Nowy Smak Życia

Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Krótka podróż sentymentalna

    Data publikacji: 9/03/2010 Rem Brak komentarzy
    Jeżeli chodzi o najlepszy czas na rzucanie palenia, są dwie wykluczające się szkoły. Jedna mówi: zrób to, kiedy nic się nie dzieje. Druga każe ci wyjechać na wakacje i robić coś niezwykłego.

    Rzucanie palenia w okresie zwykłym ma tę zasadniczą wadę, że odbywa się w atmosferze pewnej monotonni. Nałóg doskonale czuje się wszędzie tam, gdzie jest rutyna. Jak dowodzą badania jednym z motywów sięgania po papierosy jest zwyczajna nuda.

    Zatem przełamać rutynę i rzucić się w wir ekscytujących przygód? Tak dobrać okres rzucania, aby pokrył się z urlopem w Paragwaju, żeglarską wyprawą dookoła świata albo po prostu długim weekendem na działce? Tutaj również pojawiają się wątpliwości – rzucanie palenia w czasie upragnionych wakacji może je nam kompletnie zrujnować. Od dawna wyczekiwana wycieczka po australijskim buszu bez najmniejszego pudełka papierosów pewnie zakończyłaby się katastrofą. Znam siebie – już po dwóch godzinach od rozpoczęcia urlopu/rzucania palenia wytłumaczyłbym sobie dobitnie, że ostatecznie człowiek zasługuje raz w roku na chwilę błogiego odpoczynku. Jaki jest zaś błogi odpoczynek w wydaniu palacza? Kawałek jakiegoś ładnego widoku pewnie by się przydał, jednak najważniejsza i tak w gruncie rzeczy byłaby pełna paka i dobrze nabita zapalniczka. Poza tym – jeśli wierzyć wspomnianym badaniom – oprócz nudy, najczęściej sięgamy po papierosa w chwilach stresu albo chwilach podekscytowania. Czyli akurat w środku obozu surwiwalowego lub nauki surfowania.

    Ponieważ nie mogłem się zdecydować, wybrałem obie drogi: rzucanie palenia rozpocząłem na dwa tygodnie przed wyjazdem w góry. Pierwsze dni były zwykłe – kompletnie nic się nie działo, przez większość czasu pochłaniałem niesamowite ilości słonecznika oraz pielęgnowałem w sobie dobre samopoczucie. To drugie było tym łatwiejsze, że w dość bliskiej perspektywie miałem przecież wyjazd.

    Kiedy już do wyjazdu doszło, byłem jako tako otrzaskany z niepaleniem. Wciąż jednak czułem się dość niepewnie. Przyklejałem sobie wtedy plasterki antynikotynowe, aby dodać sobie animuszu i zapewnić ciągłą dostawę nieprzebranych ilości nikotyny. Kiedy zatem wyjechałem w góry, do tego stopnia zająłem się aktywnym spędzaniem czasu na nartach i basenie, że te plasterki przestały mieć znaczenie. Nigdy nie zapomnę tamtego przebłysku – uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję ani papierosów, ani plasterków, ani w ogóle nikotyny. Poczułem tak wielką falę radości, tak potężny ładunek entuzjazmu, że czułem się niemal pijany. To naprawdę możliwe! Było to jak skok do wody – po dwudziestu latach dreptania przy brzegu, moczenia kostek i drżenia z zimna, nagle zanurzyłem się i po chwili niepewności ze zdumieniem odkryłem, że woda jest znacznie cieplejsza niż przypuszczałem.

    Kilka ostatnich dni ponownie spędzałem w górach, niemal w tym samym miejscu, co przed dwoma laty. Wciąż jeszcze moje wyczyny narciarskie budziły ogólną wesołość na stoku, jednak najważniejsze, że wciąż pamiętałem tamte dni, kiedy już niby niepalący, ale wciąż niepewny, pełen wątpliwości, stanąłem przed zachwycającą panoramą gór.

    Dwa lata temu patrzyłem na majestatyczne szczyty Tatr i z całych sił pragnąłem poczuć wolność. Teraz patrzyłem na tę samą potęgę i wielkość i poczułem wdzięczność.

  • Wiesz wszystko, co trzeba

    Data publikacji: 2/03/2010 Rem Brak komentarzy
    Muszę się do czegoś przyznać: mój przedostatni tekst – ten o supermetodzie – wyrwał mi się spod kontroli. Tak naprawdę chciałem tylko napisać, że to, czego potrzebujemy do zmian w naszym życiu, już w nas istnieje.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swoje cele czy dokonać mniej lub bardziej doniosłych zmian w swoim życiu. Niejednokrotnie jest to wiedza intuicyjna – nie tyle może wiemy, co pewne rzeczy wyczuwamy. Najczęściej to, co zamierzamy, wymaga po prostu pewnej konsekwencji i czasu – co oczywiście zniechęca – jednak nie kwestionujemy samego procesu. Mało tego, jesteśmy skłonni uznać go nawet za niezbędny. Umiejętność gry na gitarze wymaga pewnej ilości konkretnych ćwiczeń i chyba mało kto wierzy, że można tego dokonać np. za pomocą odpowiednio dobranej diety. To samo dotyczy narzędzi – są nam w większości doskonale znane i akceptowane. Umiejętność pływania zdobywamy w wodzie – chociażby na basenie – natomiast nauka jazdy na nartach zazwyczaj wymaga wyprawy nad jakąś górę. Są to rzeczy proste i dość oczywiste.

    Pewna moja znajoma chce schudnąć. Właściwie odkąd pamiętam jest albo tuż przed, albo w trakcie, albo tuż po jakiejś świetnej diecie. Przez większą część czasu moja koleżanka martwi się swoją wagą albo żyje nadzieją, że tym razem musi się udać – w myśl zasady teraz albo nigdy. Kiedy rozmawiam z nią na ten temat przyznaje, że wie, co powinna zrobić, wie jak to zrobić i tylko… jakoś jej nie wychodzi.

    Sprawdziłem jej metody. Moim zdaniem są całkiem rozsądne. Wiedza mojej znajomej na temat prawidłowego odżywiania,  właściwej diety i tych wszystkich co-ile-ma-kalorii jest naprawdę imponująca. Mówiąc krótko – moja koleżanka naprawdę wie to, co potrzeba, aby zrealizować swój cel.

    Większość ludzi tak naprawdę wie, co należy zrobić, aby zrealizować swój cel. Jeżeli jest to zamierzenie choć trochę poważne, w taki czy inny sposób zdobywamy wiedzę na ten temat. Poznajemy metody, narzędzia – wszystko, co jest konieczne. Z czasem możemy wręcz stać się w naszej dziedzinie prawdziwymi ekspertami. Tak jak moja koleżanka.

    Dlaczego jednak to nie działa? Dlaczego wiedza nie wystarcza? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele – można je wszystkie podzielić na kilka grup. Przytaczam tutaj dwie:

    1. Twój emocjonalny mózg zawsze wie lepiej. Możesz mieć całkiem sporą wiedzę na temat osiągnięcia swojego celu. Znać metody i strategie. Wszystko to jednak zawsze przegrywa z emocjami. Było to już wielokrotnie dowodzone: analityczna część naszego mózgu zawsze służy pomocą, zawsze chętnie dzieli się swoją wiedzą, przedstawia szereg racjonalnych argumentów, ale to część emocjonalna rządzi. Przypomina to trochę naradę w firmie – doradcy przekazują swoje dogłębne analizy rynku, dane statystyczne, rachunek strat i zysków i przekonują do swoich racji, ale to szef furiat ma prawo głosu i ostatecznie zrobi to, co będzie mu się chciało. To właśnie dlatego cały czas, do znudzenia, niemal bez przerwy powtarzam tę mantrę: musisz pokochać to, co chcesz zrobić. W starciu z emocjami nie masz bowiem żadnych szans. Jest to pierwotna, podstawowa przyczyna niepowodzeń. Wszystkie inne tak naprawdę są jej pochodną.

    2. Paraliż analityczny. Wciąż poszukujesz nowych informacji. Do zmiany przygotowujesz się jak na wojnę. Chcesz wiedzieć dosłownie wszystko na dany temat. Nic nie może cię zaskoczyć. Cierpisz na syndrom doskonałości. Mija pewien czas i nagle odkrywasz, że już samo poznawanie tego, z czym chcesz się zmierzyć daje ci poczucie, że… coś przecież robisz. Nie jesteś bezczynny. Gromadzisz przecież wiedzę, opracowujesz taktykę, planujesz – słowem: przygotowujesz się. Po jakimś czasie możesz mieć w zanadrzu kilka świetnych strategii. Działasz? Nie, w żadnym wypadku! Teraz musisz zdobyć jeszcze więcej informacji, aby – zanim cokolwiek zrobisz – mieć pewność, że wybrałeś strategię najlepszą, gwarantującą sukces. Paraliż analityczny to świetna sztuczka mózgu, mająca uspokoić twoje sumienie, a jednocześnie działać w zgodzie z wytycznymi wyznaczonymi przez twoje emocje, pragnienia i namiętności.

    Jedyne, co musisz zrobić, to przekonać swój mózg, że będzie ekscytująco.

    Powtórzyć swoją mantrę? U podstaw wszelkich efektywnych metod i sposobów na zmiany w naszym życiu leżą nasze emocje. Nie musicie daleko szukać, gdyż prawdopodobnie już wiecie, co macie robić. No dobrze – a jak sprawdzić, czy to co wiecie, może być skuteczne? Podpowiedzą wam… wasze emocje. Jeżeli na myśl o potrzebnym (według was samych) działaniu poczujecie nieprzyjemny skurcz w żołądku, będzie to znak, że jesteście na dobrym tropie. To znak, że wasz emocjonalny mózg trochę się zaniepokoił – on już poczuł, że to o czym myślicie może być groźne dla jego wygodnego świata. Emocjonalny mózg nie cierpi zmian i momentalnie wyczuwa, kiedy ma do czynienia z realnym zagrożeniem.

    Kiedy już poczujecie ten skurcz w żołądku (a co niektórym zrobi się wręcz słabo) – oznacza to, że stoicie przed właściwą drogą. Pozostaje wam tylko jakoś przekonać swój mózg, że będzie ciekawie, ekscytująco, że cała ta droga to będzie coś niesamowitego.

  • Krótko

    Data publikacji: 2/03/2010 Rem Brak komentarzy

    Ten blog nadal jest przedsięwzięciem non-profit. Niech was nie zraża bloczek na reklamę – Nowy Smak Życia nie zamienia się w maszynkę do robienia pieniędzy – ha ha ha, dobre by to było :) Blok reklamy wrzuciłem tu, bo może jakoś uda się sfinansować serwer. A może się nie uda – w sumie też nic się nie stanie (te cztery dychy jakoś wysupłam).

    W każdym razie nie musicie klikać, bo AdTaily płaci za oglądanie – czyli czas wyświetlania ;) No dobrze, jak zechcecie, to klikniecie – nie będę nikomu mówił, co ma robić. A potencjalnych darczyńców, dobrodziejów, czy po prostu – reklamodawców – zachęcam do zareklamowania się. Wystarczy kliknąć “Zostań sponsorem”, wybrac obrazek (reklamę), wpisać na ile dni, a dalej… hm, nie wiem, co dalej. Chyba trzeba jakoś zapłacić ;)

    Nowy Smak Życia będzie Wam wdzięczny do końca swoich dni, Wy zaś pokażecie klasę reklamując się w tak ekscytującym miejscu, jakim jest ten nasz mały kawałeczek Internetu.

    A skoro już o zmianach blogowych – wyrzuciłem kalendarz, bo trochę mnie denerwowało, że nie mam wpisów codziennie :) Zamiast tego pod reklamą jest lista ostatnich 15 tekstów. Zrezygnowałem też z blogfrogowego oceniania wpisów – ostatnio BlogFrog wydawał się opóźniać wczytywanie Nowego Smaku Życia – coś się tam w tle mieliło. Z podobnych powodów zrezygnowałem kiedyś z bajeranckiego widżetu z muzyką z Jamendo. Opóźniała wczytywanie strony, nie mówiąc już, że wciąż miałem poczucie, że powieniem zmienić płytę ;)

    Blip też miał na Nowym Smaku swoje pięć minut. Taka mała maszynka do krótkich wpisów, pamiętacie? Maszynka fajna, tylko, że czasochłonna: może kiedy zostanę zawodowym blogerem – ha ha – Blip powróci?

    Blok reklamowy, który dodałem, nie powinien jakoś opóźniać wczytywania i mam nadzieję nie będzie zbyt inwazyjny. Żaden tam Flash z wodotryskami tylko stateczny obrazek nie rzucający się w oczy. Taka powinna być reklama, no nie? ;)

    Do zobaczenia w najbliższej notce – którą mam już zresztą napisaną. Specjalnie tak zrobiłem, aby obecny wpis nie wisiał sobie jako najnowszy – jest na to za bardzo baj-de-łej.

  • W poszukiwaniu supermetody

    Data publikacji: 20/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Niedawno wpadła mi w ręce wspaniała metoda nauki języka obcego. Na oko wydaje się świetna i skuteczna. Chcielibyście ją poznać?

    Pewnie, że byście chcieli. Każdy by chciał. Nie bez przyczyny niemal co roku pojawia się jakaś nowa, odkrywcza metoda nauki języka czy jakiś nowy, rewolucyjny sposób na szczupłą sylwetkę. Jak tak się rozejrzeć, to chyba zawsze ludzie poszukiwali jakichś nowych rozwiązań dla swoich starych problemów. A ponieważ najczęściej rozwiązywanie tych problemów wymaga określonego czasu, pewnego wysiłku i konsekwencji – często wzdychamy i… rozglądamy się za czymś szybszym i łatwiejszym w nadziei, że może ktoś odkrył już w naszej sprawie jakąś drogę na skróty.

    Istnieje wiele metod rzucenia palenia...

    Istnieje wiele metod i sposobów na rzucenie palenia. Są one powszechnie dostępne – naprawdę bardzo łatwo do nich dotrzeć, w dodatku nie trzeba nawet wychodzić z domu. Internet błyskawicznie dostarczy nam dziesiątki porad na ten temat. Przyznam, że również ja zamierzałem zebrać swoje doświadczenia w jakiś zgrabny poradnik – kto wie, może jeszcze kiedyś to zrobię – choć w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że pewne rzeczy są… nieprzekładalne. Czytałem kiedyś książkę na temat bogactwa, w której autor – niezwykle zamożny, wszechstronny biznesmen – próbował wbić mi do głowy pewne ważne spostrzeżenie na temat sukcesu. “Bogactwo to nie stan konta, ale stan świadomości” – czytałem… ale w gruncie rzeczy nie rozumiałem tego. Owszem, było to bardzo fajnie napisane, taka elegancka formułka gotowa do efektownego zaprezentowania w gronie znajomych, ale… niewiele więcej z niej wynikało. “Łatwo mu mówić” – myślałem. – “Facet śpi na forsie, nie ma żadnych kredytów, a samochody dobiera sobie do koloru skarpetek. Jasne, że ktoś taki może mieć do bogactwa stosunek filozoficzny…”

    Kiedy udało mi się rzucić palenie w pierwszej chwili miałem ochotę powtarzać wszystkim, że jest to łatwe, no, dużo łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Szybko jednak odkryłem, że moje przesłanie nie tylko nie dociera, ale może wręcz wydawać się komuś nieco aroganckie. “No tak, łatwo mu mówić, bo już rzucił” – mógłby pomyśleć z niechęcią niejeden palący.

    Im dłużej rozmyślałem o jakiejś uniwersalnej metodzie na rzucenie palenia, tym bardziej docierało do mnie, że… chyba taka nie istnieje. Albo inaczej: że bardzo trudno wyprowadzić tutaj jakiś elegancki matematyczny wzór, dający się dopasować do każdego. Nie jesteśmy tacy sami. Inne rzeczy nas motywują, każdy z nas ma swoje własne sposoby na odczuwanie radości i odmienny sposób reagowania na stres czy przeciwności losu. Mówiąc krótko – każdy z nas podąża własną ścieżką.

    Postanowiłem zatem poprzestać na swoich własnych odczuciach. To, o czym piszę, okazało się skuteczne w moim przypadku. Próbuję jakoś przekazać to, co przy okazji zrozumiałem. Kiedyś zapowiadałem, że ujawnię swoją metodę – bardzo tajemniczą, bardzo łatwą, bardzo skuteczną. Teraz, po wielu notkach później widzę, że w pewnym stopniu już ją przekazałem, a przynajmniej próbowałem. Nie wiem, czy mi się udało. Być może zabrzmiało to mniej więcej tak: “Rzucenie palenia to nie problem z papierosami, a przede wszystkim stan świadomości”. No tak, łatwo mi mówić, prawda?

    A może poczekać na cudowną szczepionkę od nikotyny?

    Tak naprawdę nie dokonałem niczego wielkiego. Nie odkryłem nowego lądu ani nie okazałem się jakimś niesamowitym bohaterem z bajerancką peleryną (i wielkim ES na piersi). I chociaż dziś, w tej chwili, mógłbym wyliczyć jednym tchem szereg całkiem niezłych metod rzucenia palenia, wiem, że tak naprawdę ich skuteczności należy szukać gdzieś indziej. Wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy autentycznym pragnieniem, a jakąś niezbędną dozą zwykłej konsekwencji. Czy potrzebny jest do tego jakiś wysiłek? Oczywiście. I to nas zazwyczaj przeraża. To właśnie dlatego tak uporczywie poszukujemy drogi na skróty. Nie chcemy się męczyć. Może ktoś wynajdzie tabletkę, która sprawi, że palenie rzuci się samo?

    W poszukiwaniu jakiejś jednej supermetody, która uwolniłaby nas od palenia w sposób gładki, szybki i bezbolesny możemy łatwo zapomnieć, że o powodzeniu jakichkolwiek metod decydują nie jakiejś tajne procedury, ale my sami i nasze działanie. A poza tym – czy poszukiwanie takiej mitycznej metody nie jest aby naszym wybiegiem, aby – póki jej nie odnajdziemy – nie podejmować żadnych prób i wysiłków?

    Dotyczy to zresztą nie tylko palenia. Tak samo jest z odchudzaniem (gdzie nie sposób zliczyć wszystkich tych cudownych diet), tak samo jest z językiem obcym. A właśnie, być może komuś się spodoba metoda, która polega na uczeniu się całych zdań.

    Nie mam pojęcia, czy jest skuteczna. Wiem natomiast, że jest ona zdecydowanie lepsza niż… nie podejmowanie żadnych działań i jałowe czekanie.

  • Piękne życie

    Data publikacji: 10/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Usłyszałem kiedyś zdanie, które bardzo przypadło mi do gustu: jeżeli chcesz mieć piękne życie, otocz się pięknymi rzeczami. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, trudno takiemu stwierdzeniu odmówić pewnej logiki.

    Parafrazując to zdanie można by powiedzieć, że aby prowadzić życie spokojne, powinniśmy otoczyć się czymś, co daje spokój, aby wieść żywot komfortowy, należy otaczać się komfortem. Wydaje się to bardzo proste, prawda?

    Nie podejmuję się tutaj odpowiedzi, dlaczego zazwyczaj postępujemy odwrotnie. W pogoni za komfortem często całe życie spędzamy na morderczej pracy, zaś w intensywnym poszukiwaniu szczęścia zapominamy… o jego odczuwaniu.  W tym zresztą znany psychoterapeuta Lee Jampolsky upatruje przyczyn większości uzależnień: wynikają one przede wszystkim z poczucia niepełności, z przeświadczenia, że czegoś nam brak, z poczucia pustki, swego rodzaju głodu (od wielu tygodni mam na dysku ciągle nie skończony tekst zatytułowany “Głodny umysł”, podejmujący ten temat). W ostatecznym rachunku, na najwyższym, często najbardziej ukrytym poziomie tych pragnień jest potrzeba miłości i akceptacji.

    Źródłem twojej radości może być rodzina.

    W poszukiwaniu spełnienia, poczucia akceptacji i miłości, spokoju ducha, czy też po prostu odczuwania przyjemności, sięgamy po najrozmaitsze środki zewnętrzne. Mogą to być środki psychoaktywne, jak alkohol, nikotyna czy narkotyki ale równie dobrze może to być poszukiwanie wciąż nowych doznań w sporcie ekstremalnym, namiętne czytanie książek albo spotykanie się w grupie (chociażby terapeutycznej). Życie jest bogate, zatem naprawdę jest w czym wybierać. Dla każdego według potrzeb jego.

    Kłopot tylko w tym, że zazwyczaj środki, które działają najszybciej i najsilniej, które są wygodne, łatwo dostępne i stosunkowo tanie, są jednocześnie szkodliwe dla zdrowia – własnego i najczęściej zdrowia otaczających nas ludzi.

    Ktoś, kto przez dłuższy czas używał takich środków, po ich odstawieniu może odczuwać spory dyskomfort. “Zwykłe rzeczy” wydają się nie zapewniać wystarczającej dawki radości i szczęścia. Wydają się po prostu za słabe. Rodzi się pragnienie – a może być naprawdę silne – powrotu do sprawdzonych substancji. Jak temu przeciwdziałać?

    W pierwszych dniach od całkowitego odstawienia nikotyny wiedziałem jedno: muszę cały czas zapewniać sobie strumień przyjemności, satysfakcji i poczucia szczęścia. Jeżeli usłyszeliście kiedyś radę, aby po rzuceniu palenia znaleźć sobie nowe źródła przyjemności, wykształcić nowe rytuały, celebrować i smakować nowe zwyczaje – była to rada w każdym calu prawdziwa. Sprawdziłem to.

    Zamiast papierosów gryzłem sobie pestki słonecznika. Bzdura. Ja je smakowałem. Celebrowałem ich zakup. Żartowałem w owym czasie, że z pewnością uzależnię się od tych pestek.

    Kupiłem sobie bardzo dobrą, mocną herbatę z kardamonem. Jej picie to był niemal rytuał.

    Celebruj wszystkie dobre chwile.

    Nabrałem zwyczaju wychodzenia z biura na tzw “lunch” i spacerowania po pobliskiej galerii handlowej, gdzie znajduje się “moja” księgarnia. Celebrowałem widok sklepów, ludzi i książek. Była to swoista “medytacja w ruchu” – byłem spokojnym, ale pełnym wewnętrznej radości “patrzeniem”. Nie wiedziałem wówczas, że to się nazywa uważność.

    Przemeblowałem swój pokój (mój i żony) tworząc wygodne, przytulne i bardzo nasze Odludzie. Pamiętacie początek tego tekstu, kiedy pisałem o pięknych rzeczach? Na moim Odludziu – o którym chcę wam wkrótce napisać – bez trudu mógłbym wskazać całe mnóstwo rzeczy, które sprawiają mi radość, których widok sprawia po prostu przyjemność.

    Mogę zgodzić się z Lee Jampolsky’m, że uzależnienia powstają na skutek poczucia braku, że są wyrazem poszukiwania wewnętrznego spokoju i w ostatecznym rozrachunku tylko tam – wewnątrz nas samych – możemy odnaleźć rozwiązanie naszych problemów. Jednak “ostateczny rozrachunek” niekoniecznie jest dla nas dostępny dziś, w tej chwili. Zazwyczaj znajdujemy się w naszej drodze znacznie bliżej – i na tym etapie znacznie mądrzejsze mogą wydać się zmiany zewnętrzne, choćby niewielkie.

    Wiele wielkich zamierzeń tego świata upadło na skutek zbyt wielkich i szybkich kroków do przodu. Jak mawiał Thoreau – pozwólmy doboszowi bić w jego własnym rytmie, bo tylko tak sprawimy, że będzie szczęśliwy i dojdzie do celu.

    Zrób coś, co sprawi, że poczujesz się lepiej.

    Zrób coś, co sprawi ci radość.

    Możesz nie odnaleźć w sobie siły wewnętrznej, aby natychmiast, już dziś odczuwać wewnętrzny spokój i spełnienie. Ale możesz kupić sobie coś ładnego – naprawdę niekoniecznie drogiego – co sprawi, że poczujesz się lepiej. Możesz posłuchać swojej ulubionej muzyki, zaparzyć jakąś niesamowicie tropikalną herbatę, spotkać się z przyjaciółmi, sięgnąć po interesującą książkę albo świetnego bloga :) Możesz zrobić cokolwiek, co jest dla ciebie aktualnie dostępne, a jednocześnie przyniesie ci radość. Ważne, aby robiąc to wszystko pamiętać, iż nie chodzi o pospieszne, bezrefleksyjne folgowanie wszelkim zachciankom, ale o to, aby celebrować te chwile, smakować je, doceniać.

    To nic złego. To nikomu w niczym nie szkodzi. To nie jest dowód jakiegoś złego egoizmu, to nie jest też wyraz bezmyślnego hedonizmu – tak naprawdę jest to odkrywanie smaku codzienności. A za tym idą faktyczne zmiany. Zapewniam was: jest to droga, na której stajemy się spokojniejsi, bardziej cierpliwi, a jednocześnie jakby bardziej otwarci. Wystarczy dosłownie kilka chwil dziennie, bez zastanawiania się nad przyszłością. Smakujmy te chwile, które sprawiają nam radość.

    To są często bardzo małe drobne kroki. Najważniejsze jednak, że prowadzą nas one do pełniejszego i piękniejszego życia.

    Jampolsky

  • Dlaczego wciąż nam nie wychodzi?

    Data publikacji: 1/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Znacie kogoś, kto dość regularnie zamierza się odchudzać? A może kogoś, kto co jakiś czas postanawia uprawiać jogging, zdrowo się odżywiać albo nauczyć się wreszcie hiszpańskiego? Zresztą, czy tak naprawdę musimy szukać daleko? Kiedy ostatnio nasze własne postanowienia znowu legły w gruzach?

    Bardzo możliwe, że osobiście znacie to uczucie: stoicie właśnie nad ruinami waszych zamierzeń, które jeszcze wczoraj wydawały się takie niewzruszone, patrzycie na dymiące jeszcze zgliszcza i z przygnębieniem dociera do was, że po raz kolejny się nie udało. Kolejny upadek – o jedno pudełko czekoladek za dużo, znowu nie udało się znaleźć czasu na bieganie, plany rzucania palenia legły pod naporem trudnej sytuacji w pracy albo w domu. Zaraz po uczuciu przygnębienia możecie spróbować się pocieszyć: no dobrze, od jutra znowu dieta, jak tylko się uspokoi w pracy, rzucę palenie, od przyszłego tygodnia to już na pewno biegam. I tak dalej, wciąż dalej, wciąż podobnie i z podobnym skutkiem.

    Dlaczego wciąż nam nie wychodzi? Czy to jakieś fatum ciąży nad naszymi głowami? Dlaczego zawsze, kiedy chciałem rzucać palenie, w moim życiu niemal natychmiast pojawiała się setka okoliczności, które to postanowienie torpedowały? Nagle atmosfera w firmie stawała się nie do zniesienia – jedyne ukojenie pochodziło od małego “dymka”. Niemal z dnia na dzień przybywało obowiązków – cała góra morderczej pracy, wymagającej dwudziestu papierosów dziennie.  Niekiedy zaczynał boleć ząb. A kiedy akurat nic specjalnego się nie działo i wydawało się, że nareszcie jest dobry czas na rzucanie, ni stąd ni zowąd przychodziło natchnienie i pomysł na… na przykład na napisanie świetnej powieści (było dla mnie rzeczą oczywistą, że proces twórczy wymaga naprawdę sporej ilości papierosów).

    Moja walka z nałogiem to było takie ciągłe zmaganie się z “przeciwnościami”. Jeśli wierzyć psychologom, większość z nich sam nieświadomie tworzyłem. Dlaczego? Wszystko po to, aby nie udało mi się zrealizować swojego własnego zamierzenia. Głupie, prawda? A jednak to prawda: kiedy człowiek postanawia wejść na nowe tereny (np. życie bez palenia), gdzieś w jego umyśle pojawia się niepokój, wywołany próbą opuszczenia miejsca, gdzie wszystko było stare, znajome i sprawdzone. Popielniczka w tym starym świecie to ostoja i gwarancja świętego spokoju czyli – zdaniem naszego mózgu -  szczytu wszelkiego dostępnego człowiekowi szczęścia.

    Nasze nachalne kolory przyprawiają mnie o mdłości, ale lepsze to niż, jakieś nieznane i zapewne groźne PASTELE

    Każdy z nas ma swoją własną strefę komfortu. Przebywając w niej czujemy się bezpiecznie, znajomo i po prostu dobrze. Tutaj jesteśmy “na miejscu”. Tutaj czujemy się sobą… i nawet jeżeli nie czujemy się ze sobą zbyt dobrze, to mimo wszystko wolimy to, niż cokolwiek obcego – zapewne znacznie gorszego…

    Badania nie pozostawiają wątpliwości. Przygniatająca większość ludzi jest skłonna prowadzić swój dawny tryb życia mimo świadomości, iż jest on niezdrowy, a nawet zagraża ich życiu. Mowa tu nie tylko o nałogowych palaczach czy uzależnionych od innych niebezpiecznych substancji. Może już o tym pisałem: około 90% chorych na serce po leczeniu powraca do dawnych, szkodliwych przyzwyczajeń mimo, iż mają świadomość, że może to oznaczać niemal pewny wyrok.

    Istnieje bardzo wiele wyjaśnień i odpowiedzi, dlaczego tak wiele naszych światłych zamierzeń spala na panewce. Dlaczego tak wielu z nas wciąż miota się w swoich planach, dlaczego znowu pojawia się efekt jo-jo. Moim zdaniem wszystkie te odpowiedzi można sprowadzić do tej jednej kwestii: strefa komfortu. Coś siedzącego bardzo głęboko w nas uważa, że naszej strefy komfortu należy bronić jak niepodległości – nawet za cenę życia.

    No dobrze, ale skoro tak, to co właściwie możemy zrobić? Moja odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli chcemy przeprowadzić trwałe zmiany, musimy jak najszybciej zmienić swoją strefę komfortu. Przesunąć ją i poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe zachowania i nowe źródła przyjemności.

    Jeżeli uda ci się spowodować, że pokochasz jogging – przestanie to być już tylko “zamierzenie”, a stanie się czymś wręcz pożądanym. Jeżeli naprawdę uda ci się przekonać do sałaty, kiełek i jogurtu, być może okaże się pewnego dnia, że ważysz mniej i czujesz się lepiej. Nie chodzi tu o dietę-cud, którą – ech… – musisz stosować dwa miesiące, cztery dni i jedenaście godzin, a potem – hura! – powrócić do dawnego trybu życia. Chodzi raczej o nowy sposób odżywiania: taki, który stanie się częścią ciebie.

    Sprawdziłem to dokładnie i wiem, że jedyna trwała droga wyjścia z dawnej strefy komfortu, to droga, która sama w sobie będzie dla nas atrakcyjna, droga, która prowadzi ku radości, do poczucia spełnienia i szczęścia. Brzmi nieźle, prawda?

    Jeżeli więc chcecie zrobić coś ważnego w swoim życiu, przede wszystkim zadbajcie o to, aby było to przyjemne.

  • Popełniłeś błąd? No i co z tego?

    Data publikacji: 20/01/2010 Rem Ilość komentarzy: 4
    Kilka dni temu jedno z moich latorośli zabrało się dziarsko za powtarzanie słówek z angielskiego. Komputer pokazał dziecku kilka wyrazów, a następnie grzecznie zapytał, czy dziecko może powtórzyć. Kiedy okazało się, że nie wszystko udało się napisać bezbłędnie, dziecko ze złością i prawie ze łzami w oczach stwierdziło, że jak tak, to ono nie chce.

    W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć tej dość gwałtownej reakcji. Przecież to tylko zwykły program komputerowy, niemal zabawa, gdzie błędy można popełniać właściwie bez żadnych konsekwencji.

    Wszystko jednak wskazuje na to, że mojego syna dopadł syndrom doskonałości. Prawdę mówiąc nie wiem, czy ktoś już zdefiniował tę dość powszechną w naszych czasach dolegliwość. Jakby powiedział pewien mój stary przyjaciel: prawdopodobnie ma to już jakąś łacińską nazwę.

    Syndrom doskonałości to przeświadczenie, że wszystko, za co się zabieramy, powinniśmy robić perfekcyjnie. Już od najmłodszych lat świat przekonuje nas, że naszym celem jest nieustanne dążenie do doskonałości. Popełnianie błędów – coś przecież bardzo naturalnego – spotyka się z dezaprobatą rodziców, nauczycieli, a w końcu pracodawcy, czy partnera życiowego. Nic dziwnego, że w takim klimacie społecznym każda porażka – często nawet niewielka – jest głęboko frustrująca. Najczęściej ani rodzina, ani szkoła (ani nawet rówieśnicy) nie traktują popełniania błędów jako niezbędnego elementu prowadzącego do rozwoju. Niezależnie od teorii i dobrych chęci, realia są takie, że prawie każdy nasz błąd spotyka się z odbiorem negatywnym. Jak często słyszeliście słowa: “Tutaj zrobiłeś źle, ale wiesz – właściwie to wspaniale, bo jesteś teraz znacznie mądrzejszy.”?

    Dorastamy zatem w przeświadczeniu, że wszystko, co robimy, musi być jeśli nie doskonałe, to przynajmniej bezbłędne. Przekonanie to odbija się, niestety, na wielu naszych poczynaniach – zwłaszcza tych, których… nie podejmujemy. Po co zabierać się za coś, czego – w naszym mniemaniu – nie zrobimy wystarczająco dobrze?

    Jeżeli próbowaliście rzucać palenie, bardzo możliwe, że przeżyliście na własnej skórze sytuację, kiedy to po dwóch dniach niepalenia zdarzyło wam się zaciągnąć papierosem od kolegi. “Wszystko zmarnowane” – myśleliście wtedy. Całe dwa dni abstynencji, ba, cały wasz wielki plan rzucania – przepadły z kretesem. “Nie uda mi się, to zbyt trudne” – myśleliście wtedy z poczuciem winy, po czym kierowaliście się w stronę najbliższego sklepu z papierosami.

    Poczucie, że wszystko należy robić perfekcyjnie, to nie tylko trauma wynoszona z czasów szkoły i dorastania. Tak naprawdę cały czas jesteśmy bombardowani natarczywym: “bądź doskonały”, “bądź najlepszy”. Mamy z tym do czynienia w rodzinie, w pracy, nawet we wszechobecnych mediach, z telewizją i reklamą na czele. Być może wydaje nam się, że jesteśmy na reklamę odporni – a jednak cały czas sączy się z niej natarczywy przekaz, który mniej lub bardziej świadomie wpływa na nasze własne przekonania: “muszę być lepszy”, “muszę schudnąć”, “powinienem być szybszy, mądrzejszy, piękniejszy i najlepiej trochę młodszy”.

    Syndrom doskonałości paraliżuje nas. Nie ma w nim miejsca na podejmowanie kolejnych prób, gdyż każdą porażkę każe traktować jak niemal ostateczną klęskę. Charakteryzuje się kategorycznym: “wszystko albo nic”. W konsekwencji zniechęca do podejmowania jakichkolwiek ryzykownych bądź trudnych działań. Często to właśnie syndrom doskonałości staje się największą przeszkodą w naszym rozwoju, w podejmowaniu nowych wyzwań czy prób zmiany naszego życia – choćby zerwania z nałogiem.

    Zacytuję tu Briana Tracy:  Wciąż to powtarzam: lęk przed porażką jest największą przeszkodą na drodze do sukcesu w dorosłym życiu. Z kolei M. J. Ryan zauważa, że zawyżone standardy są jedną z największych przeszkód w osiągnięciu tego, czego pragniemy.

    Nigdy nie popełniam żadnych błędów.

    Nie dajmy się syndromowi perfekcji. Pozwólmy sobie na popełnianie błędów. Nie oznacza to oczywiście popadania w skrajność i – na przykład – niechlujne bałaganiarstwo. Nie pozwólmy po prostu, aby nasze działania i zamierzenia paraliżował lęk przed możliwą porażką. Thomas Edison, zanim jego żarówka wreszcie zadziałała, podjął ponad sześć tysięcy nieudanych prób (niektórzy mówią nawet o 11 tysiącach porażek!). Pułkownik Sanders w wieku 65 lat przebył całe Stany Zjednoczone, zanim po dwóch latach i tysiącu (dokładnie: 1009) odmów usłyszał – “to jest świetny przepis na kurczaka, wchodzimy w ten interes”, co jak wiemy zaowocowało powstaniem sieci KFC. Walt Disney, zanim znalazł źródło sfinansowania Disneylandu, ponad trzysta razy usłyszał od bankowców, że to głupi pomysł. Znieślibyście trzysta porażek, w dodatku dotyczących tej samej sprawy?

    Nie poddawajmy się. Na przekór otoczeniu traktujmy możliwe błędy czy porażki jako niezbędny element na drodze do sukcesu. Statystycznie palacze podejmują cztery do sześciu prób rzucania palenia, zanim udaje się to im na dobre. Wygrywają ci, którzy umieli poradzić sobie z chwilową porażką, którzy umieli przekuć swoje błędy na późniejszy sukces.

    No dobrze, ale co ja mam powiedzieć swojej latorośli? Nie uchronię go całkowicie od perfekcjonizmu, jakiego wymaga od niego świat (szkoła, koledzy, a nawet ja sam wywierając na niego często nieświadomą presję). Mogę co najwyżej przytulić go i zdradzić mu pewien sekret: choćby komputer znał wszystkie słówka świata – w tym trudne słówka angielskie – nigdy, przenigdy nie potrafi zagrać na nosie. Jeżeli więc pokaże ci, że popełniłeś błąd, ty po prostu zagraj mu i zapytaj: “A umiesz tak?”

    Nikt nie jest bowiem doskonały.

  • Mapa Myśli, czyli notowanie dla twardzieli

    Data publikacji: 12/01/2010 Rem Ilość komentarzy: 4
    Pamiętacie moją przedostatnią notkę? Jestem ciekaw, jak wiele osób po lekturze tamtego tekstu rzeczywiście zastanowiło się, co by sprawiło, aby ten rok przeszedł do historii jako nadzwyczaj udany. Ciekawe, ilu z was wzięło do ręki jakiś notes, aby to zapisać.

    Wstydliwie przyznam, że również ja, po publikacji swojego tekstu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się do swoich zajęć i dopiero po trzech dniach zorientowałem się, że tak naprawdę sam nie stosuję się do własnych porad. Nieco zawstydzony sięgnąłem więc po notes, aby napisać listę rzeczy, które uczyniłyby ten rok ekscytującym.

    Nie jest to jednak tak łatwe zadanie, jak by się wydawało. Dopóki wszystko tkwiło sobie bezpiecznie w głowie… wydawało się niemal oczywiste. Z chwilą, kiedy nad czystą kartką zawisł złowieszczy cień ostrej jak brzytwa stalówki, moje wielkie myśli, moje wspaniałe plany i zamierzenia… pierzchły w popłochu. Zupełnie, jakby nagle przestraszyły się, że… mogłyby zostać zrealizowane! Mój wielki, wspaniały rok 2010 przy bliższym poznaniu okazał się nieco chaotyczną plątaniną pragnień, z których co najmniej połowę bałem się utrwalać na papierze. A nuż okażą się nierealne? Może za dużo chcę? Nie uda mi się i wyjdę na durnia. No cóż, na samą myśl o możliwej porażce odechciało mi się czegokolwiek zapisywać.

    Poza tym… hm… prawdziwi twardziele nigdy niczego nie zapisują, no nie? – próbowałem jeszcze nieśmiało bronić się przed pisaniem.

    Ostatecznie coś tam naskrobałem… a przy okazji na własnej skórze poznałem dwie podstawowe przyczyny, dla których tak rzadko planujemy cokolwiek na papierze (mało kto wychodzi poza listę zakupów w supermarkecie – pisałem o tym we wrześniu). Pierwsza przyczyna wynika z obawy, że odniesiemy porażkę, druga: że takie zapisywanie to dowód słabości charakteru (nie zapominajmy, że twardzielom wszystko w życiu przychodzi samo).

    Długo myślałem, jak rozwiązać problem notowania. Tak, żeby robić to bez poczucia klęski (nie jestem twardzielem…) i bez niebezpieczeństwa, że klęskę poniosę (a nuż się nie sprawdzi?).

    I wiecie co wymyśliłem? Skoro tradycyjne zapisywanie własnych pragnień i marzeń kojarzy się z czynnością wykonywaną przez zagubioną nastolatkę w zamykanym na małą kłódeczkę notesiku, a poza tym skoro tradycyjny zapis wyzwala w nas poczucie nieuchronności, zobowiązania, czegoś, czego nie da się już odwołać… to może po prostu zmienić sposób notowania?

    Rozwiązanie, jakie wypróbowałem i jakie proponuję to “mapa myśli” (ang. mind map). Taki sposób zapisywania własnych planów ma prawie same zalety. Nie kojarzy się z pamiętnikiem naszej siostrzenicy, nie wydaje się też tak totalny – może dlatego, że przyzwyczajeni do pisma linearnego, nie postrzegamy takiej mapy myśli jako zobowiązania, które zbyt natarczywie przymusza nas do realizacji planów.

    Mapa myśli kojarzy się raczej z burzą mózgów, z procesem kreatywnym, jest nieortodoksyjna, bliższa geniuszom, niż wyrobnikom. Jeśli wierzyć naukowcom, uaktywnia obie półkule mózgu (co ułatwia przyswajanie informacji), chociaż dla mnie ważniejsze jest to, że taka mapa potrafi być szalenie czytelna – wystarczy jeden rzut oka, by zorientować się w temacie.

    Co tu dużo gadać, po prostu wypróbowałem to. Poszukałem na dysku nieco już zapomnianego (kiedyś się tym trochę bawiłem) FreeMinda, jednak zabawa nabrała rumieńców, kiedy pobrałem nowszą wersję. Prawdę mówiąc nie chciało mi się rysować mapy na zwykłej kartce (tak naprawdę chciałem tylko zrobić jakąś stosunkowo szybką graficzną reprezentację swoich planów). FreeMind w nowym wydaniu okazał się tak przyjazny i szybki, że od razu pomyślałem, iż muszę o tym napisać na blogu.  Z rozpędu stworzyłem też taką oto notatkę przykładową:

    Kliknijcie na obrazek, aby zobaczyć jak fajnie FreeMind działa (w podanym linku macie mapę weksportowaną do flasha). Mapę można przesuwać, rozwijać i zwijać gałęzie, klikać na linki. Ważniejsze rzeczy można pogrubić, zmienić im kolor i wielkość czcionki, dodawać notatki itd. Czyż taki zapis waszych planów (czy czegokolwiek innego) nie wydaje się urzekająco czytelny (a przy okazji łatwo edytowalny)?

    Oczywiście jest wiele programów do robienia map myśli. FreeMind jest jednak projektem darmowym, non-profit, tworzonym przez zapaleńców. Naprawdę polecam: na stronie projektu możecie pobrać ostatnią wersję stabilną (0.8.1), chociaż ja wybrałem wersję 0.9.0: ma m.in. eksport do Flasha (wasze notatki na stronie www) oraz jest kompatybilna z podobną aplikacją, jaką mam w telefonie (niestety, tylko dla platformy Android). Jednym z nielicznych mankamentów programu jest brak możliwości zabezpieczania map hasłem – zatem uważajcie, kto ma dostęp do waszych plików albo zabezpieczcie je w inny sposób.

    Jeżeli więc z różnych względów nie zapisaliście jeszcze listy rzeczy, które uczynią ten rok udanym, gorąco polecam wam stworzenie swojej własnej Mapy Myśli na ten temat. Możecie to zrobić ręcznie, ale być może łatwiej będzie wam zrobić to na komputerze. Projekt można wydrukować, a następnie – by nie zapomnieć o własnych planach – …wkleić do waszego notesika zamykanego na kłódkę.

    No cóż, w moim notesiku mapa “2010″ wygląda ekscytująco.

  • 10.01.10

    Data publikacji: 10/01/2010 Rem Brak komentarzy

    Magia połączonych serc

    Pisząc dzisiejszą notkę zerkam ukradkiem w sąsiednie okienko, gdzie znany portal co pewien czas podaje aktualny stan dzisiejszej ogólnonarodowej zbiórki. W tej chwili Wielka Orkiestra ma na liczniku 30 milionów i z pewnością nie jest to jeszcze ostatnie słowo. Powoli kończy się ta zaczarowana niedziela: za oknem od rana mieliśmy iście bajkowy krajobraz, w całym kraju setki serc łączyła idea pomocy innym – tym najmłodszym – zaś w kalendarzu magiczne jedynki tworzyły niezwykłą datę.

    Wierzycie w magię dat? Nie chodzi mi jednak o jakieś czary-mary, czy numerologiczne hocki-klocki. Chodzi mi o tego rodzaju magię, którą my sami tworzymy. W poprzedniej notce pisałem o noworocznych postanowieniach, czy też oczekiwaniach. I chociaż Nowy Rok jest datą wyłącznie symboliczną, nie przeszkadza nam to czuć, że coś się zmienia, że odchodzi jakieś Stare i nadchodzi Nowe. Podobnie jest z Bożym Narodzeniem, ale też z naszymi zwykłymi, corocznymi urodzinami.

    Chyba każdy z nas pragnie co pewien czas jakiejś zmiany, odnowy, pewnego – choćby symbolicznego – odrodzenia. Bardzo wyraźnie dotyczy to osób uzależnionych, w tym palaczy. Wiem coś o tym, ponieważ w tym właśnie byłem ekspertem. Niemal każdy Nowy Rok, Boże Narodzenie, pierwszy dzień wiosny, koniec roku szkolnego, imieniny kolegi – stanowiły dla mnie okazję i wyzwalały pragnienie zmian – najczęściej chodziło po prostu o rzucenie palenia.

    Symbolika dat, wydarzeń i rocznic może wydawać się komuś sztuczna, naciągana, a jednak możemy uczynić z niej coś ważnego. Mówiąc o magii dat myślę więc przede wszystkim o tym, co my sami możemy z taką datą zrobić.

    Kończy się ten niezwykły dzień. Dziś Wielkie Dzieło Owsiaka i setek jego podopiecznych osiągnęło symboliczną pełnoletniość. Dzisiaj był wielki dzień. W dodatku niezależnie od zapisu w kalendarzu – dzięki tym wszystkim młodym ludziom – był to dzień, kiedy znowu działała magia. Magia serc.

    Dziękujemy.

  • To będzie naprawdę udany rok

    Data publikacji: 6/01/2010 Rem Brak komentarzy
    Witam wszystkich w nowym roku. Jeśli wierzyć wróżce Moonlight, czeka mnie naprawdę świetny rok, a was? Chyba też, bo jak tak zerknąłem, to na oko wszystkie znaki zodiaku spotka coś miłego. To będzie Naprawdę Udany Rok.

    No dobrze, trochę się zgrywam. Możecie przecież nie wierzyć jakiejś tam wróżce z serwisu Czary Mary. Jeżeli jednak – mimo wszystko – pragniecie poznać przyszłość, mam na to całkiem niezły i sprawdzony sposób. W dodatku bez uciekania się do szklanej kuli czy kart.

    Chcecie, aby rok 2010 był naprawdę udany? Nic prostszego: już dziś zadbajcie o to, aby taki się stał. Mówię serio. Proponuję znaleźć jakieś ciche miejsce, gdzie można w spokoju poświęcić kilka minut na skupienie i spokojne zastanowienie się. Czego chcę? Co wydaje się osiągalne w tym roku? Czy jest coś, czego chciałbym dokonać? A może zmienić?

    Zadawajcie sobie pytania i pamiętajcie, że one w niczym nie mogą wam zaszkodzić. To jeszcze nie są postanowienia, cele czy zadania, które można złamać lub nie dotrzymać. To tylko zwykłe pytania – taki wewnętrzny dialog z samym sobą. Bez zobowiązań. Chodzi o to, aby rozpoznać na nowo swoje własne pragnienia i marzenia, które niestety mają tendencję do zakurzania się w pyle codzienności. Czy czujecie, że wasze pragnienia są nieco zakurzone? Czy wasze marzenia systematycznie odkładacie na bliżej nieokreśloną przyszłość? Jeśli tak, to początek roku może stać się znakomitą okazją, aby wszystko to nieco przemeblować.

    Czy miewacie takie chwile, kiedy chcielibyście cofnąć się do przeszłości, by naprawić jakieś błędy albo nieco inaczej pokierować swoim życiem? Ech, kiedy byliśmy dziećmi, wszystko było jeszcze przed nami. Jako dzieci mieliśmy przed sobą mnóstwo wyborów. Mogliśmy zostać policjantem, strażakiem, kosmonautą albo księżniczką. Potem to wszystko jakoś tak rozpłynęło się w życiu.

    Co tam wróżka - sam sobie stwórz swój wymarzony rok!

    Rok 2010 wciąż jeszcze pachnie nowością i wciąż jeszcze możecie zrobić z nim mnóstwo rzeczy. Jest jak dziecko, przed którym rozciąga się cała paleta możliwości. Możemy spróbować coś zmienić albo pozostać tam, gdzie jesteśmy obecnie. Wróżka Moonlight może nam przepowiadać niesamowite rzeczy, ale tak naprawdę to od nas zależy, czy rok ten będzie udany czy nie.

    Moim zdaniem pierwszym krokiem powinna być nasza zwykła, prosta decyzja: a właśnie, że rok 2010 będzie udany. O, i tyle. Nie martwmy się na razie o plany, o to, jak je zrealizować, ani o to, że tak wiele może nie zależeć od nas. Nie martwmy się tym w tej chwili. Pamiętajmy – właśnie przebywamy w “cichym, spokojnym miejscu” i postanowiliśmy, że ten rok będzie dobry. Teraz zastanówmy się, co sprawiłoby, żeby taki właśnie się stał. Zadajmy sobie kilka pytań i… zaraz nastąpi najtrudniejsza część dzisiejszego ćwiczenia.

    Jest to dość trudne w realizacji, wymaga dość dużego samozaparcia i silnej woli. Z badań wynika, że na ten dość uciążliwy, raczej nieprzyjemny, wymagający mnóstwo przygotowań i trudnych wyborów krok decyduje się tylko kilka procent badanych:

    zapiszcie odpowiedzi.

    Pamiętajcie – to jeszcze nie są postanowienia ani plany. To tylko odpowiedzi na pytania, co sprawiłoby, aby ten rok był świetny. No bo przecież tak właśnie przed chwilą postanowiliśmy, prawda? Nie zapominajmy o tym.

    Nie zapominajmy, że to będzie naprawdę udany rok.