Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Uważność

    Data publikacji: 30/07/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    Ostatnio pisałem o „świadomym paleniu”, które przełamuje nieco automatyzm nałogu. Sam stosowałem ten sposób  i myślę, że w pewnym stopniu przyczynił się do mojego sukcesu. Nie zastanawiałem się wtedy, czy jest to jakaś określona, opisana i nazwana technika. Po prostu obserwowałem siebie samego tak, jakbym był swoim własnym widzem.

    medytacjaW czasie, kiedy stosowałem „świadome palenie” nie myślałem o tym, że korzysta ono z pradawnej techniki, wywodzącej się z buddyzmu, na Zachodzie znanej obecnie jako uważność (z ang. mindfulness). Bardzo dawno temu interesowałem się buddyzmem i najwyraźniej koncepcja „świadomego palenia” narodziła się we mnie jako odległe echo dawnych lektur i rozmyślań.

    Uważność jest to dość prosta metoda na rozładowanie stresu, poczucie odprężenia, ale przede wszystkim na spojrzenie na sprawy w nieco innym świetle. Uważność nie wymaga jakichś szczególnych zabiegów czy technik koncentracji bądź medytacji. W najprostszym – i chyba najtrafniejszym – rozumieniu jest to po prostu skierowanie uwagi na chwilę bieżącą, „zauważenie” samego siebie i najbliższego otoczenia „takim, jakie ono jest”. Bez oceniania, bez prób wyjaśniania czegokolwiek czy komentowania. Ograniczamy się tylko do swego rodzaju życzliwej obserwacji.

    W ostatnim tygodniu bywałem turystą. Spacerując po leniwych plażach Jastarni chłonąłem widoki i swoją tam obecność, coraz wyraźniej czując, jak teraźniejszość wypiera wszelkie myśli o przyszłości, zaś codzienne troski stają się jakby mniej ważne. Podobnie w Gdyni, Sopocie, czy na Helu – wszędzie tam byłem turystą, którego nie dotyczyły problemy dnia powszedniego.

    A gdyby tak pozostać turystą również po powrocie do domu? Czyż nie jest to kuszące? Tylko pozornie wydaje się to głupie i niemożliwe. Tak naprawdę chodzi przecież o zachowanie pewnej specyficznej postawy wobec świata. Turysta to ktoś, kto jest przejazdem. Nie zajmuje się zbyt mocno kłopotami tak zwanej codzienności. Nie angażuje się zbyt mocno w bieżące wydarzenia, bo wie, że jest tu tylko przez chwilę. Turysta jest zrelaksowany, raczej optymistyczny i nie przywiązuje wagi do drobiazgów. Wie, że nie ma zbyt dużo czasu, więc stara się go wykorzystać jak najlepiej – chłonie świat (zwiedza), zachwyca się rzeczami, które dla miejscowych są zwykłe i nudne, jest kimś, kto chwyta chwilę i nie przejmuje się tak zwanym szarym życiem.

    Wiele lat temu spacerowałem ulicami swojego rodzinnego miasta wyobrażajac sobie, że jestem turystą. Zacząłem na nowo przyglądać się ulicom, domom, wszystkim tym miejscom, które znałem od lat. Próbowałem na wszystko spoglądać oczami kogoś, kto widzi to pierwszy raz. Powiem wam, że było to niezwykłe doświadczenie – nagle dostrzegłem jakby więcej. Widziałem siebie w zupełnie obcym, choć przecież własnym mieście. Patrzyłem na rzeczy, ludzi i miejsca bez osądzania, za to z ciekawością (byłem przecież turystą w obcym kraju). Stąpałem po ziemi celebrując samo stąpanie. Czułem się realną, rzeczywistą, istniejącą tu i teraz cząstką otoczenia.

    Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie praktykuję uważność – esencję świadomego życia.

  • Drugi Pozytywny Krok

    Data publikacji: 19/07/2009 Rem Skomentuj
    Większość naszego życia spędzamy na wykonywaniu czynności mniej lub bardziej automatycznych, nie zastanawiając się specjalnie nad tym, dlaczego je wykonujemy. Zazwyczaj nie ma takiej potrzeby – co tu rozwodzić się nad wypiciem porannej kawy czy robieniem zakupów? Poruszamy się w znajomym świecie, pełnym utartych dróg i schematów, gdzie nasze przyzwyczajenia, nawyki i wzorce zachowań świetnie się czują. Rzecz jasna dotyczy to również palenia, które dość szybko staje się dla palacza czymś oczywistym.

    Każdy palacz o dość długim stażu właściwie zapomina, jak to jest być niepalącym. Nałóg szybko staje się integralną częścią życia i przestajemy się nad nim rozwodzić. Przynajmniej do czasu, kiedy zaczynamy zauważać negatywne skutki palenia albo gdy coraz częściej zaczynamy uświadamiać sobie zagrożenia, jakie palenie niesie. Niestety, kiedy przychodzą pierwsze refleksje i myśli o rzucaniu, palący jest już od dawna w szponach uzależnienia. Mówiąc obrazowo – budzisz się zlany potem i wtedy okazuje się, że senny koszmar trwa nadal.

    Pierwszy Pozytywny Krok wykonuje osoba, która z takich, czy innych względów postanawia wyrwać się z uzależnienia. Mniejsza tu o motywację – istotą jest szczerość pragnienia, autentyczna chęć powrotu do nie palenia. Palacz nie udaje się przecież w nieznane, a jedynie wraca do stanu naturalnego, do miejsca, w którym już kiedyś był.

    Krok Drugi to „rozpoznanie wroga”. Najkrócej mówiąc – chodzi o świadomość własnego nałogu. Teraz, kiedy już wiesz, że chcesz stać się osobą niepalącą, spróbuj spojrzeć na własny nałóg bez emocji. Czym jest palenie? Jakie są przyczyny ciągłego sięgania po papierosa, mimo świadomości, że nie jest to najszczęśliwsza czynność? Kilka razy już o tym pisałem na blogu. Palenie wynika z uzależnienia od nikotyny i to jest podstawowa przyczyna.  Palenie nie jest czymś złym – jest po prostu zaburzeniem, czymś co nam się przytrafiło bez udziału naszej woli. Nikt nie sięga po pierwszego w życiu papierosa z myślą: „Będę palił następne 20 lat, zniszczę sobie zdrowie i wydam na to kilkadziesiąt tysięcy złotych”. Sięgamy z ciekawości, aby poczuć się twardzielami, zaimponować – w zasadzie nikt nie pali tego pierwszego papierosa, aby zlikwidować stres. Pierwszy papieros wywołuje napad kaszlu, bardzo często mdłości. Bardziej kojarzy się on z przekraczaniem pewnej bariery, swego rodzaju „próbą” – jak zjedzenie łyżki musztardy, staje się inicjacją, przepustką do twardego świata. Jeśli przetrwasz mdłości, okażesz siłę woli i hart ducha. Jesteś swój.

    Nikotyna bardzo szybko uzależnia. Znacznie szybciej niż wiele „twardych” narkotyków. Często, kiedy kończy się „próba”, kiedy już młody człowiek udowodni rówieśnikom, że co to dla niego taki papieros – jest już za późno. Mógłby teraz wprawdzie udowodnić, że potrafi nie palić, ale… okazuje się to ponad jego siły. Jest uzależniony.

    „Rozpoznanie wroga” to nie tylko wiedza, czym jest nikotyna, nałóg i uzależnienie. Chciałbym wam zaproponować „świadome palenie”. Spróbujcie być świadomi tego co robicie, wbrew automatyzmowi, o którym pisałem na początku. Spróbujcie przełamać ten automatyzm, wsadzić szprychę w koło wciąż powtarzanych schematów. Starajcie się obserwować swoje własne reakcje, może podglądać reakcje innych palaczy? Dlaczego palą? Czy jest to przyjemne? Czy zawsze przyjemne? Czy jest to wyraz wolnej woli? Spróbujcie zauważać, że właśnie palicie. Spróbujcie zobaczyć każdy ten moment, kiedy sięgacie po papierosa.

    Możecie też zastosować pewną technikę, którą nazwałem „przeniesieniem” papierosa. Najkrócej mówiąc chodzi o chwilowe wstrzymanie się od zapalenia – kiedy nadchodzi chętka na puszczenie dymka, wyjmujemy papierosa, ale nie zapalamy od razu. Trzymamy go w dłoni, odczekując minutę czy dwie. Może dłużej. Tyle, ile uznacie za stosowne. Starajcie się palić świadomie. Starajcie się palić wtedy, kiedy WY na to pozwolicie. Zyskajcie poczucie pewnej kontroli nad nałogiem. Nie musicie się ograniczać i poświęcać. Najważniejsze jest w tej technice podejście pozytywne, niemal radosne – takie zadziwienie: kurczę, ja naprawdę nie muszę zapalać od razu, na rozkaz papierosa. To JA decyduję. Chwilowo pozwalam sobie palić, ale już teraz pokazuję kto tu rządzi.

    Ja sam czasem „przenosiłem” papierosa kilka minut, a czasem godzinę czy dwie. Zawsze jednak starałem się mieć poczucie, że to ja decyduję. Nie chodziło tu jednak o jakieś wyrzeczenia, a raczej… hm… taką zabawę z własnym nałogiem.

    Misie jadą nad morze

    Misie jadą nad morze

    Spróbujcie być świadomymi palaczami. Zobaczycie, że z czasem zmieni się wasze podejście do papierosów. Palcie świadomie!

    Ja tymczasem już za chwilę zostanę świadomym wczasowiczem.

    Ponieważ okazało się, że moja rodzina cały czas pamięta obietnicę, że pojedziemy nad morze, którą złożyłem jakieś trzysta dni temu, nie pozostaje mi nic innego jak tymczasowo pożegnać Was i udać się w rejony jakiegoś seasidu.

    Papa, blogu, do zobaczenia. Na parkingu stoi wyładowany samochód, załoga w klapkach, kąpielówkach i… niestety parasolach, czeka już na mnie. Zamykam więc Nowy Smak Życia na jakiś tydzień – może z hakiem – i życzę wszystkim spokojnych dni. Co jakiś czas Blipnę o tym, co u mnie. Do zobaczenia.

  • Ostatni dzień

    Data publikacji: 17/07/2009 Rem Skomentuj
    Ostatni dzień przed urlopem zazwyczaj wygląda tak, że otrzymujesz milion pięćset „drobnych” zadań, których realizacja w normalnych warunkach zajęłaby ci dwa miesiące wytężonej pracy. Ostatni dzień przed urlopem to przecież ostatni dzień, w którym twój szef może jeszcze trochę porządzić. Oczywiście złośliwie przypomina sobie wtedy o wszystkich zaległych sprawach, nawet tych sprzed siedmiu lat, zdałoby się całkiem zapomnianych.

    No ale uff, udało się, czmychnąłem z biura i na wszelki wypadek się nie oglądałem. Przede mną kilka dni absolutnej wolności od spraw przyziemnych. Ze spraw ponadczasowych – zakończę jeszcze pierwszy szlif metody 5 Pozytywnych Kroków – bo tak właśnie nazwałem sposób wyjścia z nałogu, jaki sam przeszedłem – i zaraz potem znikam z miasta. Na komórkę nagrałem monotonne „Nie ma takiego numeru, po sygnale odłóż słuchawkę” więc nawet nie próbujcie dzwonić.

    Krótko mówiąc – mam już urlop w robocie, ale jeszcze mnóstwo pracy dla was. Opisywanie Pięciu Pozytywnych Kroków przedłużyło się niemiłosiernie. Czas najwyższy pokazać go światu. Być może nie każdemu przypadnie do gustu moja metoda, ale przyznacie, że przynajmniej nazwa jest fajna.

    Tymczasem oprócz zwykłej letniej radości mamy też chwile zwolnienia tempa i zadumy. Ostatnie dni przyniosły nam smutne informacje o odejściu dwóch wybitnych Polaków: zaledwie trzy dni temu żegnaliśmy Zbigniewa Zapasiewicza, dziś odszedł Leszek Kołakowski. Obaj kierowali się w życiu pasją – to co robili, wynikało z zamiłowania, zaangażowania oraz wiary, że warto wznosić się ponad przeciętność. Każdy z nich w swojej pracy osiągnął pewien szczyt, mistrzostwo. Obaj byli wartościowymi ludźmi, takimi, których odejście wywołuje uczucie żalu i głębokiej straty.

    W ostatnich dniach świat stał się trochę uboższy.

  • Ogłaszam nabór cudów

    Data publikacji: 15/07/2009 Rem Skomentuj
    W oczekiwaniu na mordercze klucze francuskie i śrubokręty z nieba, spędzam czas na bezproduktywnym rozważaniu, czy w takiej sytuacji warto ślęczeć nad notką blogową. Nigdy nie wiadomo, w co takie spadające wkrętaki trafią. Skoro australijski motyl machając skrzydełkami może wywołać huragan na Karaibach, to co potrafi taki kosmiczny zestaw hydraulika? Z drugiej strony koniec świata planowany jest za 1285 dni i dwanaście godzin z hakiem – licząc od chwili, kiedy piszę te słowa – to może jednak warto podjąć trud i zachęcić Was do wytropienia kilku cudów.

    Cudów nigdy dosyćCudów nigdy dosyć. Pomagają nam wierzyć, że istnieje coś więcej, niż tylko bio-zupa otaczająca trzecią i w dodatku małą planetę marginalnego układu planetarnego stosunkowo niewielkiej galaktyki. Być może lustro to nie tylko tafla gładkiego, srebrzonego szkła, zaś nora królika naprawdę kryje w sobie tajemnicę. Bez tej wiary, ograniczając nasze życie do sfery czysto biologicznej, technicznej i fizycznej, stracilibyśmy chyba jakąś ważną cząstkę siebie. Wymiar duchowy, emocjonalny i psychiczny człowieka zawiera w sobie coś więcej, niż tylko instrukcje obsługi bio-maszyny.

    Cuda się zdarzają. Codziennie. Obok nas. Przytrafiają się naszym znajomym, naszej rodzinie i nam samym. Nie chodzi mi tutaj o cuda typowo religijne – ale o te wszystkie niesamowite zdarzenia, jakie często staramy się wyjaśnić mówiąc: co za niesamowity zbieg okoliczności. Traf chciał. Ale czad, widziałeś to?

    Cuda takie nazywałem dotychczas „małymi”, ale nie była to najszczęśliwsza nazwa, gdyż zawierała w sobie wartościujące założenie, że takie cuda nie mogą być „wielkie”. A przecież mogą. Przypadki uzdrowień z nieuleczalnych, śmiertelnych chorób to nie są przecież jakieś małe, drobne wydarzenia. To coś niezwykłego, coś ważnego i naprawdę wielkiego.

    Przyznaję się – jestem zbieraczem cudów. Uwielbiam o nich czytać. Szukam ich i zawsze wprawiają mnie w niezwykły nastrój – zazwyczaj są to wydarzenia i sytuacje, które dodają wiary i nadziei, w jakiś sposób odmieniając świat. Wiem, najczęściej w malutkim stopniu – a jednak każda taka cegiełka to element czegoś ważnego i dobrego.

    Z pewnością każdy z was zna jakiś taki mniejszy lub większy cud… hm.. miejski. Tak właśnie go nazwijmy – cud miejski.

    Proszę, nie pomylcie jednak cudu miejskiego z legendą miejską. Niech to będą cuda z pierwszej, a najdalej z drugiej ręki – sprawdzone, prawdziwe, żadne tam „zasłyszane”. Niech to będą Wasze proste opowieści. Wystarczy kliknąć na ikonkę koperty w prawym górnym rogu bloga – i wysłać do mnie e-maila (no chyba, że ktoś woli w komentarzu).

    Piszcie, ja zaś umieszczę Wasze cuda na Nowym Smaku Życia. Razem stworzymy Wielką Księgę Cudów Miejskich. Podzielmy się tym, co niesie nadzieję i inspiruje do działania!

  • Cudowna gumka mózgowa, czyli zniknięcie nałogu

    Data publikacji: 13/07/2009 Rem 1 komentarz
    Wpadła mi dziś w ręce prześmieszna książeczka Martina Baxendale Kiedy mi wypadnie mój mleczny mózg? Kiedy już opanowałem atak wesołości, zaś kasjerka łaskawie nie wezwała ochrony (mój atak mógł być nie tylko groźny, ale co gorsza zaraźliwy), wyszedłem ze sklepu i wtedy przypomniałem sobie, że chciałem opisać pewną nauczycielkę, moją ówczesną koleżankę z pracy, której przytrafiło się zniknięcie nałogu.

    Wszystko dzieje się w mózguTakie przypadki się zdarzają. Człowiek zasypiając planuje jeszcze wyprawę do pobliskiej hurtowni papierosów, tymczasem na drugi dzień zastanawia się, co u licha robi ta popielniczka na stoliku. Niezwykłe, samoistne, całkowicie poza świadomością rzucenie palenia. Bez skutków ubocznych. Bez żalu, strachu i niepewności. Sami pomyślcie!

    Miałem wtedy swoją roczną przygodę w szkole (jak się okazało po drugiej stronie barykady wcale nie jest lepiej). Nauczycielka, o której myślę, poza tym, że była zabójczo energetyczna, pełna życia i optymizmu, paliła jak smok – czyli prawie tak dużo, jak ja. A że nie była przeciętną osobą, która zadowala się nijakością, jej nałóg stanowił jej wielką namiętność – ona uwielbiała palić. Na każdej przerwie. W czasie „okienka”. Przed lekcjami. Po lekcjach. Zawsze. To były czasy, kiedy paliło się w pokoju nauczycielskim, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

    Tamtego pamiętnego dnia przyszła do szkoły i oznajmiła, że nie pali. Przez pokój nauczycielski przeszły dwa szmery: podziwu i współczucia. Podziwialiśmy jej wolę rzucenia palenia i współczuliśmy na myśl o jej mękach. W końcu wszyscy ją przecież lubiliśmy.

    Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pani K. wyjaśniła nam, że ona NIE RZUCA PALENIA. Ona po prostu nie pali. Obudziła się jako osoba nie paląca. Na nasze pytania odpowiadała niezmiennie, że czuje się tak, jakby NIGDY w życiu nie paliła.

    Nie czuła głodu nikotynowego – niepalący nie odczuwają takiego głodu. Nie brakowało jej papierosa w palcach, zaciągnięcia dymem – bo niepalący takich odruchów i potrzeb nie mają.

    Gdyby można było nałóg po prostu wytrzeć gumką

    Gdyby można było nałóg po prostu wytrzeć gumką

    Ona naprawdę była kimś, kto nie pali. W nocy ktoś lub coś znikło jej nałóg. Tak po prostu. Na zawsze. Ale jej zazdrościłem!

    Pewien mój dawny znajomy zwykł mawiać: wszystko dzieje się w mózgu. I chociaż myśl ta nie należy do specjalnie odkrywczych, słyszana wielokrotnie z ust owego znajomego, jakoś tak przeniknęła do mojego słownika powiedzeń miejskich (termin powiedzenia miejskie ukułem tu w analogii do miejskich legend, które rodzą się nie wiadomo gdzie i kiedy, po czym natychmiast przenikają do naszej codzienności, stając się częścią naszej kultury i naszego języka).

    Wszystko dzieje się w mózgu. W tamtych odległych dniach moja niezwykła koleżanka z pracy stała się dla mnie żywym i realnym dowodem, że bezbolesne, łatwe i trwałe odstawienie papierosów JEST MOŻLIWE. To dało mi już wtedy pewną nadzieję. W jakiś sposób w umyśle pani K. zaszła szybka i brzemienna w skutki zmiana. Dla nas wszystkich był to „mały cud” – ale osobiście wierzę, że przyczyny tamtego przeobrażenia były jak najbardziej naturalne. Coś spowodowało, że uruchomił się mechanizm „ścierający” ścieżki neuronowe „palacza” – czyżby jednak istniała jakaś cudowna gumka mózgowa, która wyczyściła napis „palenie” w umyśle pani K.?

    Nie wiem. Millie, bohaterka Kiedy mi wypadnie mój mleczny mózg? uważa, że skoro dzieciom wypadają mleczne zęby, to pewnie coś podobnego dzieje się z mlecznym mózgiem. Rach, ciach i po krzyku – jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki mózg Małej Głupiutkiej Dziewczynki zamienia się w mądry mózg Dziewczynki Dużej.

    Koncepcja urocza, w sam raz na śmieszną książeczkę dla dzieci.

    Niby tak, ale pamiętajcie, co przytrafiło się mojej nauczycielce. Być może rzeczywiście odwiedziła ją „Kohana Muzgowa Wruszka” i wymieniła coś w umyśle. Rach, ciach i po krzyku.

  • Nie palę, bo lubię

    Data publikacji: 11/07/2009 Rem Ilość komentarzy: 4
    Tytułowe stwierdzenie może komuś wydać się dziwne, ale tak właśnie jest – ja naprawdę lubię nie palić. Kiedy jeszcze byłem palaczem wiele razy zastanawiałem się, jak to jest nie zapalić przy porannej kawie. Prawdę mówiąc trochę o tym marzyłem.

    Przywykliśmy do stwierdzeń w rodzaju: palę, bo lubię albo papierosy to mój świadomy wybór. Zupełnie, jakby nie-palenie wyborem nie było. Jeśli ktoś nie pali, to nie pali i już – co tu jest do lubienia?

    No tak, tylko że tak to mogą powiedzieć ci, którzy palaczami nigdy nie byli. Ja paliłem – i to naprawdę długo: prawie dwadzieścia lat! To kawał czasu, można się do pewnych rzeczy przyzwyczaić. I dla mnie nie-palenie to coś, co MOŻNA lubić.

    Siłą je? One ciągle wracały...

    Siłą je? One ciągle wracały...

    Dziś myślę, że udało mi się porzucić nałóg przede wszystkim dlatego, że w pewnej chwili zapragnąłem być niepalący. Wcześniejsze „siłowe” próby kończyły się kompletną klapą. Wieczorem postanawiałem „od jutra nie palę”, po czym wypalałem całą paczkę – żeby się nie zmarnowały no i… no nie wiem… tak trochę na zapas?

    Rano zazwyczaj byłem tak zdenerwowany, że jedynym rozsądnym wyjściem wydawał się papieros. W sumie to chyba mogę rzucić dopiero od południa? A może lepiej wieczorem? No a poza tym, kto to widział, żeby rzucać w środę – wiadomo, że takie rzeczy robi się w poniedziałki…

    I tak dalej. Kto pali, ten wie, jak to wygląda.

    Pierwszym krokiem do wyjścia z nałogu jest zrozumienie, co właściwie oznacza rzucić palenie. To nie jakieś tam wydarzenie, po którym przejdziemy do porządku dziennego. O nie. Nic już nie będzie takie same (zwłaszcza, kiedy ostatnio nie-paliło się kilkanaście lat temu). Trzeba to sobie jasno, wyraźnie i spokojnie powiedzieć: NIC NIE BĘDZIE TAKIE SAME. Ja teraz już wiem, że będzie znacznie lepsze, bogatsze i pełniejsze, choć wtedy wydawało mi się, że to niemożliwe, że przeciwnie – rezygnując z palenia będę musiał zrezygnować z tak wielu przyjemności…

    Mniej więcej po dwóch miesiącach nie-palenia powiedziałem do mojej Hani takie słowa – „kurczę, gdybym wiedział, że to TAKIE ŁATWE, rzuciłbym to już dziesięć lat temu.”

    To szczera prawda. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że ja nie zrezygnowałem z palenia, ale po prostu wybrałem nie-palenie. (Taka inspirująca zabawa słowami, no nie?)

    No dobrze. Teraz kolej na ciebie: jeśli palisz, zadaj sobie pytanie, czy chcesz zostać osobą niepalącą.

    A co by było, gdyby pewnego dnia ktoś podarował ci niepalenie? Czy byłoby to fajne? Pomyśl - pociersz lampę, mówisz życzenie, a na drugi dzień NIE PALISZ i kompletnie nie czujesz takiej potrzeby.

    A co by było, gdyby pewnego dnia ktoś podarował ci niepalenie? Czy byłoby to fajne? Pomyśl - pociersz lampę, mówisz życzenie, a na drugi dzień NIE PALISZ i kompletnie nie czujesz takiej potrzeby.

    Nie bój się, to nie egzamin, nie trzeba kręcić, ściągać czy udawać. To nie jest publiczne oświadczenie, nikt cię nie słyszy, nie ocenia ani nie będzie z twojej odpowiedzi rozliczał. Nie przejmuj się dosłownie niczym. Zadaj sobie to jedno, naprawdę ważne pytanie, zadaj je w spokoju, mając czas na zastanowienie, ale tez trochę… na luzie – tak, jakby to była tylko zabawa. NIE MUSISZ przecież od razu rzucać. Nie obawiaj się, że twoja szczera odpowiedź pozbawi cię nagle jakichś przyjemności i sprowadzi na ciebie mrok. Nic z tych rzeczy, to tylko zabawa. My tylko tak sobie chwilowo zakładamy: co by było gdyby.

    Jeżeli nadal czujesz jakieś poddenerwowanie, zanim odpowiesz, zapal sobie papierosa. Odpręż się. Nic cię nie goni, nikt do niczego cię nie zmusza. Chodzi mi tylko i wyłącznie o szczerą, jak najszczerszą odpowiedź. Mnie przecież nie możesz okłamać – możesz okłamać tylko i wyłącznie siebie. Chcesz tego? Chyba nie, prawda?

    Warunek to szczerość i absolutny spokój. Jeżeli mimo wszystko ciągle jeszcze czujesz niepokój (może coś  brzuchu?), na prawdę się nie przejmuj. Przecież możesz odpowiedzieć na moje pytanie w trakcie palenia papierosa. Jeżeli chcesz, zrób to. Bez pośpiechu.

    Już? Zadaj więc sobie to pytanie.

    Czy chcę być osobą niepalącą?

    Jeżeli twoja szczera, absolutnie spokojna, wynikająca z rzetelnego przemyślenia odpowiedź brzmi tak, świetnie. To był twój pierwszy krok.  Pamiętaj o swojej odpowiedzi. Nie kojarz jej z niczym. Nie myśl o konsekwencjach tej odpowiedzi, nie myśl o aspekcie zdrowotnym, finansowym, w ogóle nie myśl o rzucaniu palenia. Pamiętaj jedynie, jaka była twoja odpowiedź. Jeśli chcesz, zapisz ją gdzieś, czemu nie. Ja wprawdzie jej nie zapisywałem, ale cały czas o niej pamiętałem. Poza tym jeszcze wtedy błądziłem w ciemnościach, nie wiedziałem zbyt dużo o funkcjonowaniu umysłu, czy po prostu sprawdzonych od lat metodach. Na początku nie miałem zbyt dużo wiary, ale starałem się mieć nadzieję. W zasadzie miałem wtedy tylko tę jedną pewność:

    Chcę być osobą niepalącą.

    Od tego się zaczęło. Kiedy zrozumiesz, że tego właśnie chcesz i kiedy uwierzysz, że tego chcesz, w twoim umyśle rozpocznie się proces, który bez większych wyrzeczeń i bólu doprowadzi cię do chwili, kiedy nagle ze zdziwieniem odkryjesz, że jesteś osobą nie palącą. Za dwa miesiące będziesz osobą niepalącą. Nie wierzysz? Nie musisz. Zaufaj mi, w sumie, to co ci szkodzi?

    Ja niczego nie oczekuję, a ty niczym nie ryzykujesz.

    A co, jeżeli nadal chcesz palić? Nie ma sensu do niczego cię przekonywać. To twoja decyzja i masz do niej prawo. Możesz wypróbować e-papierosa, ale zrobisz, co zechcesz. Pamiętaj, że moje pytanie ciągle tu będzie – zawsze możesz do niego wrócić.

  • Mały cud w Empiku, zielono na blogu

    Data publikacji: 9/07/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    Wczoraj przydarzyło mi się coś niezwykłego. Zanim jednak do tego przejdę, przyznam się do czegoś – okazjonalnie bywam czytaczem.

    eyes_bookOd czasu do czasu lubię sobie przystanąć w księgarni, wziąć do ręki książkę i trochę ją podczytać bez zamiaru kupowania. Świetnie nadają się do tego Empiki, gdzie przygotowane jest miejsce dla czytaczy – wszystkich tych, którzy spożywają książki na miejscu.

    Od kilku dni raczę się pewną książką, którą zdecydowałem się przeczytać całą, jednak na razie nie chcę jej kupować. Podczytuję więc w kawałkach – mniej więcej po 50 stron – kończąc zazwyczaj wtedy, kiedy kończy się kolejny rozdział. Książka ma wprawdzie zakładkę, ale wiadomo – za każdym razem mogę trafić na inny egzemplarz, więc zapamiętuję rozdział i to wystarczy.

    Wczoraj przeczytałem kolejną partię materiału, ale jakoś tak z ciekawości skonsumowałem pierwszą stronę rozpoczynającego się rozdziału. W odpowiednie miejsce włożyłem zakładkę po czym zadowolony odłożyłem książkę i wyszedłem z Empiku.

    Wieczorem byłem w jednym z centrów handlowych – tam również jest Empik. Jako, że miałem wolną chwilę, postanowiłem wrócić do mojej książki. Wchodzę do księgarni, biorę pierwszy z brzegu egzemplarz i kierując się w stronę ławeczki dla czytaczy bezwiednie otwieram książkę w miejscu, w którym tkwiła zakładka.

    Moja książka była założona dokładnie w tym miejscu, w którym przerwałem czytanie kilka godzin temu w zupełnie innym Empiku.

    Nazywam to „małym cudem” – czyli czymś, co przytrafia się okazjonalnie każdemu z nas i co najczęściej tłumaczymy zbiegiem okoliczności. Nazywajcie to zresztą jak chcecie. Efekt jest taki sam: lekkie zaskoczenie, zadziwienie, pewne niedowierzanie i chwila refleksji: hm… a może coś jednak jest po drugiej stronie lustra?

    Przyjrzałem się też swojemu blogowi – już od dawna chciałem coś zmienić w wyglądzie strony – od początku była ciemna i chyba trochę przygnębiająca. Kto wie, może miało to jakiś wpływ na same wpisy? Przebiegłem je pobieżnie i… muszę powiedzieć, że to nie jest ten blog, jaki miałem prowadzić.

    Kiedy rzucałem palenie nawet pochmurne dni wydawały się radosne

    Kiedy rzucałem palenie nawet pochmurne dni były radosne

    Przypomniałem sobie chwile, kiedy rzucałem palenie. Czym wtedy żyłem? Co czułem i jak patrzyłem na siebie i swoje otoczenie? Co tu dużo gadać – tryskałem energią i optymizmem.

    O tym właśnie chciałem pisać, kiedy przed miesiącem tworzyłem Nowy Smak Życia.

    Usiadłem więc ciemną nocą i trochę rozjaśniłem stronę. Czasem trzeba otworzyć szerzej okno i wpuścić trochę świeżego powietrza. Jakiś czas temu użyłem określenia, że lato mamy jesienne – a kysz w przeszłość.

    Tego lata na blogu będzie wiosna.

  • Smak życia ma smak LM

    Data publikacji: 7/07/2009 Rem Skomentuj
    Palenie papierosów jest niemodne – wyrokują media. Chcesz być trendy, jazzy albo cool – nie pal: próbują przekonać gazety albo na przykład reklama społeczna przed seansem kinowym. To kompletna bzdura – odpowiada za chwilę gość z wielką spluwą, odpoczywający po brawurowej akcji. Ciekawe, komu uwierzy młody człowiek po wyjściu z kina.

    Momentem przełomowym kampanii antynikotynowych było zrozumienie, że tak naprawdę walka o młodych ludzi rozgrywa się na poziomie stylu życia. Argumenty zdrowotne dobre są dla czterdziestolatków. Dla nastolatka ten aspekt to kompletna abstrakcja. Mało tego, palenie wydaje się dla niego idealną odpowiedzią na świat. Bo świat jest generalnie do kitu, a jedyna perspektywa to wyścig szczurów albo poczucie przegranej. Papierosy szkodzą? I bardzo dobrze, przecież i tak no future.

    Już od dawna papieros sprzyjał filmowym kontaktom

    Już od dawna papieros sprzyjał filmowym kontaktom

    Przemysł tytoniowy dołożył naprawdę wielu starań, aby palenie przeniknęło naszą kulturę, nasz sposób bycia, pracy i odpoczynku. I wprawdzie reklam przystojnych twardzieli w teksaskim kapeluszu już nie zobaczycie, tak naprawdę jednak wystarczy trochę się rozejrzeć, by zobaczyć, jaki przekaz nadal niesie palenie tytoniu.

    Zwróćcie uwagę na to w jakim kontekście pojawia się na ekranie papieros, cygaro albo fajka. Mimo wielkiej nagonki na tytoń, w filmach papieros nadal jest synonimem siły, pretekstem do nawiązywania kontaktów i świetnym środkiem na ich podtrzymanie. Filmowy papieros jest wyśmienitą okazją do odpoczynku. Jedną z najlepszych okazji do zapalenia jest ten szczególny filmowy moment, kiedy przed chwilą ktoś uratował świat.

    Dziś główni bohaterzy coraz mniej palą – to fakt. Współcześni herosi nie mogą sobie pozwolić na jakiś tam przyziemny nałóg. Ale wiecie co? To nie ma znaczenia. Gdzieś w tle zawsze pojawi się facet puszczający dymka. Przekaz wydaje się rozbrajająco prosty: ten oto hero jest poza zasięgiem, to supergościu, ale popatrzcie na tamtych z drugiego planu – to zwykli ludzie, którym zapalenie pomaga, daje odprężenie, dodaje wręcz sił.

    W kulturze masowej papieros nadal kusi. Więcej przykładów - kliknij na zdjęciu.

    W kulturze masowej papieros nadal kusi. Więcej przykładów - kliknij na zdjęciu.

    Kultura masowa przeniknięta jest paleniem. To tutaj jest wielkie pole do popisu. Walka z papierosami poprzez zakazy nie przynosi skutku, gdyż rodzi naturalny bunt – zwłaszcza młodych ludzi – przeciw systemowi, przeciw restrykcyjnemu prawu, przeciw truizmom i ględzeniem autorytetów. Palenie szkodzi? Kogo to interesuje? Palenie staje się odpowiedzią na świat – jeśli jest złe dla establishmentu, dobre jest dla nas – buntowników i kontestatorów rzeczywistości.

    Pierwsza linia walki o młodego człowieka to walka o styl życia. Coraz więcej ludzi i instytucji to rozumie. Walka o przestrzeń bez papierosa jest z pewnością potrzebna, gdyż uwalnia nas od wszechobecnego do niedawna dymu. Sama w sobie jest jednak skazana na porażkę. Łatwo uwolnić od dymu kluby, puby czy parki, ale czy to oznacza uwolnienie od nałogu? Palący – w poczuciu zagrożenia – znajdą kolejny pretekst do palenia (stres wywołany ograniczaniem ich wolności osobistej). Sam bym tak się bronił, gdybym nadal palił – każdy zakaz rodzi bunt.

    Wygramy dopiero, kiedy przekonamy młodych ludzi, że są inne sposoby kontestacji rzeczywistości niż palenie. Kiedy przekonamy młodzież, że palenie to dziadostwo i obciach. Nie pomogą argumenty racjonalne, trzeba odwołać się do uczuć i emocji.

    Musimy przekonać, że smak życia niekoniecznie ma smak Marlboro czy LM.

  • Likwiduj ścieżki

    Data publikacji: 5/07/2009 Rem Ilość komentarzy: 2
    Ten, kto przebrnął przez ostatnią notkę wie już, dlaczego uważam, że e-papieros nie nadaje się do rzucania palenia. Moja opinia pokrywa się zresztą ze stanowiskiem WHO, która całkiem logicznie uznała, że e-papieros jest za bardzo zbliżony do papierosa tradycyjnego.

    Można powiedzieć, że  e-papieros wzmacnia niewłaściwe, bo skorelowane z paleniem, skojarzenia. Wywołuje podobne skutki psychologiczne. Utrwala już istniejące ścieżki neuronowe w mózgu. Zamiast dążyć do wiotczenia tych ścieżek, e-palacz (wdychacz?) wzmacnia je. Podobny kształt. Podobny sposób przyjmowania nikotyny (wdech). Rozumiecie, o co chodzi?

    Trwałe zerwanie z nałogiem możliwe jest tylko wtedy, gdy uda nam się pozmniejszać ścieżki połączeń neuronowych, związanych z nikotyną. Mówiąc najprościej – odstawienie nikotyny uda ci się wtedy, kiedy zmienisz swoje przyzwyczajenia, kiedy przerwiesz stare nawyki i skojarzenia – mniej więcej tak, że dźwięk dzwonka nie będzie już wywoływał chęci zapalenia.

    Dobra wiadomość jest taka, że metabolizm komórek jest przywracany szybko i sprawnie . Już kilkanaście dni – no powiedzmy do miesiąca – wystarczy, aby nasz organizm nie odczuwał słynnego głodu fizjologicznego. Możliwe jest  – o czym przekonałem się osobiście – że uczucie „głodu” zniknie już na drugi dzień po odstawieniu nikotyny.

    Oczywiście jeszcze do tego wrócimy, a tymczasem – fotka: jak już informowałem na mikroblogu, być może wrócił mi stary, dobry „bakcyl fotografii”.

    Taki tam obrazek na ulicy.

    Taki tam obrazek z ulicy.

  • Uzależnienie – choroba umysłu czy mózgu?

    Data publikacji: 3/07/2009 Rem 1 komentarz
    Trwa obecnie debata, czy uzależnienie jest chorobą psychiczną czy fizjologiczną. Jednak bez względu na rozbieżności wśród badaczy, dla nauki jedno wydaje się dziś pewne: uzależnienie nie wynika z braku silnej woli czy siły moralnej. Pierwszym uczonym, który poglądy o domniemanej ułomności uzależnionych poddał w wątpliwość był antropolog brytyjski Gregory Bateson. Dokładnie jutro wypada 29 rocznica śmierci uczonego.

    Bateson twierdził, że u podstaw uzależnień leży nie słabość, a pragnienie „wyciśnięcia” z życia czegoś więcej. Osoby wpadające w spiralę nałogu rozpoczynają go na skutek większych oczekiwań w stosunku do świata, czy też wyższej wrażliwości, a nie dlatego, że są słabe i nieprzystosowane. Można się z brytyjskim naukowcem zgadzać lub nie, warto jednak pamiętać o jego roli w oderwaniu uzależnień od modelu moralizatorskiego.

    Model ten – jak opisuje amerykański psycholog Stanton Peele – wykluczał podstawy biologiczne nałogów i poddawał je ocenie moralnej. Poza wątpliwymi względami etycznymi, miało to również niską wartość terapeutyczną i ostatecznie model moralizatorski został zarzucony. Niestety, jest on nadal mocno zakorzeniony w społeczeństwie, które bardzo chętnie piętnuje jednostki odbiegające od normy. Zażywania nikotyny czy alkoholu nie piętnuje się tak bardzo jak na przykład marihuany głównie ze względu na rozpowszechnienie tych pierwszych i pewną obcość tej ostatniej.

    Czytaj dalej »