Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Tracisz czy zyskujesz?

    Data publikacji: 29/09/2009 Rem Skomentuj
    Ludzi, którzy przestali palić, można podzielić na dwie grupy. Pierwsza traktuje rzucenie palenia jak zwycięstwo, zysk, coś, co w jakiś sposób wzbogaca życie. Druga grupa to ci, którzy czują, że wraz z odstawieniem papierosów coś stracili. Jak myślicie, która grupa jest liczniejsza?

    grupaTak, macie rację: zdecydowana, wręcz przygniatająca większość palących należy do grupy, dla której rzucanie palenie wiąże się z przekonaniem o jakiejś stracie – najczęściej dość dotkliwej i przykrej. Wystarczy spojrzeć na statystyki: spośród tych, którzy wytrwali miesiąc bez palenia, w ciągu pół roku „zdezerteruje” połowa, a po roku – pozostanie już tylko 35% „niko-abstynentów”. Jeżeli założymy, że po miesiącu realne przesłanki uzależnienia prawie zanikają, okaże się, że te 50-65% „dezerterów” wróciło do nałogu… nie dokładnie z powodu nałogu.

    Nieco więcej o tym będzie w następnej notce. W tym miejscu ograniczę się tylko do stwierdzenia, że podstawowym powodem powrotu do palenia (zwłaszcza po roku) jest poczucie, że odstawiając papierosy coś się traci.

    Palący jest bardzo silnie uwarunkowany na swój proceder. Nierzadko palenie jest główną treścią życia: po codzienności poruszamy się „od papierosa do papierosa”. Reszta to tylko niesympatyczne przerwy w naszym nikotynowym życiorysie… Znam to doskonale, bo tak właśnie funkcjonowałem. Za każdym razem, kiedy miałem rzucać, budził się we mnie niepokój – „zaraz wszystko stracę, dwa dni po rzuceniu palenia będę psychicznym wrakiem, życie stanie się bezbarwne, nieznośne i pozbawione sensu”. Sami pomyślcie – już nigdy, nigdy, nigdy nie zapalić? Zgroza, która zawsze budziła we mnie przerażenie.

    Dlaczego 65% rzucających, którzy wytrwali wystarczającą jak się wydaje ilość czasu, aby uwolnić się od swego nałogu, wraca do niego? Właśnie z powodu ciągłego poczucia, że coś stracili.

    Dopóki nie uda się nam przekonać, że rzucanie palenia nie jest żadną stratą, a przeciwnie – zyskiem, nie uda nam się trwale, skutecznie i bez żalu pozostać niepalącymi. Jeszcze raz, trochę inaczej:

    Dopiero, gdy w pełni poczujesz, że rzucenie palenia to zysk, szansa i rozwój, trwale i bez żalu uwolnisz się od swego nałogu.

    I ważna uwaga na koniec – nie chodzi tutaj o jakieś racjonalne przesłanki ale o emocje. Nie chodzi o chłodną kalkulację zysków czy strat, o liczenie racjonalnych korzyści związanych z rzuceniem palenia. To nie działa. Umysł zawsze przegra z sercem – że się tak lirycznie wyrażę. Jedyna skuteczna broń, to rozbudzenie w sobie mocnego przekonania, że życie „po” to nie strata, ale poprawa, nie cofnięcie się, ale krok naprzód.

    Jeśli więc jesteś „na odwyku”, zadaj sobie to dzisiejsze ważne pytanie: czy rzucenie palenia odczuwasz jako zysk czy stratę? Twoja szczera odpowiedź może być sygnałem do zmiany nastawienia. Kto wie, być może właśnie od tej odpowiedzi zależy, czy zyskasz prawdziwą wolność od nikotyny.

  • Nie pal, weź pigułkę

    Data publikacji: 22/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 7
    Być może już wkrótce rzucanie palenia będzie przypominało walkę z przeziębieniem – po wizycie u lekarza otrzymamy receptę na odpowiednie pigułki, których zażywanie dwa razy dziennie po jedzeniu szybko i bezboleśnie uwolni nas od nałogu.

    pigulki

    Jak możemy przeczytać w październikowym Focusie, prace nad taką „pigułką od uzależnień” cały czas trwają. Naukowcom udało się już dość precyzyjnie ustalić, które rejony mózgu odpowiedzialne są za powstawanie i rozwój nałogów, jednak jak dotąd nie znaleziono jeszcze skutecznego leku, który całkowicie zablokowałby i tym samym „wyłączył” nasze uzależnienia.

    Co jest odpowiedzialne za rozwój uzależnień? Tak tak, to nasza stara dobra znajoma – dopamina. Z punktu widzenia mózgu palenie papierosów jest w zasadzie tym samym, co przyjmowanie narkotyków, picie alkoholu, ale też uzależnienie od hazardu czy… chociażby Internetu. Mechanizm napędzający uzależnienia to znany nam mechanizm nagrody – zażywamy określone środki psychoaktywne albo wykonujemy określone czynności po to, aby otrzymać nagrodę – uczucie satysfakcji, szczęścia, a nawet euforii – wywoływane przez dopaminę.

    dr Nora Volkow

    Uzależnienia są łudząco podobne w swoim wymiarze fizjologicznym – twierdzi coraz więcej naukowców i lekarzy. Uzależnienie powstaje na skutek zmian w mózgu, które prowadzą do zaburzeń zachowania – mówi dr Nora Volkow kierująca National Institute on Drug Abuse. Chodzi o to, że nienaturalnie wysoki poziom dopaminy wyłącza jej naturalną produkcję – aby więc nadal otrzymywać kolejne dawki tego neuroprzekaźnika, musimy wciąż sięgać po substancję  lub czynność związaną z nałogiem, uzależniając się od nich.

    Brzmi to wszystko bardzo prosto, jednak stanowi coraz większy problem społeczny. Nie mówię nawet o wymiarze osobistym, ludzkim – nie trzeba chyba rozpisywać się nad ilością dramatów, jakich przyczyną było i jest bardzo wiele nałogów. W obecnych czasach liczba uzależnionych zamiast maleć, wzrasta w zastraszającym tempie. Wprawdzie ilość rzucających palenie stopniowo wzrasta, jednak pojawiają się wciąż nowe uzależnienia – chociażby od gier komputerowych.

    Wracamy jednak do tabletki „od palenia”. Wieloletnie badania i obserwacje potwierdziły skuteczność niektórych substancji w walce z nałogami. Inne wciąż się testuje – poszukując bardzo zaawansowanych środków, które precyzyjnie blokowałyby dopaminę – nie narażając nas jednak na zbytnie obniżenie jej poziomu – co może być równie niebezpieczne, jak jej nadmiar.

    Jeżeli szukacie jakichś konkluzji do dzisiejszej notki, wydają się oczywiste. Już nie raz mówiłem o istocie uzależnień, o funkcjonowaniu naszego mózgu czy  „ścieżek dopaminowych”. Przez długie lata trwała debata czy uzależnienie traktować jako chorobę psychiczną czy fizyczną. Dr Nora Volkow mówi, że jest to o tyle bezsensowne, gdyż choroba psychiczna rodzi się w organizmie – w mózgu. Najważniejsza jest tutaj jednak prawda, że uzależnienie jest po prostu chorobą.

    Jak twierdzi dr Volkow: Dzięki postępom w terapiach lekowych oraz behawioralnych już wkrótce uzależnienie będzie traktowane jako przewlekła, uleczalna choroba. Pani doktor nie jest w swoich opiniach specjalistą odosobnionym. Obecnie tak uważa znakomita większość ekspertów zajmujących się uzależnieniami.

  • Notka prywatna, pochwalna

    Data publikacji: 21/09/2009 Rem Skomentuj
    Dziś nietypowo, ale właśnie otrzymałem e-maila od życzliwego kolegi, który donosi – co przekazuję. Bardzo kreatywni koledzy z zaprzyjaźnionej agencji reklamowej znowu na chwilę odrywają się od GRP, CPP, CPT i tak dalej, aby zaczerpnąć świeżego powietrza szeroko rozumianej sztuki :-)

    Najnowsze dzieło chłopaków – z którymi miałem okazję i przyjemność parę razy popracować – inspirująco oszczędnie zilustrowana Betty Be:

    Wciąż jednak moim numerem jeden jest niezrównana piosenka Iwony, ujęta w klip tak (pozornie) oderwany od treści, jak to tylko możliwe – dzięki czemu zyskujemy pewność, że inaczej się tego utworu opowiedzieć nie da:

    Skąd oni biorą pomysły? I kto pchał Transportera, czy miał ów ktoś cokolwiek wspólnego z długim szalikiem?

  • W obronie e-papierosa

    Data publikacji: 16/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 12
    Dziś internetowe media obiegła wieść, podana za „Dziennikiem Gazetą Prawną”, o planach Ministerstwa Zdrowia, które chce zdelegalizować w Polsce e-papierosy. W pierwszej chwili uważałem, że wystarczy odpowiednia notatka na moim mikroblogu, jednak po głębszym zastanowieniu postanowiłem zabrać w tej sprawie głos.

    epapieros2Mój opis e-papierosa („Palenie 2.0„) przeczytało kilka tysięcy osób i chociażby dlatego czuję się trochę wywołany do tablicy. Wprawdzie nie jestem jakimś tam zdecydowanym zwolennikiem czy orędownikiem elektronicznego papierosa, jednak decyzja resortu zdrowia wydała mi się tak absurdalna, że w pierwszej chwili zaniemówiłem.

    Brak badań

    Co takiego złego dostrzegli ministerialni urzędnicy w inhalatorach nikotyny przypominających kształtem tradycyjnego papierosa? Pierwszy zarzut to – powtarzając za „Dziennikiem” – brak odpowiednich badań. Tutaj się zgodzę – rzeczywiście brak jest obecnie jakichś systematycznych, naukowych opracowań na ten temat, jednak nie zapominajmy alternatywą czego jest elektroniczny papieros. To przecież nie jest zamiennik mlecznych batoników dla dzieci, ale alternatywa dla używki, która jest obecnie największym masowym zabójcą na świecie!

    Być może e-papieros nie jest w pełni bezpieczny (brak badań…), niemniej na pewno jest wielokrotnie mniej toksyczny od papierosów tradycyjnych. Zanim zostaną przeprowadzone odpowiednie badania, może upłynąć jeszcze kilka lat. Jak wielu jest palaczy, którzy już dziś skłonni byliby przesiąść się na zdrowszą alternatywę, a jednocześnie z różnych względów nie chcą lub nie potrafią przyjmować nikotyny przy pomocy gum, cukierków czy plasterków? Wszyscy oni mogliby dzięki e-papierosowi uchronić się od wielu groźnych chorób. Kto wie, być może delegalizując e-papierosy Ministerstwo Zdrowia skazuje na śmierć setki palaczy. Panowie urzędnicy – weźmiecie to na swoje sumienie?

    E-papieros uzależnia?

    Drugi argument jest po prostu absurdalny: Przyjmowanie niekontrolowanych dawek nikotyny grozi uzależnieniem od tego alkaloidu, a nawet przedawkowaniem – wyjaśniał Piotr Olechno, rzecznik ministerstwa. Jak mamy to rozumieć? Że „nieuzależnieni” palacze nagle się uzależnią? Kto jest gotów wydać 150-400 zł na urządzenie, które jest bardziej uciążliwe od zwykłych papierosów (ciężkie, o posmaku plastiku, należy pamiętać o wkładach, naładowaniu baterii itd) i nawet nie jest modne, cool, jazzy i tak dalej? Nie oszukujmy się, obecnie z e-papierosem znacznie więcej jest kłopotów niż z papierosami tradycyjnymi. Te ostatnie można kupić niemal wszędzie, wciąż w naszym społeczeństwie – szczególnie wśród młodych – uchodzą za symbol niezależności, twardości i odwagi. Dla tej grupy ludzi e-papierosy to wręcz obciach, głupota.

    Kto kupuje to drogie urządzenie?

    Kto kupuje to dość drogie urządzenie?

    Kto zatem kupuje to dość drogie urządzenie? Śmiem twierdzić, że ci, którzy są już uzależnieni. Ci, którzy boją się o swoje zdrowie i z tego względu szukają bezpieczniejszej alternatywy dla tytoniu. Twierdzenie, że zakaz sprzedaży e-papierosów powodowany jest niebezpieczeństwem uzależnienia wydaje się więc potwornie wyrachowany, wręcz cyniczny.

    Przedawkujesz?

    Ostatnią kwestią (po braku badań i groźbie uzależnienia)  jest niebezpieczeństwo przedawkowania. W tym miejscu przypomina mi się znamienna scena z filmu „Dziękujemy za palenie”, kiedy główny bohater, rzecznik prasowy koncernu tytoniowego, zostaje przez działaczy ruchu antynikotynowego  oblepiony plasterkami (przeżywa tylko dlatego, że jako były palacz ma zwiększoną tolerancję na nikotynę). Plasterki omal go nie zabiły!

    Przedawkować można wszystko. W myśl zasady przyświecającej orędownikom zakazu e-papierosa, alkohol i papierosy powinny być reglamentowane, słone przekąski lub słodkie czekoladki ściśle ewidencjonowane. Idźmy dalej – noże kuchenne powinny być dozwolone od lat 18, zaś aby nabyć młotek lub śrubokręt, należałoby mieć certyfikat Instytutu im. Adama Słodowego… Naprawdę… nie popadajmy w paranoję.

    Owszem, kiedy mój przyjaciel kupował buteleczkę z olejkiem nasączonym czystą nikotyną (służącego do „ładowania” e-papierosa), obaj uświadomiliśmy sobie, że wypicie tych 10 ml płynu prawdopodobnie spowodowałoby ciężkie zatrucie lub śmierć. Ale przecież wystarczy to ucywilizować (niechby te buteleczki były zakazane) – przecież są w sprzedaży również gotowe wymienne wkłady, których przedawkować niemal nie sposób. Dlaczego? Dokładnie z tego samego powodu, z którego ludzie zazwyczaj nie przedawkowują papierosów tradycyjnych: po pewnym czasie człowiekowi robi się po prostu niedobrze, ma mdłości i serdeczny dość palenia. Tak to działa.

    Kto za tym stoi?

    „Dziennik Gazeta Prawna” przypuszcza, za Markiem Bernetem z Njoy Polska, że za całą sprawą stoi lobby gum i plasterków, a być może też samych koncernów tytoniowych. Trudno mi się tutaj ustosunkowywać, niemniej zastanawiająca jest determinacja naszego resortu zdrowia. Komu najbardziej zależy na delegalizacji e-papierosów? Z pewnością największe zagrożenie mogą tu odczuwać producenci wspomnianych gum czy plasterków. Jeżeli bowiem zniknie lub znacznie zmniejszy się  poczucie zagrożenia zdrowia (najprawdopodobniej palenie 2.0 nie powoduje raka), palacze zamiast trudów rzucania palenia (chociażby przy pomocy Nikotynowej Terapii Zastępczej) po prostu wybiorą papierosy elektroniczne. Koncerny tytoniowe chyba jeszcze nie odczuwają zagrożenia – wciąż jeszcze e-papieros to niewielka nisza – mimo, że dość szybko rosnąca w siłę.

    Gdyby się nad tym wszystkim głęboko zastanowić, dochodzimy do wniosków mało pokrzepiających: papierosy tradycyjne można kupić w prawie każdym sklepie spożywczym czy kiosku. Preparaty nikotynowe – już tylko w aptekach. Natomiast e-papieros być może zostanie w ogóle wyeliminowany. Czy potraficie to zrozumieć?

    Owszem, należy informować społeczeństwo, że e-papieros to urządzenie jeszcze nie przebadane, jeszcze nie uznane za w pełni bezpieczne. Należy robić wszystko, aby nie powtórzyła się zbrodnia nazywana „lekkimi papierosami” – kiedy to koncerny wmawiały palącym, że „lighty” szkodzą znacznie mniej (a jak się okazało, szkodzą tak samo).

    Jeżeli Ministerstwo Zdrowia rzeczywiście dba o nasze zdrowie – niech zmusi dystrybutorów e-papierosów do opatrzenia pudełeczek z urządzeniem stosowną informacją (analogicznie do papierosów tradycyjnych) – np.: „Ministerstwo Zdrowia ostrzega, że używanie e-papierosa z nikotyną uzależnia i MOŻE być niebezpieczne dla zdrowia”

    Czy to nie wystarczy?

    Więcej e-papierosach na Nowym Smaku Życia:
    e-papieros czyli palenie 2.0

    e-papieros: wszyscy rzucicie palenie

    e-papierosy – ostatnie starcie

  • Całe to ględzenie o rzucaniu

    Data publikacji: 10/09/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    bulbcrazyByć może słyszeliście stary żart: ilu psychologów potrzeba, aby wymienić żarówkę? Odpowiedź jest prosta: wystarczy jeden pod warunkiem, że żarówka jest gotowa na zmianę.

    Najlepsze w tym smacznym dowcipie jest to, że zawiera on żywą prawdę o psychoterapiach, rozwoju osobistym czy chociażby walce z uzależnieniami i złymi nawykami. Wszelkie trwałe i pozytywne zmiany możemy osiągnąć tylko wtedy, kiedy rzeczywiście tego chcemy, kiedy jesteśmy na to gotowi, a najlepiej, kiedy tego pragniemy – niemal pożądamy. Jest to tak oczywiste, że chyba nikt tego nie kwestionuje.

    Zazwyczaj nie ma sensu przekonywać nieprzekonanych. Być może jedyne, co warto w takiej sytuacji zrobić, to przedstawić rozmówcy czyste fakty i liczyć, że do niego przemówią. Jeśli nie teraz, to może w przyszłości.

    Z drugiej strony – czy fakty mogą w ogóle przekonać palacza do rzucenia palenia? Zawsze (jak dotąd naprawdę za każdym razem), kiedy rozmawiam z osobą palącą, osoba ta instynktownie ucieka od faktów. Stara się je podważyć albo zbagatelizować. Zresztą, co tu daleko szukać – kiedy jeszcze paliłem, sam zachowywałem się identycznie. Pierwszą książkę o rzucaniu palenia przeczytałem dopiero jakieś dwa miesiące po rzuceniu palenia. Wcześniej na samą myśl o takich pozycjach czułem się nieswojo, a gdzieś na obrzeżach psychiki czaił się narastający niepokój, żeby nie powiedzieć panika.

    Nie chcę tego słuchać... To jakis antynikotynowy blitzkireg?

    To jakiś antynikotynowy blitzkireg?

    Czy warto więc „ględzić” palaczom o paleniu? Na pewno warto robić to z umiarem, bez zabarwienia emocjonalnego. Wierzcie mi, kochani niepalący, palacz ma wystarczająco dużo własnych problemów czy wątpliwości – nie potrzebna jest mu wasza zajadłość, mentorski ton i nieustanne pouczanie. Nie ma nic gorszego niż wojujący misjonarz niepalenia, który za punkt honoru wziął sobie dopaść palacza i przyszpilić go.

    Palacz to osoba przebiegła i sprytna – misjonarz niepalenia wie o tym doskonale i dlatego uderza znienacka – w celu zapędzenia delikwenta w kozi róg i zmuszenia go do zrobienia kilku wolnych od dymu wdechów. Podczas robienia tych wdechów wraz z zabójczo czystym powietrzem misjonarz wsącza do organizmu palacza niepokojące treści antynikotynowe. Szybko, sprawnie, bezlitośnie. Wszystko fajnie, ale czy taki misjonarski Blitzkrieg ma w ogóle sens?

    Nie zapominajcie – żarówka musi być gotowa na zmianę. Inaczej można ją tylko spalić.

  • Magia słowa zapisanego

    Data publikacji: 7/09/2009 Rem Skomentuj

    pioro_old

    W niedawnej rozmowie na temat papierosów mój rozmówca zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w rzucaniu palenia. Odparłem, że najważniejszy jest zeszyt 64 kartkowy w kratkę. Wywołało to oczywistą wesołość pytającego, który zdążył jeszcze błyskotliwie zapytać – dlaczego akurat w kratkę?

    Wbrew pozorom moja odpowiedź nie była tylko żartobliwą uwagą obliczoną na rozbawienie słuchacza. Tak naprawdę u jej podstaw leży prastara prawda: słowo pisane ma wielką moc. Wiemy o tym wszyscy, znamy moc oddziaływania wielkich dzieł literackich czy też ważnych tekstów natury politycznej, społecznej itd, które niejednokrotnie zmieniały historię świata. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że słowo pisane ma wielką siłę również na naszym własnym poletku, na gruncie osobistym – ma ono zdolność dokonywania wielkich przemian w naszym życiu.

    Być może spotkaliście się już z taką radą: jeśli chcesz coś osiągnąć, zapisz to. Stwórz na papierze swój własny plan zrealizowania dowolnego celu, a znacznie podniesiesz prawdopodobieństwo, że ci się powiedzie. Z podobnymi radami spotykamy się niemal w każdej publikacji dotyczącej rozwoju osobistego czy osiągania sukcesów.

    pisak_wezel

    Większość osób nigdy niczego nie planuje...

    Człowiek, który chce coś osiągnąć, musi przede wszystkim wiedzieć, czego chce. Bez tego trudno jest w ogóle myśleć o jakichkolwiek efektach. Większość ludzi nigdy niczego nie planuje, a tym bardziej nie zapisuje żadnych celów do zrealizowania. Szczytem planowania dla większości z nas jest lista zakupów do supermarketu, zaś nasz najbliższy tydzień kształtujemy głównie w oparciu o tygodniowy program telewizyjny. (Dlatego razem z żoną nazywamy go żartobliwie Przewodnikiem Po Życiu. W każdy piątek pytamy siebie nawzajem „Czy kupiłeś Przewodnik Po Życiu? Jeśli nie, to zrób to, bo cały tydzień będziemy błądzili.” Oboje się z tego śmiejemy, tym bardziej, że telewizji praktycznie w ogóle nie oglądamy.)

    Słowo zapisane – czyli to wszystko, co własnoręcznie kreślimy na kartce papieru, w zeszycie, a może na blogu? – pozwala nam sprecyzować cel, pomaga w zrobieniu planu jego realizacji, a także – co równie ważne – pozwala nam na przyjrzenie się nam samym z pewnego dystansu – z którego czasem widać znacznie więcej. Pisanie pozwala uporządkować myśli, sprawdzić, gdzie się aktualnie znajdujemy (czy jesteśmy na drodze realizacji naszych zamierzeń, czy też z niej zbaczamy). Prowadzenie swego rodzaju „Dziennika Projektu” w sposób niezauważalny dyscyplinuje nas i dopinguje do dalszej pracy.

    Nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym sam nie przeszedł tej drogi i nie przekonał się o sile słów zapisywanych. Kiedy rzucałem palenie, zacząłem prowadzić bloga. Dziś widzę to już z pewnego dystansu i wiem, że pisanie pomagało mi przetrwać chwile zwątpienia, a przede wszystkim dawało mi potężną dawkę energii. Mój blog – zwłaszcza w pierwszych dniach od odstawienia papierosów – był moim najlepszym przyjacielem.

    Pisanie „Dziennika Projektu” (czy też „Dziennika Celu”) pomoże osobom palącym poznać swoją własną motywację, największe przeszkody w uwolnieniu się od nałogu czy wreszcie opracować swoją indywidualną ścieżkę. Z kolei osoby już „po rzuceniu”, ale jeszcze wciąż narażone na „nawrót” – w swoim „Dzienniku” niejednokrotnie znajdą potężne oparcie i pomoc.

    Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsza porada nie każdemu przypadnie do gustu. Nie każdy ma potrzebę pisania czegokolwiek. Często odczuwamy jakiś wewnętrzny opór, czując, że nie umiemy zbyt dobrze pisać. Nie chcę w tym miejscu przekonywać, że każdy może, każdy potrafi i tak dalej. Jeżeli spróbujecie – macie szanse osobiście przekonać się, jak wiele może zdziałać słowo zapisane. To jest jednak wasz wybór, zwłaszcza, że pisanie to, rzecz jasna, nie jedyna metoda na poprawę własnego życia…

  • Jak rzucałem palenie…

    Data publikacji: 4/09/2009 Rem 1 komentarz
    W ostatniej notce próbowałem przypomnieć sobie smak mojego ostatniego papierosa. I chociaż starałem się, nic z tego nie wyszło – nie zapamiętałem jego smaku, gdyż byłem za bardzo przejęty moją nową rolą: oto nareszcie byłem niepalący, w dodatku czułem, że tym razem naprawdę mi się uda. Praktycznie żyłem tylko i wyłącznie tym, że już nie palę.
    kajdany

    Naprawdę tym żyłem. W tamtym czasie była to jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Niepaleniu podporządkowałem praktycznie wszystkie inne sprawy. Nic nie liczyło się bardziej. Byłem skupiony tylko i wyłącznie na swoim celu – być osobą niepalącą.

    Wbrew zaleceniom wielu psychologów i terapeutów nie uciekałem myślami od papierosów. Gdzieś wewnątrz czułem, że byłoby to tylko oszukiwanie samego siebie. Próbowanie nie myślenia o papierosach i zajęcia się w tym czasie czymś innym świetnie brzmiało w teorii, jednak w praktyce o papierosach myślałem bez przerwy. Instynktownie czułem, że kiedy będę próbował zwalczyć te myśli – one powrócą ze zdwojoną siłą.

    Spróbowałem innej taktyki – postanowiłem swoje myśli o paleniu oswoić. Każdą taką myśl cierpliwie filtrowałem przez swoje własne postanowienie, starając się myśleć, jakbym był już osobą niepalącą – „ocho, oto myśl o paleniu – gdybym był palący, pewnie teraz bym nerwowo sięgał po papierosy”.

    Starałem się każdą myśl o papierosach tak sformułować, jakby pochodziła ona od kogoś, kto już pokonał nałóg i jest wolny. „Zaraz, zaraz, a co bym pomyślał, gdybym już był po całej batalii o niepalenie?”

    Każdą niesforną myśl czy impuls do zapalenia starałem się „przytrzymać” na tyle długo, aby przestały być odruchem. Kiedy mijał pierwszy impuls, szybko odzyskiwałem kontrolę i spokój ducha – co dawało jeszcze większe poczucie siły. Kurczę, ja naprawdę potrafię oprzeć się odruchowi – powtarzałem sobie i cieszyłem się z tego jak dziecko.  Od tak długiego czasu pragnąłem być niepalący, że kiedy wreszcie odstawiłem papierosy, dosłownie smakowałem każdą chwilę bez palenia. Czułem, że jeszcze nie do końca jestem niepalący – ale postanowiłem zachowywać się tak, jakbym nie palił już od co najmniej kilku lat.

    Nie uciekałem też od widoku papierosów, czy osób palących. Przeciwnie – bezwstydnie i z premedytacją wykorzystywałem widok palaczy do własnych celów – do podniesienia się na duchu. Oni wszyscy wciąż palili, ciągle uwikłani byli w nałóg, z którego nie potrafili wyjść. Czułem się lepszy, czułem się silniejszy, czułem się po prostu wspaniale.

    Nie wiem ile w tym wszystkim było gry aktorskiej i zwyczajnego wmawiania sobie pewnych rzeczy. Ważne, że poskutkowało. I chociaż moje poczucie wyższości nad palaczami z pewnością nie należało do uczuć pięknych – było mi wtedy potrzebne.

    Wtedy wiedziałem jedno – muszę zrobić absolutnie wszystko, aby nie zapalić papierosa. Absolutnie wszystko i tylko tyle – nie trzeba robić nic więcej.