Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • W poszukiwaniu supermetody

    Data publikacji: 20/02/2010 Rem Skomentuj
    Niedawno wpadła mi w ręce wspaniała metoda nauki języka obcego. Na oko wydaje się świetna i skuteczna. Chcielibyście ją poznać?

    Pewnie, że byście chcieli. Każdy by chciał. Nie bez przyczyny niemal co roku pojawia się jakaś nowa, odkrywcza metoda nauki języka czy jakiś nowy, rewolucyjny sposób na szczupłą sylwetkę. Jak tak się rozejrzeć, to chyba zawsze ludzie poszukiwali jakichś nowych rozwiązań dla swoich starych problemów. A ponieważ najczęściej rozwiązywanie tych problemów wymaga określonego czasu, pewnego wysiłku i konsekwencji – często wzdychamy i… rozglądamy się za czymś szybszym i łatwiejszym w nadziei, że może ktoś odkrył już w naszej sprawie jakąś drogę na skróty.

    Istnieje wiele metod rzucenia palenia...

    Istnieje wiele metod i sposobów na rzucenie palenia. Są one powszechnie dostępne – naprawdę bardzo łatwo do nich dotrzeć, w dodatku nie trzeba nawet wychodzić z domu. Internet błyskawicznie dostarczy nam dziesiątki porad na ten temat. Przyznam, że również ja zamierzałem zebrać swoje doświadczenia w jakiś zgrabny poradnik – kto wie, może jeszcze kiedyś to zrobię – choć w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że pewne rzeczy są… nieprzekładalne. Czytałem kiedyś książkę na temat bogactwa, w której autor – niezwykle zamożny, wszechstronny biznesmen – próbował wbić mi do głowy pewne ważne spostrzeżenie na temat sukcesu. „Bogactwo to nie stan konta, ale stan świadomości” – czytałem… ale w gruncie rzeczy nie rozumiałem tego. Owszem, było to bardzo fajnie napisane, taka elegancka formułka gotowa do efektownego zaprezentowania w gronie znajomych, ale… niewiele więcej z niej wynikało. „Łatwo mu mówić” – myślałem. – „Facet śpi na forsie, nie ma żadnych kredytów, a samochody dobiera sobie do koloru skarpetek. Jasne, że ktoś taki może mieć do bogactwa stosunek filozoficzny…”

    Kiedy udało mi się rzucić palenie w pierwszej chwili miałem ochotę powtarzać wszystkim, że jest to łatwe, no, dużo łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Szybko jednak odkryłem, że moje przesłanie nie tylko nie dociera, ale może wręcz wydawać się komuś nieco aroganckie. „No tak, łatwo mu mówić, bo już rzucił” – mógłby pomyśleć z niechęcią niejeden palący.

    Im dłużej rozmyślałem o jakiejś uniwersalnej metodzie na rzucenie palenia, tym bardziej docierało do mnie, że… chyba taka nie istnieje. Albo inaczej: że bardzo trudno wyprowadzić tutaj jakiś elegancki matematyczny wzór, dający się dopasować do każdego. Nie jesteśmy tacy sami. Inne rzeczy nas motywują, każdy z nas ma swoje własne sposoby na odczuwanie radości i odmienny sposób reagowania na stres czy przeciwności losu. Mówiąc krótko – każdy z nas podąża własną ścieżką.

    Postanowiłem zatem poprzestać na swoich własnych odczuciach. To, o czym piszę, okazało się skuteczne w moim przypadku. Próbuję jakoś przekazać to, co przy okazji zrozumiałem. Kiedyś zapowiadałem, że ujawnię swoją metodę – bardzo tajemniczą, bardzo łatwą, bardzo skuteczną. Teraz, po wielu notkach później widzę, że w pewnym stopniu już ją przekazałem, a przynajmniej próbowałem. Nie wiem, czy mi się udało. Być może zabrzmiało to mniej więcej tak: „Rzucenie palenia to nie problem z papierosami, a przede wszystkim stan świadomości”. No tak, łatwo mi mówić, prawda?

    A może poczekać na cudowną szczepionkę od nikotyny?

    Tak naprawdę nie dokonałem niczego wielkiego. Nie odkryłem nowego lądu ani nie okazałem się jakimś niesamowitym bohaterem z bajerancką peleryną (i wielkim ES na piersi). I chociaż dziś, w tej chwili, mógłbym wyliczyć jednym tchem szereg całkiem niezłych metod rzucenia palenia, wiem, że tak naprawdę ich skuteczności należy szukać gdzieś indziej. Wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy autentycznym pragnieniem, a jakąś niezbędną dozą zwykłej konsekwencji. Czy potrzebny jest do tego jakiś wysiłek? Oczywiście. I to nas zazwyczaj przeraża. To właśnie dlatego tak uporczywie poszukujemy drogi na skróty. Nie chcemy się męczyć. Może ktoś wynajdzie tabletkę, która sprawi, że palenie rzuci się samo?

    W poszukiwaniu jakiejś jednej supermetody, która uwolniłaby nas od palenia w sposób gładki, szybki i bezbolesny możemy łatwo zapomnieć, że o powodzeniu jakichkolwiek metod decydują nie jakiejś tajne procedury, ale my sami i nasze działanie. A poza tym – czy poszukiwanie takiej mitycznej metody nie jest aby naszym wybiegiem, aby – póki jej nie odnajdziemy – nie podejmować żadnych prób i wysiłków?

    Dotyczy to zresztą nie tylko palenia. Tak samo jest z odchudzaniem (gdzie nie sposób zliczyć wszystkich tych cudownych diet), tak samo jest z językiem obcym. A właśnie, być może komuś się spodoba metoda, która polega na uczeniu się całych zdań.

    Nie mam pojęcia, czy jest skuteczna. Wiem natomiast, że jest ona zdecydowanie lepsza niż… nie podejmowanie żadnych działań i jałowe czekanie.

  • Piękne życie

    Data publikacji: 10/02/2010 Rem 1 komentarz
    Usłyszałem kiedyś zdanie, które bardzo przypadło mi do gustu: jeżeli chcesz mieć piękne życie, otocz się pięknymi rzeczami. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, trudno takiemu stwierdzeniu odmówić pewnej logiki.

    Parafrazując to zdanie można by powiedzieć, że aby prowadzić życie spokojne, powinniśmy otoczyć się czymś, co daje spokój, aby wieść żywot komfortowy, należy otaczać się komfortem. Wydaje się to bardzo proste, prawda?

    Nie podejmuję się tutaj odpowiedzi, dlaczego zazwyczaj postępujemy odwrotnie. W pogoni za komfortem często całe życie spędzamy na morderczej pracy, zaś w intensywnym poszukiwaniu szczęścia zapominamy… o jego odczuwaniu.  W tym zresztą znany psychoterapeuta Lee Jampolsky upatruje przyczyn większości uzależnień: wynikają one przede wszystkim z poczucia niepełności, z przeświadczenia, że czegoś nam brak, z poczucia pustki, swego rodzaju głodu (od wielu tygodni mam na dysku ciągle nie skończony tekst zatytułowany „Głodny umysł”, podejmujący ten temat). W ostatecznym rachunku, na najwyższym, często najbardziej ukrytym poziomie tych pragnień jest potrzeba miłości i akceptacji.

    Źródłem twojej radości może być rodzina.

    W poszukiwaniu spełnienia, poczucia akceptacji i miłości, spokoju ducha, czy też po prostu odczuwania przyjemności, sięgamy po najrozmaitsze środki zewnętrzne. Mogą to być środki psychoaktywne, jak alkohol, nikotyna czy narkotyki ale równie dobrze może to być poszukiwanie wciąż nowych doznań w sporcie ekstremalnym, namiętne czytanie książek albo spotykanie się w grupie (chociażby terapeutycznej). Życie jest bogate, zatem naprawdę jest w czym wybierać. Dla każdego według potrzeb jego.

    Kłopot tylko w tym, że zazwyczaj środki, które działają najszybciej i najsilniej, które są wygodne, łatwo dostępne i stosunkowo tanie, są jednocześnie szkodliwe dla zdrowia – własnego i najczęściej zdrowia otaczających nas ludzi.

    Ktoś, kto przez dłuższy czas używał takich środków, po ich odstawieniu może odczuwać spory dyskomfort. „Zwykłe rzeczy” wydają się nie zapewniać wystarczającej dawki radości i szczęścia. Wydają się po prostu za słabe. Rodzi się pragnienie – a może być naprawdę silne – powrotu do sprawdzonych substancji. Jak temu przeciwdziałać?

    W pierwszych dniach od całkowitego odstawienia nikotyny wiedziałem jedno: muszę cały czas zapewniać sobie strumień przyjemności, satysfakcji i poczucia szczęścia. Jeżeli usłyszeliście kiedyś radę, aby po rzuceniu palenia znaleźć sobie nowe źródła przyjemności, wykształcić nowe rytuały, celebrować i smakować nowe zwyczaje – była to rada w każdym calu prawdziwa. Sprawdziłem to.

    Zamiast papierosów gryzłem sobie pestki słonecznika. Bzdura. Ja je smakowałem. Celebrowałem ich zakup. Żartowałem w owym czasie, że z pewnością uzależnię się od tych pestek.

    Kupiłem sobie bardzo dobrą, mocną herbatę z kardamonem. Jej picie to był niemal rytuał.

    Celebruj wszystkie dobre chwile.

    Nabrałem zwyczaju wychodzenia z biura na tzw „lunch” i spacerowania po pobliskiej galerii handlowej, gdzie znajduje się „moja” księgarnia. Celebrowałem widok sklepów, ludzi i książek. Była to swoista „medytacja w ruchu” – byłem spokojnym, ale pełnym wewnętrznej radości „patrzeniem”. Nie wiedziałem wówczas, że to się nazywa uważność.

    Przemeblowałem swój pokój (mój i żony) tworząc wygodne, przytulne i bardzo nasze Odludzie. Pamiętacie początek tego tekstu, kiedy pisałem o pięknych rzeczach? Na moim Odludziu – o którym chcę wam wkrótce napisać – bez trudu mógłbym wskazać całe mnóstwo rzeczy, które sprawiają mi radość, których widok sprawia po prostu przyjemność.

    Mogę zgodzić się z Lee Jampolsky’m, że uzależnienia powstają na skutek poczucia braku, że są wyrazem poszukiwania wewnętrznego spokoju i w ostatecznym rozrachunku tylko tam – wewnątrz nas samych – możemy odnaleźć rozwiązanie naszych problemów. Jednak „ostateczny rozrachunek” niekoniecznie jest dla nas dostępny dziś, w tej chwili. Zazwyczaj znajdujemy się w naszej drodze znacznie bliżej – i na tym etapie znacznie mądrzejsze mogą wydać się zmiany zewnętrzne, choćby niewielkie.

    Wiele wielkich zamierzeń tego świata upadło na skutek zbyt wielkich i szybkich kroków do przodu. Jak mawiał Thoreau – pozwólmy doboszowi bić w jego własnym rytmie, bo tylko tak sprawimy, że będzie szczęśliwy i dojdzie do celu.

    Zrób coś, co sprawi, że poczujesz się lepiej.

    Zrób coś, co sprawi ci radość.

    Możesz nie odnaleźć w sobie siły wewnętrznej, aby natychmiast, już dziś odczuwać wewnętrzny spokój i spełnienie. Ale możesz kupić sobie coś ładnego – naprawdę niekoniecznie drogiego – co sprawi, że poczujesz się lepiej. Możesz posłuchać swojej ulubionej muzyki, zaparzyć jakąś niesamowicie tropikalną herbatę, spotkać się z przyjaciółmi, sięgnąć po interesującą książkę albo świetnego bloga :) Możesz zrobić cokolwiek, co jest dla ciebie aktualnie dostępne, a jednocześnie przyniesie ci radość. Ważne, aby robiąc to wszystko pamiętać, iż nie chodzi o pospieszne, bezrefleksyjne folgowanie wszelkim zachciankom, ale o to, aby celebrować te chwile, smakować je, doceniać.

    To nic złego. To nikomu w niczym nie szkodzi. To nie jest dowód jakiegoś złego egoizmu, to nie jest też wyraz bezmyślnego hedonizmu – tak naprawdę jest to odkrywanie smaku codzienności. A za tym idą faktyczne zmiany. Zapewniam was: jest to droga, na której stajemy się spokojniejsi, bardziej cierpliwi, a jednocześnie jakby bardziej otwarci. Wystarczy dosłownie kilka chwil dziennie, bez zastanawiania się nad przyszłością. Smakujmy te chwile, które sprawiają nam radość.

    To są często bardzo małe drobne kroki. Najważniejsze jednak, że prowadzą nas one do pełniejszego i piękniejszego życia.

    Jampolsky

  • Dlaczego wciąż nam nie wychodzi?

    Data publikacji: 1/02/2010 Rem Skomentuj
    Znacie kogoś, kto dość regularnie zamierza się odchudzać? A może kogoś, kto co jakiś czas postanawia uprawiać jogging, zdrowo się odżywiać albo nauczyć się wreszcie hiszpańskiego? Zresztą, czy tak naprawdę musimy szukać daleko? Kiedy ostatnio nasze własne postanowienia znowu legły w gruzach?

    Bardzo możliwe, że osobiście znacie to uczucie: stoicie właśnie nad ruinami waszych zamierzeń, które jeszcze wczoraj wydawały się takie niewzruszone, patrzycie na dymiące jeszcze zgliszcza i z przygnębieniem dociera do was, że po raz kolejny się nie udało. Kolejny upadek – o jedno pudełko czekoladek za dużo, znowu nie udało się znaleźć czasu na bieganie, plany rzucania palenia legły pod naporem trudnej sytuacji w pracy albo w domu. Zaraz po uczuciu przygnębienia możecie spróbować się pocieszyć: no dobrze, od jutra znowu dieta, jak tylko się uspokoi w pracy, rzucę palenie, od przyszłego tygodnia to już na pewno biegam. I tak dalej, wciąż dalej, wciąż podobnie i z podobnym skutkiem.

    Dlaczego wciąż nam nie wychodzi? Czy to jakieś fatum ciąży nad naszymi głowami? Dlaczego zawsze, kiedy chciałem rzucać palenie, w moim życiu niemal natychmiast pojawiała się setka okoliczności, które to postanowienie torpedowały? Nagle atmosfera w firmie stawała się nie do zniesienia – jedyne ukojenie pochodziło od małego „dymka”. Niemal z dnia na dzień przybywało obowiązków – cała góra morderczej pracy, wymagającej dwudziestu papierosów dziennie.  Niekiedy zaczynał boleć ząb. A kiedy akurat nic specjalnego się nie działo i wydawało się, że nareszcie jest dobry czas na rzucanie, ni stąd ni zowąd przychodziło natchnienie i pomysł na… na przykład na napisanie świetnej powieści (było dla mnie rzeczą oczywistą, że proces twórczy wymaga naprawdę sporej ilości papierosów).

    Moja walka z nałogiem to było takie ciągłe zmaganie się z „przeciwnościami”. Jeśli wierzyć psychologom, większość z nich sam nieświadomie tworzyłem. Dlaczego? Wszystko po to, aby nie udało mi się zrealizować swojego własnego zamierzenia. Głupie, prawda? A jednak to prawda: kiedy człowiek postanawia wejść na nowe tereny (np. życie bez palenia), gdzieś w jego umyśle pojawia się niepokój, wywołany próbą opuszczenia miejsca, gdzie wszystko było stare, znajome i sprawdzone. Popielniczka w tym starym świecie to ostoja i gwarancja świętego spokoju czyli – zdaniem naszego mózgu -  szczytu wszelkiego dostępnego człowiekowi szczęścia.

    Nasze nachalne kolory przyprawiają mnie o mdłości, ale lepsze to niż, jakieś nieznane i zapewne groźne PASTELE

    Każdy z nas ma swoją własną strefę komfortu. Przebywając w niej czujemy się bezpiecznie, znajomo i po prostu dobrze. Tutaj jesteśmy „na miejscu”. Tutaj czujemy się sobą… i nawet jeżeli nie czujemy się ze sobą zbyt dobrze, to mimo wszystko wolimy to, niż cokolwiek obcego – zapewne znacznie gorszego…

    Badania nie pozostawiają wątpliwości. Przygniatająca większość ludzi jest skłonna prowadzić swój dawny tryb życia mimo świadomości, iż jest on niezdrowy, a nawet zagraża ich życiu. Mowa tu nie tylko o nałogowych palaczach czy uzależnionych od innych niebezpiecznych substancji. Może już o tym pisałem: około 90% chorych na serce po leczeniu powraca do dawnych, szkodliwych przyzwyczajeń mimo, iż mają świadomość, że może to oznaczać niemal pewny wyrok.

    Istnieje bardzo wiele wyjaśnień i odpowiedzi, dlaczego tak wiele naszych światłych zamierzeń spala na panewce. Dlaczego tak wielu z nas wciąż miota się w swoich planach, dlaczego znowu pojawia się efekt jo-jo. Moim zdaniem wszystkie te odpowiedzi można sprowadzić do tej jednej kwestii: strefa komfortu. Coś siedzącego bardzo głęboko w nas uważa, że naszej strefy komfortu należy bronić jak niepodległości – nawet za cenę życia.

    No dobrze, ale skoro tak, to co właściwie możemy zrobić? Moja odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli chcemy przeprowadzić trwałe zmiany, musimy jak najszybciej zmienić swoją strefę komfortu. Przesunąć ją i poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe zachowania i nowe źródła przyjemności.

    Jeżeli uda ci się spowodować, że pokochasz jogging – przestanie to być już tylko „zamierzenie”, a stanie się czymś wręcz pożądanym. Jeżeli naprawdę uda ci się przekonać do sałaty, kiełek i jogurtu, być może okaże się pewnego dnia, że ważysz mniej i czujesz się lepiej. Nie chodzi tu o dietę-cud, którą – ech… – musisz stosować dwa miesiące, cztery dni i jedenaście godzin, a potem – hura! – powrócić do dawnego trybu życia. Chodzi raczej o nowy sposób odżywiania: taki, który stanie się częścią ciebie.

    Sprawdziłem to dokładnie i wiem, że jedyna trwała droga wyjścia z dawnej strefy komfortu, to droga, która sama w sobie będzie dla nas atrakcyjna, droga, która prowadzi ku radości, do poczucia spełnienia i szczęścia. Brzmi nieźle, prawda?

    Jeżeli więc chcecie zrobić coś ważnego w swoim życiu, przede wszystkim zadbajcie o to, aby było to przyjemne.