Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Do zobaczenia za 10 lat

    Data publikacji: 18/03/2010 Rem 1 komentarz
    Czym jest wybrukowane piekło? Prawdopodobnie odpowiecie: dobrymi chęciami… No cóż, najkrócej rzecz ujmując: to prawda.

    Żyjemy w świecie, w którym jedyne, co tak naprawdę się liczy, to skuteczność. Możemy oczywiście wspominać o wartościach, jakie wynikają już z samego faktu podążania do celu, celebrować drogę, rozpisywać się o wyższości „gonienia króliczka” nad złapaniem go i tak dalej. Wiadomo bowiem, że droga do celu jest ważna, że napełnia nasze życie treścią i nadaje mu odpowiedni smak. Poczucie dążenia do czegoś niesie energię i siłę do podejmowania kolejnych wysiłków. Mając jasno określony cel, po prostu czujesz, że masz po co żyć. To wszystko prawda.

    Prawdą jest też, że samo podążanie traci swój sens, jeśli prowadzi donikąd. Jak często nasze wspaniałe plany dawały nam impet do działania: z energią i entuzjazmem rozpoczynaliśmy swoją wielką drogę do celu… ale po jakimś czasie okazywało się, że zamiast śmiało kroczyć przed siebie, drepczemy w miejscu? Przyznaję, mi takie sytuacje przytrafiały się wiele razy.

    W ostatecznym rozrachunku świat zawsze ocenia nas po efektach. Mało tego: z perspektywy czasu również my sami jesteśmy skłonni patrzeć na siebie w podobny sposób. Po latach nasze ścieżki, działania, metody i zamierzenia przestają mieć pierwszoplanowe znaczenie. Liczy się bardziej to, czy udało nam się zrealizować tamto zamierzenie, osiągnąć tamten cel, wykonać tamten plan.

    W tym miejscu może warto byłoby wykonać pewne bardzo dobre, otrzeźwiające ćwiczenie: odbyć wirtualną podróż w czasie – do przeszłości. Zamykamy na chwilę oczy, bierzemy głęboki wdech i przypominamy sobie siebie samych sprzed 10 lat.

    Już? Czy wczuwasz  się w tamtego dawnego siebie? Przypominasz sobie tamte dawne uczucia, myśli i emocje? Kogo widzisz, siedząc w kapsule czasu i obserwując siebie sprzed tych wszystkich lat?

    Kim jesteś? Jakie masz plany na najbliższą przyszłość – może na najbliższe 10 lat? Chcesz rzucić palenie? Zamierzasz nauczyć się języka obcego i zdobyć wymarzoną pracę? A może zastanawiasz się nad planem odchudzania? Może zamierzasz w ciągu najbliższych 10 lat założyć biznes, dorobić się i wyjechać w podróż dookoła świata? Przypomnij to sobie.

    Kim jesteś? Jaką osobą chcesz się widzieć w 2010, dokładnie za 10 lat?

    W ćwiczeniu tym wcale nie chodzi o poczucie winy czy wyrzuty sumienia. Jeżeli nasze plany nie wyszły, jeżeli coś się zepsuło, coś poszło nie tak – nie musimy się w tej chwili obwiniać. Ani siebie, ani nikogo innego. Jest to wręcz przeciwwskazane. Chodzi bardziej o spojrzenie spokojne, bez oceniania – tak, jakbyśmy rzeczywiście przenieśli się w jakiejś kapsule w przeszłość: widzimy siebie sprzed 10 lat, my znamy już przyszłość, ale tamten gość jeszcze nie. Chcielibyśmy mu pewnie parę rzeczy podpowiedzieć, udzielić pewnych rad, wskazówek – ale nie możemy. Nie możemy wyjść z naszej kapsuły czasu. Możemy tylko obserwować.

    Czy jesteście zadowoleni z tych 10 lat? Czy udało wam się zrealizować najważniejsze cele?

    Teraz zróbmy drugą część ćwiczenia: ruszamy w przyszłość, licznik ustawiony również na 10 lat. W tej części jednak nie snujemy rozważań, co tym razem udało nam się osiągnąć, nie bawimy się w jasno- lub czarno-widzenie. Ta część jest bardzo prosta: wyobraźcie sobie, że minęło 10 lat i… nic się nie zmieniło.

    No właśnie. Jest rok 2020. Nadal pracujesz tam, gdzie 10 lat temu – cały czas narzekasz na szefa, klientów i nawał pracy. Nadal palisz papierosy i nie uprawiasz sportu, chociaż wciąż myślisz o bieganiu, no i nieregularnie (sam wiesz, że za rzadko) bywasz na basenie. Wciąż zastanawiasz się, który podręcznik do nauki języka wybrać. Ciągle planujesz swój biznes (przez te 10 lat przeczytałeś już setki książek na temat biznesu) i cały czas opracowujesz trasę swojej wielkiej podróży po świecie. Masz 10 lat więcej, ważysz więcej (miało być mniej, prawda?), planów też być może masz więcej. Właściwie… nic się nie zmieniło.

    Czy o to ci chodziło?

    Jeżeli tak – to pewnie należysz do tego nielicznego grona szczęśliwców, którzy już teraz, w 2010 roku, wiodą życie spełnione. Niestety – a może na szczęście? – większość z nas ma do czego dążyć, chce zmian na lepsze. A jednocześnie większość z nas zawsze, kiedy myśli o bliżej nieokreślonej przyszłości, ma bliżej nieokreślone przeświadczenie jakiegoś bliżej nieokreślonego spełnienia tych albo innych planów… Czyżby? Czy naprawdę sądzicie, że wszystko się jakoś samo poukłada? Nic z tych rzeczy. Jeżeli nie podejmiemy jasnych, przemyślanych, konkretnych działań, grozi nam niebezpieczeństwo, że zamiast podążać do przodu, będziemy jedynie dreptać dookoła siebie.

    To właśnie zazwyczaj robimy. Drepczemy mniej więcej w miejscu. Samo dreptanie wyzwala w nas poczucie, że coś robimy. Nie siedzimy przecież bezczynnie, ostatecznie wciąż pamiętamy, cały czas myślimy o swoich celach…

    Myślenie nie wystarczy. Warto uważnie przyjrzeć się swoim działaniom i zastanowić się, czy nie jest to tylko dreptanie w miejscu – samooszukiwanie się. Owszem, takie samooszukiwanie może poprawić nastrój. Uspokoić sumienie. Fajnie, prawda?, tylko do czego to prowadzi?

    Spójrz z perspektywy 10 lat. Siedzisz w kapsule czasu, prosto z roku 2020 i chcesz powiedzieć coś samemu sobie. Udzielić pewnych wskazówek, dać kilka rad, przestrzec przed czymś – ale nie możesz. Kapsuła pozwala jedynie obserwować.

    Pamiętacie stary już, ale wciąż pamiętny „Powrót do przyszłości”? Dla mnie było to wstrząsające odkrycie – kiedy widziałem wysiłki, jakie czynił Marty, aby życie jego rodziców i całej rodziny McFly potoczyło się nieco inaczej. Znając przyszłość ze wszystkich sił pragnął coś zmienić.

    Wy też już znacie swoją przyszłość: za 10 lat nic się nie zmieni i nadal będziecie dreptać w miejscu, w którym jesteście…

    Zgodzicie się z tym? Nie? To właśnie chciałem usłyszeć.

  • Krótka podróż sentymentalna

    Data publikacji: 9/03/2010 Rem Skomentuj
    Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.

    Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.

    Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.

    Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.

    Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.

    Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.

    Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

  • Wiesz wszystko, co trzeba

    Data publikacji: 2/03/2010 Rem Skomentuj
    Muszę się do czegoś przyznać: mój przedostatni tekst – ten o supermetodzie – wyrwał mi się spod kontroli. Tak naprawdę chciałem tylko napisać, że to, czego potrzebujemy do zmian w naszym życiu, już w nas istnieje.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swoje cele czy dokonać mniej lub bardziej doniosłych zmian w swoim życiu. Niejednokrotnie jest to wiedza intuicyjna – nie tyle może wiemy, co pewne rzeczy wyczuwamy. Najczęściej to, co zamierzamy, wymaga po prostu pewnej konsekwencji i czasu – co oczywiście zniechęca – jednak nie kwestionujemy samego procesu. Mało tego, jesteśmy skłonni uznać go nawet za niezbędny. Umiejętność gry na gitarze wymaga pewnej ilości konkretnych ćwiczeń i chyba mało kto wierzy, że można tego dokonać np. za pomocą odpowiednio dobranej diety. To samo dotyczy narzędzi – są nam w większości doskonale znane i akceptowane. Umiejętność pływania zdobywamy w wodzie – chociażby na basenie – natomiast nauka jazdy na nartach zazwyczaj wymaga wyprawy nad jakąś górę. Są to rzeczy proste i dość oczywiste.

    Pewna moja znajoma chce schudnąć. Właściwie odkąd pamiętam jest albo tuż przed, albo w trakcie, albo tuż po jakiejś świetnej diecie. Przez większą część czasu moja koleżanka martwi się swoją wagą albo żyje nadzieją, że tym razem musi się udać – w myśl zasady teraz albo nigdy. Kiedy rozmawiam z nią na ten temat przyznaje, że wie, co powinna zrobić, wie jak to zrobić i tylko… jakoś jej nie wychodzi.

    Sprawdziłem jej metody. Moim zdaniem są całkiem rozsądne. Wiedza mojej znajomej na temat prawidłowego odżywiania,  właściwej diety i tych wszystkich co-ile-ma-kalorii jest naprawdę imponująca. Mówiąc krótko – moja koleżanka naprawdę wie to, co potrzeba, aby zrealizować swój cel.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swój cel. Jeżeli jest to zamierzenie choć trochę poważne, w taki czy inny sposób zdobywamy wiedzę na ten temat. Poznajemy metody, narzędzia – wszystko, co jest konieczne. Z czasem możemy wręcz stać się w naszej dziedzinie prawdziwymi ekspertami. Tak jak moja koleżanka.

    Dlaczego jednak to nie działa? Dlaczego wiedza nie wystarcza? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele – można je wszystkie podzielić na kilka grup. Przytaczam tutaj dwie:

    1. Twój emocjonalny mózg zawsze wie lepiej. Możesz mieć całkiem sporą wiedzę na temat osiągnięcia swojego celu. Znać metody i strategie. Wszystko to jednak zawsze przegrywa z emocjami. Było to już wielokrotnie dowodzone: analityczna część naszego mózgu zawsze służy pomocą, zawsze chętnie dzieli się swoją wiedzą, przedstawia szereg racjonalnych argumentów, ale to część emocjonalna rządzi. Przypomina to trochę naradę w firmie – doradcy przekazują swoje dogłębne analizy rynku, dane statystyczne, rachunek strat i zysków i przekonują do swoich racji, ale to szef furiat ma prawo głosu i ostatecznie zrobi to, co będzie mu się chciało. To właśnie dlatego cały czas, do znudzenia, niemal bez przerwy powtarzam tę mantrę: musisz pokochać to, co chcesz zrobić. W starciu z emocjami nie masz bowiem żadnych szans. Jest to pierwotna, podstawowa przyczyna niepowodzeń. Wszystkie inne tak naprawdę są jej pochodną.

    2. Paraliż analityczny. Wciąż poszukujesz nowych informacji. Do zmiany przygotowujesz się jak na wojnę. Chcesz wiedzieć dosłownie wszystko na dany temat. Nic nie może cię zaskoczyć. Cierpisz na syndrom doskonałości. Mija pewien czas i nagle odkrywasz, że już samo poznawanie tego, z czym chcesz się zmierzyć daje ci poczucie, że… coś przecież robisz. Nie jesteś bezczynny. Gromadzisz przecież wiedzę, opracowujesz taktykę, planujesz – słowem: przygotowujesz się. Po jakimś czasie możesz mieć w zanadrzu kilka świetnych strategii. Działasz? Nie, w żadnym wypadku! Teraz musisz zdobyć jeszcze więcej informacji, aby – zanim cokolwiek zrobisz – mieć pewność, że wybrałeś strategię najlepszą, gwarantującą sukces. Paraliż analityczny to świetna sztuczka mózgu, mająca uspokoić twoje sumienie, a jednocześnie działać w zgodzie z wytycznymi wyznaczonymi przez twoje emocje, pragnienia i namiętności.

    Jedyne, co musisz zrobić, to przekonać swój mózg, że będzie ekscytująco.

    Powtórzyć swoją mantrę? U podstaw wszelkich efektywnych metod i sposobów na zmiany w naszym życiu leżą nasze emocje. Nie musicie daleko szukać, gdyż prawdopodobnie już wiecie, co macie robić. No dobrze – a jak sprawdzić, czy to co wiecie, może być skuteczne? Podpowiedzą wam… wasze emocje. Jeżeli na myśl o potrzebnym (według was samych) działaniu poczujecie nieprzyjemny skurcz w żołądku, będzie to znak, że jesteście na dobrym tropie. To znak, że wasz emocjonalny mózg trochę się zaniepokoił – on już poczuł, że to o czym myślicie może być groźne dla jego wygodnego świata. Emocjonalny mózg nie cierpi zmian i momentalnie wyczuwa, kiedy ma do czynienia z realnym zagrożeniem.

    Kiedy już poczujecie ten skurcz w żołądku (a co niektórym zrobi się wręcz słabo) – oznacza to, że stoicie przed właściwą drogą. Pozostaje wam tylko jakoś przekonać swój mózg, że będzie ciekawie, ekscytująco, że cała ta droga to będzie coś niesamowitego.

  • Krótko

    Data publikacji: 2/03/2010 Rem Skomentuj

    Ten blog nadal jest przedsięwzięciem non-profit. Niech was nie zraża bloczek na reklamę – Nowy Smak Życia nie zamienia się w maszynkę do robienia pieniędzy – ha ha ha, dobre by to było :) Blok reklamy wrzuciłem tu, bo może jakoś uda się sfinansować serwer. A może się nie uda – w sumie też nic się nie stanie (te cztery dychy jakoś wysupłam).

    W każdym razie nie musicie klikać, bo AdTaily płaci za oglądanie – czyli czas wyświetlania ;) No dobrze, jak zechcecie, to klikniecie – nie będę nikomu mówił, co ma robić. A potencjalnych darczyńców, dobrodziejów, czy po prostu – reklamodawców – zachęcam do zareklamowania się. Wystarczy kliknąć „Zostań sponsorem”, wybrac obrazek (reklamę), wpisać na ile dni, a dalej… hm, nie wiem, co dalej. Chyba trzeba jakoś zapłacić ;)

    Nowy Smak Życia będzie Wam wdzięczny do końca swoich dni, Wy zaś pokażecie klasę reklamując się w tak ekscytującym miejscu, jakim jest ten nasz mały kawałeczek Internetu.

    A skoro już o zmianach blogowych – wyrzuciłem kalendarz, bo trochę mnie denerwowało, że nie mam wpisów codziennie :) Zamiast tego pod reklamą jest lista ostatnich 15 tekstów. Zrezygnowałem też z blogfrogowego oceniania wpisów – ostatnio BlogFrog wydawał się opóźniać wczytywanie Nowego Smaku Życia – coś się tam w tle mieliło. Z podobnych powodów zrezygnowałem kiedyś z bajeranckiego widżetu z muzyką z Jamendo. Opóźniała wczytywanie strony, nie mówiąc już, że wciąż miałem poczucie, że powieniem zmienić płytę ;)

    Blip też miał na Nowym Smaku swoje pięć minut. Taka mała maszynka do krótkich wpisów, pamiętacie? Maszynka fajna, tylko, że czasochłonna: może kiedy zostanę zawodowym blogerem – ha ha – Blip powróci?

    Blok reklamowy, który dodałem, nie powinien jakoś opóźniać wczytywania i mam nadzieję nie będzie zbyt inwazyjny. Żaden tam Flash z wodotryskami tylko stateczny obrazek nie rzucający się w oczy. Taka powinna być reklama, no nie? ;)

    Do zobaczenia w najbliższej notce – którą mam już zresztą napisaną. Specjalnie tak zrobiłem, aby obecny wpis nie wisiał sobie jako najnowszy – jest na to za bardzo baj-de-łej.