: 22/09/2009 Ilość komentarzy: 7Być może już wkrótce rzucanie palenia będzie przypominało walkę z przeziębieniem – po wizycie u lekarza otrzymamy receptę na odpowiednie pigułki, których zażywanie dwa razy dziennie po jedzeniu szybko i bezboleśnie uwolni nas od nałogu.

Jak możemy przeczytać w październikowym Focusie, prace nad taką „pigułką od uzależnień” cały czas trwają. Naukowcom udało się już dość precyzyjnie ustalić, które rejony mózgu odpowiedzialne są za powstawanie i rozwój nałogów, jednak jak dotąd nie znaleziono jeszcze skutecznego leku, który całkowicie zablokowałby i tym samym „wyłączył” nasze uzależnienia.
Co jest odpowiedzialne za rozwój uzależnień? Tak tak, to nasza stara dobra znajoma – dopamina. Z punktu widzenia mózgu palenie papierosów jest w zasadzie tym samym, co przyjmowanie narkotyków, picie alkoholu, ale też uzależnienie od hazardu czy… chociażby Internetu. Mechanizm napędzający uzależnienia to znany nam mechanizm nagrody – zażywamy określone środki psychoaktywne albo wykonujemy określone czynności po to, aby otrzymać nagrodę – uczucie satysfakcji, szczęścia, a nawet euforii – wywoływane przez dopaminę.

dr Nora Volkow
Uzależnienia są łudząco podobne w swoim wymiarze fizjologicznym – twierdzi coraz więcej naukowców i lekarzy. Uzależnienie powstaje na skutek zmian w mózgu, które prowadzą do zaburzeń zachowania – mówi dr Nora Volkow kierująca National Institute on Drug Abuse. Chodzi o to, że nienaturalnie wysoki poziom dopaminy wyłącza jej naturalną produkcję – aby więc nadal otrzymywać kolejne dawki tego neuroprzekaźnika, musimy wciąż sięgać po substancję lub czynność związaną z nałogiem, uzależniając się od nich.
Brzmi to wszystko bardzo prosto, jednak stanowi coraz większy problem społeczny. Nie mówię nawet o wymiarze osobistym, ludzkim – nie trzeba chyba rozpisywać się nad ilością dramatów, jakich przyczyną było i jest bardzo wiele nałogów. W obecnych czasach liczba uzależnionych zamiast maleć, wzrasta w zastraszającym tempie. Wprawdzie ilość rzucających palenie stopniowo wzrasta, jednak pojawiają się wciąż nowe uzależnienia – chociażby od gier komputerowych.
Wracamy jednak do tabletki „od palenia”. Wieloletnie badania i obserwacje potwierdziły skuteczność niektórych substancji w walce z nałogami. Inne wciąż się testuje – poszukując bardzo zaawansowanych środków, które precyzyjnie blokowałyby dopaminę – nie narażając nas jednak na zbytnie obniżenie jej poziomu – co może być równie niebezpieczne, jak jej nadmiar.
Jeżeli szukacie jakichś konkluzji do dzisiejszej notki, wydają się oczywiste. Już nie raz mówiłem o istocie uzależnień, o funkcjonowaniu naszego mózgu czy „ścieżek dopaminowych”. Przez długie lata trwała debata czy uzależnienie traktować jako chorobę psychiczną czy fizyczną. Dr Nora Volkow mówi, że jest to o tyle bezsensowne, gdyż choroba psychiczna rodzi się w organizmie – w mózgu. Najważniejsza jest tutaj jednak prawda, że uzależnienie jest po prostu chorobą.
Jak twierdzi dr Volkow: Dzięki postępom w terapiach lekowych oraz behawioralnych już wkrótce uzależnienie będzie traktowane jako przewlekła, uleczalna choroba. Pani doktor nie jest w swoich opiniach specjalistą odosobnionym. Obecnie tak uważa znakomita większość ekspertów zajmujących się uzależnieniami.




Najnowsze komentarze