-
Układ ma się dobrze
Data publikacji: 21/04/2010 Ilość komentarzy: 2
Minął czas narodowej żałoby, podczas której jeszcze raz pokazaliśmy, że potrafimy wznieść się ponad usłaną konfliktami codzienność i ponownie poczuć się razem. Potrafimy. My, Naród: jedność, wspólnota, duma i troska. Teraz wszystko się zmieni. Przez tydzień.To był niezwykły czas. Dla wielu trudny i bolesny, ale też z pewnością był to czas poczucia czegoś istotnego: chwile myślenia o pewnych ponadczasowych wartościach, chwile przypomnienia o tym, czym jesteśmy albo raczej co tworzymy jako społeczność – jako naród. W sposób naturalny był to czas wielkich i podniosłych słów. Ktoś powiedział, że media zdały egzamin. Egzamin zdały też partie polityczne. Przede wszystkim zaś egzamin zdał nasz naród.
No cóż, nie było to trudne.
Tragiczna w wymiarze ludzkim i wręcz niewyobrażalna w rozmiarach dla funkcjonowania państwa katastrofa spowodowała w nas naturalny, dobrze znany socjologom i psychologom odruch – wszyscy chcieliśmy poczuć się razem, poczuć się wspólnotą. Dramat łączy równie mocno – o ile nie mocniej – co euforia sportowych zwycięstw. I jeżeli pojawiły się głosy, że może warto na gruncie tej tragedii zbudować nowe standardy, wręcz fundamenty życia publicznego, one również były szczere, naturalne i niestety… niemożliwe do spełnienia.
Nie chodzi o to, że Polacy są źli. Nie problem w tym, że nie umiemy żyć w zgodzie, wspierać się, szanować mimo odmiennego spojrzenia na wiele spraw. Umiemy. I w sytuacjach mobilizacji – czy to w obliczu katastrofy, czy wobec działania żywiołów naturalnych, ale też w chwilach narodowej chwały – momentalnie zbieramy się i rodzi się w nas solidarność.
Dlaczego nie udaje nam się zachować tych szczególnych, godnych naśladowania i najwyższej pochwały postaw na dłużej?

Również w chwilach narodowej chwały rodzi się w nas solidarność. Do końca meczu. Fot.: www.siatkowka.net
Mamy tutaj do czynienia z czymś, czego doświadczyła niejedna osoba, próbująca rzucić palenie. Taka decyzja zmienia przecież wiele w życiu jednostki – ale także jej otoczenia. Wprowadza zachwianie pewnej równowagi, naruszenie pewnego status quo. Nie lubimy zbyt daleko idących zmian – wprowadzają one zamieszanie, niepokój, niepewność. Rzucanie palenia to poza wszystkim wychodzenie poza swoją strefę komfortu, naruszenie układu.
Kiedy nagle oświadczasz rodzinie, że zostajesz wegetarianinem – prawie na pewno będzie to oznaczało problemy. Kiedy dojrzewa w tobie czas na zmiany – często po wielu miesiącach czy latach wewnętrznych przemian – dla otoczenia może się to wydawać czymś kłopotliwym: „on tak nagle się zmienił! zaczął biegać, zmienił pracę, może ma kochankę?”
Nawet kiedy robisz coś absolutnie pozytywnego, coś co wydaje się nie mieć żadnych aspektów negatywnych – jak rzucanie palenia albo zerwanie z alkoholem – wywołuje w otoczeniu niepewność i pewien niepokój. Rodzina, znajomi – zwłaszcza ci palący – oficjalnie zachęcają cię, poklepują po plecach, ale tak naprawdę twoja decyzja wywołuje w nich niepokój. To jak to będzie? Nie zapalimy razem? A może będziesz chciał czuć się lepszy ode mnie? Zostałeś abstynentem? Czyli jak – teraz bedziesz miał innych pijących za zdegenerowanych alkoholików? Niedobrze.
Każdy z nas żyje w pewnym określonym układzie. Społecznym, towarzyskim, zawodowym i tak dalej. Próby wyjścia poza układ, naruszanie go czy chęć wyjścia poza często spotykają się z ostracyzmem, nieufnością czy wręcz wrogością. Walka z nałogiem to nie tylko zmaganie się ze swoimi słabościami ale także z otoczeniem.
Grupy społeczne, a nawet całe narody również mają swoją strefę komfortu. Opuszczają ją z prawdziwą niechęcią. Iluż wizjonerów, reformatorów i proroków zginęło, ponieważ pragnęli zbyt daleko idących zmian? Nie ważne, że ich wizje po wielu latach od ich śmierci odmieniały świat i czyniły go lepszym – pewien zastały układ społeczny musiał je po prostu przyswoić.
Od kilku dobrych dni wróciliśmy do swoich dawnych zachowań i przyzwyczajeń. Układ przywraca równowagę. I mimo, że wciąż mamy do czynienia z dramatem, wciąż jeszcze trwają pogrzeby i nie wszyscy jeszcze powrócili – my już z pewnością powróciliśmy do siebie samych.
Mówimy: życie trwa dalej.
-
Wiesz wszystko, co trzeba
Data publikacji: 2/03/2010 Skomentuj
Muszę się do czegoś przyznać: mój przedostatni tekst – ten o supermetodzie – wyrwał mi się spod kontroli. Tak naprawdę chciałem tylko napisać, że to, czego potrzebujemy do zmian w naszym życiu, już w nas istnieje.Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swoje cele czy dokonać mniej lub bardziej doniosłych zmian w swoim życiu. Niejednokrotnie jest to wiedza intuicyjna – nie tyle może wiemy, co pewne rzeczy wyczuwamy. Najczęściej to, co zamierzamy, wymaga po prostu pewnej konsekwencji i czasu – co oczywiście zniechęca – jednak nie kwestionujemy samego procesu. Mało tego, jesteśmy skłonni uznać go nawet za niezbędny. Umiejętność gry na gitarze wymaga pewnej ilości konkretnych ćwiczeń i chyba mało kto wierzy, że można tego dokonać np. za pomocą odpowiednio dobranej diety. To samo dotyczy narzędzi – są nam w większości doskonale znane i akceptowane. Umiejętność pływania zdobywamy w wodzie – chociażby na basenie – natomiast nauka jazdy na nartach zazwyczaj wymaga wyprawy nad jakąś górę. Są to rzeczy proste i dość oczywiste.
Pewna moja znajoma chce schudnąć. Właściwie odkąd pamiętam jest albo tuż przed, albo w trakcie, albo tuż po jakiejś świetnej diecie. Przez większą część czasu moja koleżanka martwi się swoją wagą albo żyje nadzieją, że tym razem musi się udać – w myśl zasady teraz albo nigdy. Kiedy rozmawiam z nią na ten temat przyznaje, że wie, co powinna zrobić, wie jak to zrobić i tylko… jakoś jej nie wychodzi.
Sprawdziłem jej metody. Moim zdaniem są całkiem rozsądne. Wiedza mojej znajomej na temat prawidłowego odżywiania, właściwej diety i tych wszystkich co-ile-ma-kalorii jest naprawdę imponująca. Mówiąc krótko – moja koleżanka naprawdę wie to, co potrzeba, aby zrealizować swój cel.
Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swój cel. Jeżeli jest to zamierzenie choć trochę poważne, w taki czy inny sposób zdobywamy wiedzę na ten temat. Poznajemy metody, narzędzia – wszystko, co jest konieczne. Z czasem możemy wręcz stać się w naszej dziedzinie prawdziwymi ekspertami. Tak jak moja koleżanka.
Dlaczego jednak to nie działa? Dlaczego wiedza nie wystarcza? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele – można je wszystkie podzielić na kilka grup. Przytaczam tutaj dwie:
1. Twój emocjonalny mózg zawsze wie lepiej. Możesz mieć całkiem sporą wiedzę na temat osiągnięcia swojego celu. Znać metody i strategie. Wszystko to jednak zawsze przegrywa z emocjami. Było to już wielokrotnie dowodzone: analityczna część naszego mózgu zawsze służy pomocą, zawsze chętnie dzieli się swoją wiedzą, przedstawia szereg racjonalnych argumentów, ale to część emocjonalna rządzi. Przypomina to trochę naradę w firmie – doradcy przekazują swoje dogłębne analizy rynku, dane statystyczne, rachunek strat i zysków i przekonują do swoich racji, ale to szef furiat ma prawo głosu i ostatecznie zrobi to, co będzie mu się chciało. To właśnie dlatego cały czas, do znudzenia, niemal bez przerwy powtarzam tę mantrę: musisz pokochać to, co chcesz zrobić. W starciu z emocjami nie masz bowiem żadnych szans. Jest to pierwotna, podstawowa przyczyna niepowodzeń. Wszystkie inne tak naprawdę są jej pochodną.
2. Paraliż analityczny. Wciąż poszukujesz nowych informacji. Do zmiany przygotowujesz się jak na wojnę. Chcesz wiedzieć dosłownie wszystko na dany temat. Nic nie może cię zaskoczyć. Cierpisz na syndrom doskonałości. Mija pewien czas i nagle odkrywasz, że już samo poznawanie tego, z czym chcesz się zmierzyć daje ci poczucie, że… coś przecież robisz. Nie jesteś bezczynny. Gromadzisz przecież wiedzę, opracowujesz taktykę, planujesz – słowem: przygotowujesz się. Po jakimś czasie możesz mieć w zanadrzu kilka świetnych strategii. Działasz? Nie, w żadnym wypadku! Teraz musisz zdobyć jeszcze więcej informacji, aby – zanim cokolwiek zrobisz – mieć pewność, że wybrałeś strategię najlepszą, gwarantującą sukces. Paraliż analityczny to świetna sztuczka mózgu, mająca uspokoić twoje sumienie, a jednocześnie działać w zgodzie z wytycznymi wyznaczonymi przez twoje emocje, pragnienia i namiętności.

Jedyne, co musisz zrobić, to przekonać swój mózg, że będzie ekscytująco.
Powtórzyć swoją mantrę? U podstaw wszelkich efektywnych metod i sposobów na zmiany w naszym życiu leżą nasze emocje. Nie musicie daleko szukać, gdyż prawdopodobnie już wiecie, co macie robić. No dobrze – a jak sprawdzić, czy to co wiecie, może być skuteczne? Podpowiedzą wam… wasze emocje. Jeżeli na myśl o potrzebnym (według was samych) działaniu poczujecie nieprzyjemny skurcz w żołądku, będzie to znak, że jesteście na dobrym tropie. To znak, że wasz emocjonalny mózg trochę się zaniepokoił – on już poczuł, że to o czym myślicie może być groźne dla jego wygodnego świata. Emocjonalny mózg nie cierpi zmian i momentalnie wyczuwa, kiedy ma do czynienia z realnym zagrożeniem.
Kiedy już poczujecie ten skurcz w żołądku (a co niektórym zrobi się wręcz słabo) – oznacza to, że stoicie przed właściwą drogą. Pozostaje wam tylko jakoś przekonać swój mózg, że będzie ciekawie, ekscytująco, że cała ta droga to będzie coś niesamowitego.
-
Dlaczego wciąż nam nie wychodzi?
Data publikacji: 1/02/2010 Skomentuj
Znacie kogoś, kto dość regularnie zamierza się odchudzać? A może kogoś, kto co jakiś czas postanawia uprawiać jogging, zdrowo się odżywiać albo nauczyć się wreszcie hiszpańskiego? Zresztą, czy tak naprawdę musimy szukać daleko? Kiedy ostatnio nasze własne postanowienia znowu legły w gruzach?Bardzo możliwe, że osobiście znacie to uczucie: stoicie właśnie nad ruinami waszych zamierzeń, które jeszcze wczoraj wydawały się takie niewzruszone, patrzycie na dymiące jeszcze zgliszcza i z przygnębieniem dociera do was, że po raz kolejny się nie udało. Kolejny upadek – o jedno pudełko czekoladek za dużo, znowu nie udało się znaleźć czasu na bieganie, plany rzucania palenia legły pod naporem trudnej sytuacji w pracy albo w domu. Zaraz po uczuciu przygnębienia możecie spróbować się pocieszyć: no dobrze, od jutra znowu dieta, jak tylko się uspokoi w pracy, rzucę palenie, od przyszłego tygodnia to już na pewno biegam. I tak dalej, wciąż dalej, wciąż podobnie i z podobnym skutkiem.
Dlaczego wciąż nam nie wychodzi? Czy to jakieś fatum ciąży nad naszymi głowami? Dlaczego zawsze, kiedy chciałem rzucać palenie, w moim życiu niemal natychmiast pojawiała się setka okoliczności, które to postanowienie torpedowały? Nagle atmosfera w firmie stawała się nie do zniesienia – jedyne ukojenie pochodziło od małego „dymka”. Niemal z dnia na dzień przybywało obowiązków – cała góra morderczej pracy, wymagającej dwudziestu papierosów dziennie. Niekiedy zaczynał boleć ząb. A kiedy akurat nic specjalnego się nie działo i wydawało się, że nareszcie jest dobry czas na rzucanie, ni stąd ni zowąd przychodziło natchnienie i pomysł na… na przykład na napisanie świetnej powieści (było dla mnie rzeczą oczywistą, że proces twórczy wymaga naprawdę sporej ilości papierosów).
Moja walka z nałogiem to było takie ciągłe zmaganie się z „przeciwnościami”. Jeśli wierzyć psychologom, większość z nich sam nieświadomie tworzyłem. Dlaczego? Wszystko po to, aby nie udało mi się zrealizować swojego własnego zamierzenia. Głupie, prawda? A jednak to prawda: kiedy człowiek postanawia wejść na nowe tereny (np. życie bez palenia), gdzieś w jego umyśle pojawia się niepokój, wywołany próbą opuszczenia miejsca, gdzie wszystko było stare, znajome i sprawdzone. Popielniczka w tym starym świecie to ostoja i gwarancja świętego spokoju czyli – zdaniem naszego mózgu - szczytu wszelkiego dostępnego człowiekowi szczęścia.

Nasze nachalne kolory przyprawiają mnie o mdłości, ale lepsze to niż, jakieś nieznane i zapewne groźne PASTELE
Każdy z nas ma swoją własną strefę komfortu. Przebywając w niej czujemy się bezpiecznie, znajomo i po prostu dobrze. Tutaj jesteśmy „na miejscu”. Tutaj czujemy się sobą… i nawet jeżeli nie czujemy się ze sobą zbyt dobrze, to mimo wszystko wolimy to, niż cokolwiek obcego – zapewne znacznie gorszego…
Badania nie pozostawiają wątpliwości. Przygniatająca większość ludzi jest skłonna prowadzić swój dawny tryb życia mimo świadomości, iż jest on niezdrowy, a nawet zagraża ich życiu. Mowa tu nie tylko o nałogowych palaczach czy uzależnionych od innych niebezpiecznych substancji. Może już o tym pisałem: około 90% chorych na serce po leczeniu powraca do dawnych, szkodliwych przyzwyczajeń mimo, iż mają świadomość, że może to oznaczać niemal pewny wyrok.
Istnieje bardzo wiele wyjaśnień i odpowiedzi, dlaczego tak wiele naszych światłych zamierzeń spala na panewce. Dlaczego tak wielu z nas wciąż miota się w swoich planach, dlaczego znowu pojawia się efekt jo-jo. Moim zdaniem wszystkie te odpowiedzi można sprowadzić do tej jednej kwestii: strefa komfortu. Coś siedzącego bardzo głęboko w nas uważa, że naszej strefy komfortu należy bronić jak niepodległości – nawet za cenę życia.
No dobrze, ale skoro tak, to co właściwie możemy zrobić? Moja odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli chcemy przeprowadzić trwałe zmiany, musimy jak najszybciej zmienić swoją strefę komfortu. Przesunąć ją i poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe zachowania i nowe źródła przyjemności.
Jeżeli uda ci się spowodować, że pokochasz jogging – przestanie to być już tylko „zamierzenie”, a stanie się czymś wręcz pożądanym. Jeżeli naprawdę uda ci się przekonać do sałaty, kiełek i jogurtu, być może okaże się pewnego dnia, że ważysz mniej i czujesz się lepiej. Nie chodzi tu o dietę-cud, którą – ech… – musisz stosować dwa miesiące, cztery dni i jedenaście godzin, a potem – hura! – powrócić do dawnego trybu życia. Chodzi raczej o nowy sposób odżywiania: taki, który stanie się częścią ciebie.
Sprawdziłem to dokładnie i wiem, że jedyna trwała droga wyjścia z dawnej strefy komfortu, to droga, która sama w sobie będzie dla nas atrakcyjna, droga, która prowadzi ku radości, do poczucia spełnienia i szczęścia. Brzmi nieźle, prawda?
Jeżeli więc chcecie zrobić coś ważnego w swoim życiu, przede wszystkim zadbajcie o to, aby było to przyjemne.
-
Popełniłeś błąd? No i co z tego?
Data publikacji: 20/01/2010 Ilość komentarzy: 4
Kilka dni temu jedno z moich latorośli zabrało się dziarsko za powtarzanie słówek z angielskiego. Komputer pokazał dziecku kilka wyrazów, a następnie grzecznie zapytał, czy dziecko może powtórzyć. Kiedy okazało się, że nie wszystko udało się napisać bezbłędnie, dziecko ze złością i prawie ze łzami w oczach stwierdziło, że jak tak, to ono nie chce.W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć tej dość gwałtownej reakcji. Przecież to tylko zwykły program komputerowy, niemal zabawa, gdzie błędy można popełniać właściwie bez żadnych konsekwencji.
Wszystko jednak wskazuje na to, że mojego syna dopadł syndrom doskonałości. Prawdę mówiąc nie wiem, czy ktoś już zdefiniował tę dość powszechną w naszych czasach dolegliwość. Jakby powiedział pewien mój stary przyjaciel: prawdopodobnie ma to już jakąś łacińską nazwę.
Syndrom doskonałości to przeświadczenie, że wszystko, za co się zabieramy, powinniśmy robić perfekcyjnie. Już od najmłodszych lat świat przekonuje nas, że naszym celem jest nieustanne dążenie do doskonałości. Popełnianie błędów – coś przecież bardzo naturalnego – spotyka się z dezaprobatą rodziców, nauczycieli, a w końcu pracodawcy, czy partnera życiowego. Nic dziwnego, że w takim klimacie społecznym każda porażka – często nawet niewielka – jest głęboko frustrująca. Najczęściej ani rodzina, ani szkoła (ani nawet rówieśnicy) nie traktują popełniania błędów jako niezbędnego elementu prowadzącego do rozwoju. Niezależnie od teorii i dobrych chęci, realia są takie, że prawie każdy nasz błąd spotyka się z odbiorem negatywnym. Jak często słyszeliście słowa: „Tutaj zrobiłeś źle, ale wiesz – właściwie to wspaniale, bo jesteś teraz znacznie mądrzejszy.”?
Dorastamy zatem w przeświadczeniu, że wszystko, co robimy, musi być jeśli nie doskonałe, to przynajmniej bezbłędne. Przekonanie to odbija się, niestety, na wielu naszych poczynaniach – zwłaszcza tych, których… nie podejmujemy. Po co zabierać się za coś, czego – w naszym mniemaniu – nie zrobimy wystarczająco dobrze?Jeżeli próbowaliście rzucać palenie, bardzo możliwe, że przeżyliście na własnej skórze sytuację, kiedy to po dwóch dniach niepalenia zdarzyło wam się zaciągnąć papierosem od kolegi. „Wszystko zmarnowane” – myśleliście wtedy. Całe dwa dni abstynencji, ba, cały wasz wielki plan rzucania – przepadły z kretesem. „Nie uda mi się, to zbyt trudne” – myśleliście wtedy z poczuciem winy, po czym kierowaliście się w stronę najbliższego sklepu z papierosami.
Poczucie, że wszystko należy robić perfekcyjnie, to nie tylko trauma wynoszona z czasów szkoły i dorastania. Tak naprawdę cały czas jesteśmy bombardowani natarczywym: „bądź doskonały”, „bądź najlepszy”. Mamy z tym do czynienia w rodzinie, w pracy, nawet we wszechobecnych mediach, z telewizją i reklamą na czele. Być może wydaje nam się, że jesteśmy na reklamę odporni – a jednak cały czas sączy się z niej natarczywy przekaz, który mniej lub bardziej świadomie wpływa na nasze własne przekonania: „muszę być lepszy”, „muszę schudnąć”, „powinienem być szybszy, mądrzejszy, piękniejszy i najlepiej trochę młodszy”.
Syndrom doskonałości paraliżuje nas. Nie ma w nim miejsca na podejmowanie kolejnych prób, gdyż każdą porażkę każe traktować jak niemal ostateczną klęskę. Charakteryzuje się kategorycznym: „wszystko albo nic”. W konsekwencji zniechęca do podejmowania jakichkolwiek ryzykownych bądź trudnych działań. Często to właśnie syndrom doskonałości staje się największą przeszkodą w naszym rozwoju, w podejmowaniu nowych wyzwań czy prób zmiany naszego życia – choćby zerwania z nałogiem.
Zacytuję tu Briana Tracy: Wciąż to powtarzam: lęk przed porażką jest największą przeszkodą na drodze do sukcesu w dorosłym życiu. Z kolei M. J. Ryan zauważa, że zawyżone standardy są jedną z największych przeszkód w osiągnięciu tego, czego pragniemy.

Nigdy nie popełniam żadnych błędów.
Nie dajmy się syndromowi perfekcji. Pozwólmy sobie na popełnianie błędów. Nie oznacza to oczywiście popadania w skrajność i – na przykład – niechlujne bałaganiarstwo. Nie pozwólmy po prostu, aby nasze działania i zamierzenia paraliżował lęk przed możliwą porażką. Thomas Edison, zanim jego żarówka wreszcie zadziałała, podjął ponad sześć tysięcy nieudanych prób (niektórzy mówią nawet o 11 tysiącach porażek!). Pułkownik Sanders w wieku 65 lat przebył całe Stany Zjednoczone, zanim po dwóch latach i tysiącu (dokładnie: 1009) odmów usłyszał – „to jest świetny przepis na kurczaka, wchodzimy w ten interes”, co jak wiemy zaowocowało powstaniem sieci KFC. Walt Disney, zanim znalazł źródło sfinansowania Disneylandu, ponad trzysta razy usłyszał od bankowców, że to głupi pomysł. Znieślibyście trzysta porażek, w dodatku dotyczących tej samej sprawy?
Nie poddawajmy się. Na przekór otoczeniu traktujmy możliwe błędy czy porażki jako niezbędny element na drodze do sukcesu. Statystycznie palacze podejmują cztery do sześciu prób rzucania palenia, zanim udaje się to im na dobre. Wygrywają ci, którzy umieli poradzić sobie z chwilową porażką, którzy umieli przekuć swoje błędy na późniejszy sukces.
No dobrze, ale co ja mam powiedzieć swojej latorośli? Nie uchronię go całkowicie od perfekcjonizmu, jakiego wymaga od niego świat (szkoła, koledzy, a nawet ja sam wywierając na niego często nieświadomą presję). Mogę co najwyżej przytulić go i zdradzić mu pewien sekret: choćby komputer znał wszystkie słówka świata – w tym trudne słówka angielskie – nigdy, przenigdy nie potrafi zagrać na nosie. Jeżeli więc pokaże ci, że popełniłeś błąd, ty po prostu zagraj mu i zapytaj: „A umiesz tak?”
Nikt nie jest bowiem doskonały.
-
Mapa Myśli, czyli notowanie dla twardzieli
Data publikacji: 12/01/2010 Ilość komentarzy: 4
Pamiętacie moją przedostatnią notkę? Jestem ciekaw, jak wiele osób po lekturze tamtego tekstu rzeczywiście zastanowiło się, co by sprawiło, aby ten rok przeszedł do historii jako nadzwyczaj udany. Ciekawe, ilu z was wzięło do ręki jakiś notes, aby to zapisać.Wstydliwie przyznam, że również ja, po publikacji swojego tekstu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się do swoich zajęć i dopiero po trzech dniach zorientowałem się, że tak naprawdę sam nie stosuję się do własnych porad. Nieco zawstydzony sięgnąłem więc po notes, aby napisać listę rzeczy, które uczyniłyby ten rok ekscytującym.
Nie jest to jednak tak łatwe zadanie, jak by się wydawało. Dopóki wszystko tkwiło sobie bezpiecznie w głowie… wydawało się niemal oczywiste. Z chwilą, kiedy nad czystą kartką zawisł złowieszczy cień ostrej jak brzytwa stalówki, moje wielkie myśli, moje wspaniałe plany i zamierzenia… pierzchły w popłochu. Zupełnie, jakby nagle przestraszyły się, że… mogłyby zostać zrealizowane! Mój wielki, wspaniały rok 2010 przy bliższym poznaniu okazał się nieco chaotyczną plątaniną pragnień, z których co najmniej połowę bałem się utrwalać na papierze. A nuż okażą się nierealne? Może za dużo chcę? Nie uda mi się i wyjdę na durnia. No cóż, na samą myśl o możliwej porażce odechciało mi się czegokolwiek zapisywać.
Poza tym… hm… prawdziwi twardziele nigdy niczego nie zapisują, no nie? – próbowałem jeszcze nieśmiało bronić się przed pisaniem.
Ostatecznie coś tam naskrobałem… a przy okazji na własnej skórze poznałem dwie podstawowe przyczyny, dla których tak rzadko planujemy cokolwiek na papierze (mało kto wychodzi poza listę zakupów w supermarkecie – pisałem o tym we wrześniu). Pierwsza przyczyna wynika z obawy, że odniesiemy porażkę, druga: że takie zapisywanie to dowód słabości charakteru (nie zapominajmy, że twardzielom wszystko w życiu przychodzi samo).
Długo myślałem, jak rozwiązać problem notowania. Tak, żeby robić to bez poczucia klęski (nie jestem twardzielem…) i bez niebezpieczeństwa, że klęskę poniosę (a nuż się nie sprawdzi?).
I wiecie co wymyśliłem? Skoro tradycyjne zapisywanie własnych pragnień i marzeń kojarzy się z czynnością wykonywaną przez zagubioną nastolatkę w zamykanym na małą kłódeczkę notesiku, a poza tym skoro tradycyjny zapis wyzwala w nas poczucie nieuchronności, zobowiązania, czegoś, czego nie da się już odwołać… to może po prostu zmienić sposób notowania?
Rozwiązanie, jakie wypróbowałem i jakie proponuję to „mapa myśli” (ang. mind map). Taki sposób zapisywania własnych planów ma prawie same zalety. Nie kojarzy się z pamiętnikiem naszej siostrzenicy, nie wydaje się też tak totalny – może dlatego, że przyzwyczajeni do pisma linearnego, nie postrzegamy takiej mapy myśli jako zobowiązania, które zbyt natarczywie przymusza nas do realizacji planów.
Mapa myśli kojarzy się raczej z burzą mózgów, z procesem kreatywnym, jest nieortodoksyjna, bliższa geniuszom, niż wyrobnikom. Jeśli wierzyć naukowcom, uaktywnia obie półkule mózgu (co ułatwia przyswajanie informacji), chociaż dla mnie ważniejsze jest to, że taka mapa potrafi być szalenie czytelna – wystarczy jeden rzut oka, by zorientować się w temacie.
Co tu dużo gadać, po prostu wypróbowałem to. Poszukałem na dysku nieco już zapomnianego (kiedyś się tym trochę bawiłem) FreeMinda, jednak zabawa nabrała rumieńców, kiedy pobrałem nowszą wersję. Prawdę mówiąc nie chciało mi się rysować mapy na zwykłej kartce (tak naprawdę chciałem tylko zrobić jakąś stosunkowo szybką graficzną reprezentację swoich planów). FreeMind w nowym wydaniu okazał się tak przyjazny i szybki, że od razu pomyślałem, iż muszę o tym napisać na blogu. Z rozpędu stworzyłem też taką oto notatkę przykładową:
Kliknijcie na obrazek, aby zobaczyć jak fajnie FreeMind działa (w podanym linku macie mapę weksportowaną do flasha). Mapę można przesuwać, rozwijać i zwijać gałęzie, klikać na linki. Ważniejsze rzeczy można pogrubić, zmienić im kolor i wielkość czcionki, dodawać notatki itd. Czyż taki zapis waszych planów (czy czegokolwiek innego) nie wydaje się urzekająco czytelny (a przy okazji łatwo edytowalny)?
Oczywiście jest wiele programów do robienia map myśli. FreeMind jest jednak projektem darmowym, non-profit, tworzonym przez zapaleńców. Naprawdę polecam: na stronie projektu możecie pobrać ostatnią wersję stabilną (0.8.1), chociaż ja wybrałem wersję 0.9.0: ma m.in. eksport do Flasha (wasze notatki na stronie www) oraz jest kompatybilna z podobną aplikacją, jaką mam w telefonie (niestety, tylko dla platformy Android). Jednym z nielicznych mankamentów programu jest brak możliwości zabezpieczania map hasłem – zatem uważajcie, kto ma dostęp do waszych plików albo zabezpieczcie je w inny sposób.
Jeżeli więc z różnych względów nie zapisaliście jeszcze listy rzeczy, które uczynią ten rok udanym, gorąco polecam wam stworzenie swojej własnej Mapy Myśli na ten temat. Możecie to zrobić ręcznie, ale być może łatwiej będzie wam zrobić to na komputerze. Projekt można wydrukować, a następnie – by nie zapomnieć o własnych planach – …wkleić do waszego notesika zamykanego na kłódkę.
No cóż, w moim notesiku mapa „2010″ wygląda ekscytująco.
-
Biologiczna Teoria Wszystkiego
Data publikacji: 21/10/2009 SkomentujW pradawnych, mrocznych czasach, kiedy nie było jeszcze poradników życiowych, pouczających blogów ani instrukcji obsługi do czegokolwiek, człowiek nie miał właściwie większych szans na przetrwanie. Na szczęście w porę zauważyła to natura, która wyposażyła ludzkość w bardzo prosty mechanizm: jeśli robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę.
Wszystko działało bez zarzutu, przynajmniej na początku. Ludzie szukali pożywienia, chronili się przed niebezpieczeństwem i rozmnażali się, zaludniając nasza piękną planetę, a przy okazji czerpiąc z tego tytułu niejakie przyjemności. Tak właśnie to działało – ugryzłeś udziec mamuta, zaspokajając potrzebę dostarczenia do organizmu niezbędnych składników odżywczych – twój mózg częstował cię impulsem wyzwalającym uczucie przyjemności. Podobnie działo się z pozostałymi czynnościami fizjologicznymi. Jeśli – zdaniem mózgu – robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę. Proste.Co ciekawe, natura okazała się dość elastyczna i przewidziała, że niektóre działania człowieka nie muszą prowadzić bezpośrednio do przetrwania gatunku (chociaż w ostatecznym rozrachunku właśnie do tego wszystko miałoby się sprowadzać). W wyniku owej elastyczności przyjemność wyzwala w nas nie tylko uganianie się za antylopą, ale też snucie filozoficznych rozważań, kiedy ta piecze się już na wolnym ogniu.
Jeszcze nie wiem, jaki wpływ na przetrwanie gatunku ma prowadzenie bloga, ale z pewnością jest to coś co wyzwala mechanizm nagrody. Inaczej bym przecież tego nie robił, prawda? Kto wie, być może gdzieś w moich zwojach mózgowych zrodziła się szaleńcza myśl, że w przyszłości zapewni mi to utrzymanie rodziny? Hm… to może chociaż da mi powodzenie u płci przeciwnej?
Zgodnie z biologiczną teorią wszystkiego, u podstaw wszelkich działań człowieka leży pragnienie odczucia przyjemności. Każda nasza czynność służy tylko i wyłącznie jednemu – poczuć ten interesujący apetyczny impuls elektryczny w jądrze podstawnym mózgu. Wszystkim zatem rządzi mechanizm nagrody, wynaleziony z braku instrukcji obsługi świata. (Mojżesz miał się pojawić dopiero za długie tysiące lat.)
Niestety, jak powiedziałem, wszystko działało do czasu. Natura po prostu nie przewidziała, jak sprytną i przebiegłą istotą może okazać się homo sapiens. Jako gatunek z gruntu leniwy, musiał on wcześniej czy później zauważyć, że w mechanizmie nagrody – mającym pierwotnie nas chronić – są poważne uchybienia. Dziś mówilibyśmy o luce krytycznej, zaś Microsoft przysłałby nam uaktualnienie z odpowiednią łatą, wtedy jednak naturze pozostało tylko bezradnie przyglądać się jak pierwsi hakerzy łamią zabezpieczenia. Byli to oczywiście plemienni czarownicy ze swoim sfermentowanym sokiem owocowym i garściami podsuszonych liści. Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie, podobnie zresztą jak nadpsuty sok, powodując wzmożoną produkcję przyjemności – i tak zaczęła się era uzależnień.

Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie i tak rozpoczęła się era uzależnień
Kiedy człowiek odkrył drogę na skróty, było już po herbacie. Mechanizm, który miał nas chronić, stał się niebezpieczną zabawką, wykorzystywaną dla doraźnej przyjemności. Po co znosić egzystencjalny trud życia, zmuszający człowieka do podejmowania jakichś tam działań, kiedy można prościej. Substancje psychoaktywne okazały się dość łatwe w zdobyciu i stosowaniu. Kiedy więc upadł monopol czarowników na stymulację dopaminową, ludzkość, w dążeniu do nieustającej przyjemności, wymyśliła papierosy.
Na początku wydawały się produktem niemal idealnym: nie powodowały halucynacji, nie zagrażały integralności stosunków społecznych, a nade wszystko dostarczały upragnioną maleńką porcję przyjemności. Kto by się tam przejmował faktem, że przy okazji powodowały spustoszenie w całym biologicznym mechanizmie nagrody, zaburzając produkcję dopaminy i uzależniając organizm od kolejnych dawek.
-
Magia słowa zapisanego
Data publikacji: 7/09/2009 Skomentuj
W niedawnej rozmowie na temat papierosów mój rozmówca zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w rzucaniu palenia. Odparłem, że najważniejszy jest zeszyt 64 kartkowy w kratkę. Wywołało to oczywistą wesołość pytającego, który zdążył jeszcze błyskotliwie zapytać – dlaczego akurat w kratkę?
Wbrew pozorom moja odpowiedź nie była tylko żartobliwą uwagą obliczoną na rozbawienie słuchacza. Tak naprawdę u jej podstaw leży prastara prawda: słowo pisane ma wielką moc. Wiemy o tym wszyscy, znamy moc oddziaływania wielkich dzieł literackich czy też ważnych tekstów natury politycznej, społecznej itd, które niejednokrotnie zmieniały historię świata. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że słowo pisane ma wielką siłę również na naszym własnym poletku, na gruncie osobistym – ma ono zdolność dokonywania wielkich przemian w naszym życiu.
Być może spotkaliście się już z taką radą: jeśli chcesz coś osiągnąć, zapisz to. Stwórz na papierze swój własny plan zrealizowania dowolnego celu, a znacznie podniesiesz prawdopodobieństwo, że ci się powiedzie. Z podobnymi radami spotykamy się niemal w każdej publikacji dotyczącej rozwoju osobistego czy osiągania sukcesów.

Większość osób nigdy niczego nie planuje...
Człowiek, który chce coś osiągnąć, musi przede wszystkim wiedzieć, czego chce. Bez tego trudno jest w ogóle myśleć o jakichkolwiek efektach. Większość ludzi nigdy niczego nie planuje, a tym bardziej nie zapisuje żadnych celów do zrealizowania. Szczytem planowania dla większości z nas jest lista zakupów do supermarketu, zaś nasz najbliższy tydzień kształtujemy głównie w oparciu o tygodniowy program telewizyjny. (Dlatego razem z żoną nazywamy go żartobliwie Przewodnikiem Po Życiu. W każdy piątek pytamy siebie nawzajem „Czy kupiłeś Przewodnik Po Życiu? Jeśli nie, to zrób to, bo cały tydzień będziemy błądzili.” Oboje się z tego śmiejemy, tym bardziej, że telewizji praktycznie w ogóle nie oglądamy.)
Słowo zapisane – czyli to wszystko, co własnoręcznie kreślimy na kartce papieru, w zeszycie, a może na blogu? – pozwala nam sprecyzować cel, pomaga w zrobieniu planu jego realizacji, a także – co równie ważne – pozwala nam na przyjrzenie się nam samym z pewnego dystansu – z którego czasem widać znacznie więcej. Pisanie pozwala uporządkować myśli, sprawdzić, gdzie się aktualnie znajdujemy (czy jesteśmy na drodze realizacji naszych zamierzeń, czy też z niej zbaczamy). Prowadzenie swego rodzaju „Dziennika Projektu” w sposób niezauważalny dyscyplinuje nas i dopinguje do dalszej pracy.
Nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym sam nie przeszedł tej drogi i nie przekonał się o sile słów zapisywanych. Kiedy rzucałem palenie, zacząłem prowadzić bloga. Dziś widzę to już z pewnego dystansu i wiem, że pisanie pomagało mi przetrwać chwile zwątpienia, a przede wszystkim dawało mi potężną dawkę energii. Mój blog – zwłaszcza w pierwszych dniach od odstawienia papierosów – był moim najlepszym przyjacielem.
Pisanie „Dziennika Projektu” (czy też „Dziennika Celu”) pomoże osobom palącym poznać swoją własną motywację, największe przeszkody w uwolnieniu się od nałogu czy wreszcie opracować swoją indywidualną ścieżkę. Z kolei osoby już „po rzuceniu”, ale jeszcze wciąż narażone na „nawrót” – w swoim „Dzienniku” niejednokrotnie znajdą potężne oparcie i pomoc.
Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsza porada nie każdemu przypadnie do gustu. Nie każdy ma potrzebę pisania czegokolwiek. Często odczuwamy jakiś wewnętrzny opór, czując, że nie umiemy zbyt dobrze pisać. Nie chcę w tym miejscu przekonywać, że każdy może, każdy potrafi i tak dalej. Jeżeli spróbujecie – macie szanse osobiście przekonać się, jak wiele może zdziałać słowo zapisane. To jest jednak wasz wybór, zwłaszcza, że pisanie to, rzecz jasna, nie jedyna metoda na poprawę własnego życia…
-
Uważność
Data publikacji: 30/07/2009 Ilość komentarzy: 2Ostatnio pisałem o „świadomym paleniu”, które przełamuje nieco automatyzm nałogu. Sam stosowałem ten sposób i myślę, że w pewnym stopniu przyczynił się do mojego sukcesu. Nie zastanawiałem się wtedy, czy jest to jakaś określona, opisana i nazwana technika. Po prostu obserwowałem siebie samego tak, jakbym był swoim własnym widzem.
W czasie, kiedy stosowałem „świadome palenie” nie myślałem o tym, że korzysta ono z pradawnej techniki, wywodzącej się z buddyzmu, na Zachodzie znanej obecnie jako uważność (z ang. mindfulness). Bardzo dawno temu interesowałem się buddyzmem i najwyraźniej koncepcja „świadomego palenia” narodziła się we mnie jako odległe echo dawnych lektur i rozmyślań.Uważność jest to dość prosta metoda na rozładowanie stresu, poczucie odprężenia, ale przede wszystkim na spojrzenie na sprawy w nieco innym świetle. Uważność nie wymaga jakichś szczególnych zabiegów czy technik koncentracji bądź medytacji. W najprostszym – i chyba najtrafniejszym – rozumieniu jest to po prostu skierowanie uwagi na chwilę bieżącą, „zauważenie” samego siebie i najbliższego otoczenia „takim, jakie ono jest”. Bez oceniania, bez prób wyjaśniania czegokolwiek czy komentowania. Ograniczamy się tylko do swego rodzaju życzliwej obserwacji.
W ostatnim tygodniu bywałem turystą. Spacerując po leniwych plażach Jastarni chłonąłem widoki i swoją tam obecność, coraz wyraźniej czując, jak teraźniejszość wypiera wszelkie myśli o przyszłości, zaś codzienne troski stają się jakby mniej ważne. Podobnie w Gdyni, Sopocie, czy na Helu – wszędzie tam byłem turystą, którego nie dotyczyły problemy dnia powszedniego.
A gdyby tak pozostać turystą również po powrocie do domu? Czyż nie jest to kuszące? Tylko pozornie wydaje się to głupie i niemożliwe. Tak naprawdę chodzi przecież o zachowanie pewnej specyficznej postawy wobec świata. Turysta to ktoś, kto jest przejazdem. Nie zajmuje się zbyt mocno kłopotami tak zwanej codzienności. Nie angażuje się zbyt mocno w bieżące wydarzenia, bo wie, że jest tu tylko przez chwilę. Turysta jest zrelaksowany, raczej optymistyczny i nie przywiązuje wagi do drobiazgów. Wie, że nie ma zbyt dużo czasu, więc stara się go wykorzystać jak najlepiej – chłonie świat (zwiedza), zachwyca się rzeczami, które dla miejscowych są zwykłe i nudne, jest kimś, kto chwyta chwilę i nie przejmuje się tak zwanym szarym życiem.
Wiele lat temu spacerowałem ulicami swojego rodzinnego miasta wyobrażajac sobie, że jestem turystą. Zacząłem na nowo przyglądać się ulicom, domom, wszystkim tym miejscom, które znałem od lat. Próbowałem na wszystko spoglądać oczami kogoś, kto widzi to pierwszy raz. Powiem wam, że było to niezwykłe doświadczenie – nagle dostrzegłem jakby więcej. Widziałem siebie w zupełnie obcym, choć przecież własnym mieście. Patrzyłem na rzeczy, ludzi i miejsca bez osądzania, za to z ciekawością (byłem przecież turystą w obcym kraju). Stąpałem po ziemi celebrując samo stąpanie. Czułem się realną, rzeczywistą, istniejącą tu i teraz cząstką otoczenia.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie praktykuję uważność – esencję świadomego życia.





Najnowsze komentarze