Nowy Smak Życia

Poczuj wolność wyboru. Poczuj smak życia!
ikona RSS ikona email Ikona domowa
  • Dlaczego wciąż nam nie wychodzi?

    Data publikacji: 1/02/2010 Rem Brak komentarzy
    Znacie kogoś, kto dość regularnie zamierza się odchudzać? A może kogoś, kto co jakiś czas postanawia uprawiać jogging, zdrowo się odżywiać albo nauczyć się wreszcie hiszpańskiego? Zresztą, czy tak naprawdę musimy szukać daleko? Kiedy ostatnio nasze własne postanowienia znowu legły w gruzach?

    Bardzo możliwe, że osobiście znacie to uczucie: stoicie właśnie nad ruinami waszych zamierzeń, które jeszcze wczoraj wydawały się takie niewzruszone, patrzycie na dymiące jeszcze zgliszcza i z przygnębieniem dociera do was, że po raz kolejny się nie udało. Kolejny upadek – o jedno pudełko czekoladek za dużo, znowu nie udało się znaleźć czasu na bieganie, plany rzucania palenia legły pod naporem trudnej sytuacji w pracy albo w domu. Zaraz po uczuciu przygnębienia możecie spróbować się pocieszyć: no dobrze, od jutra znowu dieta, jak tylko się uspokoi w pracy, rzucę palenie, od przyszłego tygodnia to już na pewno biegam. I tak dalej, wciąż dalej, wciąż podobnie i z podobnym skutkiem.

    Dlaczego wciąż nam nie wychodzi? Czy to jakieś fatum ciąży nad naszymi głowami? Dlaczego zawsze, kiedy chciałem rzucać palenie, w moim życiu niemal natychmiast pojawiała się setka okoliczności, które to postanowienie torpedowały? Nagle atmosfera w firmie stawała się nie do zniesienia – jedyne ukojenie pochodziło od małego “dymka”. Niemal z dnia na dzień przybywało obowiązków – cała góra morderczej pracy, wymagającej dwudziestu papierosów dziennie.  Niekiedy zaczynał boleć ząb. A kiedy akurat nic specjalnego się nie działo i wydawało się, że nareszcie jest dobry czas na rzucanie, ni stąd ni zowąd przychodziło natchnienie i pomysł na… na przykład na napisanie świetnej powieści (było dla mnie rzeczą oczywistą, że proces twórczy wymaga naprawdę sporej ilości papierosów).

    Moja walka z nałogiem to było takie ciągłe zmaganie się z “przeciwnościami”. Jeśli wierzyć psychologom, większość z nich sam nieświadomie tworzyłem. Dlaczego? Wszystko po to, aby nie udało mi się zrealizować swojego własnego zamierzenia. Głupie, prawda? A jednak to prawda: kiedy człowiek postanawia wejść na nowe tereny (np. życie bez palenia), gdzieś w jego umyśle pojawia się niepokój, wywołany próbą opuszczenia miejsca, gdzie wszystko było stare, znajome i sprawdzone. Popielniczka w tym starym świecie to ostoja i gwarancja świętego spokoju czyli – zdaniem naszego mózgu -  szczytu wszelkiego dostępnego człowiekowi szczęścia.

    Nasze nachalne kolory przyprawiają mnie o mdłości, ale lepsze to niż, jakieś nieznane i zapewne groźne PASTELE

    Każdy z nas ma swoją własną strefę komfortu. Przebywając w niej czujemy się bezpiecznie, znajomo i po prostu dobrze. Tutaj jesteśmy “na miejscu”. Tutaj czujemy się sobą… i nawet jeżeli nie czujemy się ze sobą zbyt dobrze, to mimo wszystko wolimy to, niż cokolwiek obcego – zapewne znacznie gorszego…

    Badania nie pozostawiają wątpliwości. Przygniatająca większość ludzi jest skłonna prowadzić swój dawny tryb życia mimo świadomości, iż jest on niezdrowy, a nawet zagraża ich życiu. Mowa tu nie tylko o nałogowych palaczach czy uzależnionych od innych niebezpiecznych substancji. Może już o tym pisałem: około 90% chorych na serce po leczeniu powraca do dawnych, szkodliwych przyzwyczajeń mimo, iż mają świadomość, że może to oznaczać niemal pewny wyrok.

    Istnieje bardzo wiele wyjaśnień i odpowiedzi, dlaczego tak wiele naszych światłych zamierzeń spala na panewce. Dlaczego tak wielu z nas wciąż miota się w swoich planach, dlaczego znowu pojawia się efekt jo-jo. Moim zdaniem wszystkie te odpowiedzi można sprowadzić do tej jednej kwestii: strefa komfortu. Coś siedzącego bardzo głęboko w nas uważa, że naszej strefy komfortu należy bronić jak niepodległości – nawet za cenę życia.

    No dobrze, ale skoro tak, to co właściwie możemy zrobić? Moja odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli chcemy przeprowadzić trwałe zmiany, musimy jak najszybciej zmienić swoją strefę komfortu. Przesunąć ją i poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe zachowania i nowe źródła przyjemności.

    Jeżeli uda ci się spowodować, że pokochasz jogging – przestanie to być już tylko “zamierzenie”, a stanie się czymś wręcz pożądanym. Jeżeli naprawdę uda ci się przekonać do sałaty, kiełek i jogurtu, być może okaże się pewnego dnia, że ważysz mniej i czujesz się lepiej. Nie chodzi tu o dietę-cud, którą – ech… – musisz stosować dwa miesiące, cztery dni i jedenaście godzin, a potem – hura! – powrócić do dawnego trybu życia. Chodzi raczej o nowy sposób odżywiania: taki, który stanie się częścią ciebie.

    Sprawdziłem to dokładnie i wiem, że jedyna trwała droga wyjścia z dawnej strefy komfortu, to droga, która sama w sobie będzie dla nas atrakcyjna, droga, która prowadzi ku radości, do poczucia spełnienia i szczęścia. Brzmi nieźle, prawda?

    Jeżeli więc chcecie zrobić coś ważnego w swoim życiu, przede wszystkim zadbajcie o to, aby było to przyjemne.

    Instrukcja obsługi człowieka , , , ,
  • Popełniłeś błąd? No i co z tego?

    Data publikacji: 20/01/2010 Rem Ilość komentarzy: 4
    Kilka dni temu jedno z moich latorośli zabrało się dziarsko za powtarzanie słówek z angielskiego. Komputer pokazał dziecku kilka wyrazów, a następnie grzecznie zapytał, czy dziecko może powtórzyć. Kiedy okazało się, że nie wszystko udało się napisać bezbłędnie, dziecko ze złością i prawie ze łzami w oczach stwierdziło, że jak tak, to ono nie chce.

    W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć tej dość gwałtownej reakcji. Przecież to tylko zwykły program komputerowy, niemal zabawa, gdzie błędy można popełniać właściwie bez żadnych konsekwencji.

    Wszystko jednak wskazuje na to, że mojego syna dopadł syndrom doskonałości. Prawdę mówiąc nie wiem, czy ktoś już zdefiniował tę dość powszechną w naszych czasach dolegliwość. Jakby powiedział pewien mój stary przyjaciel: prawdopodobnie ma to już jakąś łacińską nazwę.

    Syndrom doskonałości to przeświadczenie, że wszystko, za co się zabieramy, powinniśmy robić perfekcyjnie. Już od najmłodszych lat świat przekonuje nas, że naszym celem jest nieustanne dążenie do doskonałości. Popełnianie błędów – coś przecież bardzo naturalnego – spotyka się z dezaprobatą rodziców, nauczycieli, a w końcu pracodawcy, czy partnera życiowego. Nic dziwnego, że w takim klimacie społecznym każda porażka – często nawet niewielka – jest głęboko frustrująca. Najczęściej ani rodzina, ani szkoła (ani nawet rówieśnicy) nie traktują popełniania błędów jako niezbędnego elementu prowadzącego do rozwoju. Niezależnie od teorii i dobrych chęci, realia są takie, że prawie każdy nasz błąd spotyka się z odbiorem negatywnym. Jak często słyszeliście słowa: “Tutaj zrobiłeś źle, ale wiesz – właściwie to wspaniale, bo jesteś teraz znacznie mądrzejszy.”?

    Dorastamy zatem w przeświadczeniu, że wszystko, co robimy, musi być jeśli nie doskonałe, to przynajmniej bezbłędne. Przekonanie to odbija się, niestety, na wielu naszych poczynaniach – zwłaszcza tych, których… nie podejmujemy. Po co zabierać się za coś, czego – w naszym mniemaniu – nie zrobimy wystarczająco dobrze?

    Jeżeli próbowaliście rzucać palenie, bardzo możliwe, że przeżyliście na własnej skórze sytuację, kiedy to po dwóch dniach niepalenia zdarzyło wam się zaciągnąć papierosem od kolegi. “Wszystko zmarnowane” – myśleliście wtedy. Całe dwa dni abstynencji, ba, cały wasz wielki plan rzucania – przepadły z kretesem. “Nie uda mi się, to zbyt trudne” – myśleliście wtedy z poczuciem winy, po czym kierowaliście się w stronę najbliższego sklepu z papierosami.

    Poczucie, że wszystko należy robić perfekcyjnie, to nie tylko trauma wynoszona z czasów szkoły i dorastania. Tak naprawdę cały czas jesteśmy bombardowani natarczywym: “bądź doskonały”, “bądź najlepszy”. Mamy z tym do czynienia w rodzinie, w pracy, nawet we wszechobecnych mediach, z telewizją i reklamą na czele. Być może wydaje nam się, że jesteśmy na reklamę odporni – a jednak cały czas sączy się z niej natarczywy przekaz, który mniej lub bardziej świadomie wpływa na nasze własne przekonania: “muszę być lepszy”, “muszę schudnąć”, “powinienem być szybszy, mądrzejszy, piękniejszy i najlepiej trochę młodszy”.

    Syndrom doskonałości paraliżuje nas. Nie ma w nim miejsca na podejmowanie kolejnych prób, gdyż każdą porażkę każe traktować jak niemal ostateczną klęskę. Charakteryzuje się kategorycznym: “wszystko albo nic”. W konsekwencji zniechęca do podejmowania jakichkolwiek ryzykownych bądź trudnych działań. Często to właśnie syndrom doskonałości staje się największą przeszkodą w naszym rozwoju, w podejmowaniu nowych wyzwań czy prób zmiany naszego życia – choćby zerwania z nałogiem.

    Zacytuję tu Briana Tracy:  Wciąż to powtarzam: lęk przed porażką jest największą przeszkodą na drodze do sukcesu w dorosłym życiu. Z kolei M. J. Ryan zauważa, że zawyżone standardy są jedną z największych przeszkód w osiągnięciu tego, czego pragniemy.

    Nigdy nie popełniam żadnych błędów.

    Nie dajmy się syndromowi perfekcji. Pozwólmy sobie na popełnianie błędów. Nie oznacza to oczywiście popadania w skrajność i – na przykład – niechlujne bałaganiarstwo. Nie pozwólmy po prostu, aby nasze działania i zamierzenia paraliżował lęk przed możliwą porażką. Thomas Edison, zanim jego żarówka wreszcie zadziałała, podjął ponad sześć tysięcy nieudanych prób (niektórzy mówią nawet o 11 tysiącach porażek!). Pułkownik Sanders w wieku 65 lat przebył całe Stany Zjednoczone, zanim po dwóch latach i tysiącu (dokładnie: 1009) odmów usłyszał – “to jest świetny przepis na kurczaka, wchodzimy w ten interes”, co jak wiemy zaowocowało powstaniem sieci KFC. Walt Disney, zanim znalazł źródło sfinansowania Disneylandu, ponad trzysta razy usłyszał od bankowców, że to głupi pomysł. Znieślibyście trzysta porażek, w dodatku dotyczących tej samej sprawy?

    Nie poddawajmy się. Na przekór otoczeniu traktujmy możliwe błędy czy porażki jako niezbędny element na drodze do sukcesu. Statystycznie palacze podejmują cztery do sześciu prób rzucania palenia, zanim udaje się to im na dobre. Wygrywają ci, którzy umieli poradzić sobie z chwilową porażką, którzy umieli przekuć swoje błędy na późniejszy sukces.

    No dobrze, ale co ja mam powiedzieć swojej latorośli? Nie uchronię go całkowicie od perfekcjonizmu, jakiego wymaga od niego świat (szkoła, koledzy, a nawet ja sam wywierając na niego często nieświadomą presję). Mogę co najwyżej przytulić go i zdradzić mu pewien sekret: choćby komputer znał wszystkie słówka świata – w tym trudne słówka angielskie – nigdy, przenigdy nie potrafi zagrać na nosie. Jeżeli więc pokaże ci, że popełniłeś błąd, ty po prostu zagraj mu i zapytaj: “A umiesz tak?”

    Nikt nie jest bowiem doskonały.

    Instrukcja obsługi człowieka , , , , , ,
  • Mapa Myśli, czyli notowanie dla twardzieli

    Data publikacji: 12/01/2010 Rem Ilość komentarzy: 2
    Pamiętacie moją przedostatnią notkę? Jestem ciekaw, jak wiele osób po lekturze tamtego tekstu rzeczywiście zastanowiło się, co by sprawiło, aby ten rok przeszedł do historii jako nadzwyczaj udany. Ciekawe, ilu z was wzięło do ręki jakiś notes, aby to zapisać.

    Wstydliwie przyznam, że również ja, po publikacji swojego tekstu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się do swoich zajęć i dopiero po trzech dniach zorientowałem się, że tak naprawdę sam nie stosuję się do własnych porad. Nieco zawstydzony sięgnąłem więc po notes, aby napisać listę rzeczy, które uczyniłyby ten rok ekscytującym.

    Nie jest to jednak tak łatwe zadanie, jak by się wydawało. Dopóki wszystko tkwiło sobie bezpiecznie w głowie… wydawało się niemal oczywiste. Z chwilą, kiedy nad czystą kartką zawisł złowieszczy cień ostrej jak brzytwa stalówki, moje wielkie myśli, moje wspaniałe plany i zamierzenia… pierzchły w popłochu. Zupełnie, jakby nagle przestraszyły się, że… mogłyby zostać zrealizowane! Mój wielki, wspaniały rok 2010 przy bliższym poznaniu okazał się nieco chaotyczną plątaniną pragnień, z których co najmniej połowę bałem się utrwalać na papierze. A nuż okażą się nierealne? Może za dużo chcę? Nie uda mi się i wyjdę na durnia. No cóż, na samą myśl o możliwej porażce odechciało mi się czegokolwiek zapisywać.

    Poza tym… hm… prawdziwi twardziele nigdy niczego nie zapisują, no nie? – próbowałem jeszcze nieśmiało bronić się przed pisaniem.

    Ostatecznie coś tam naskrobałem… a przy okazji na własnej skórze poznałem dwie podstawowe przyczyny, dla których tak rzadko planujemy cokolwiek na papierze (mało kto wychodzi poza listę zakupów w supermarkecie – pisałem o tym we wrześniu). Pierwsza przyczyna wynika z obawy, że odniesiemy porażkę, druga: że takie zapisywanie to dowód słabości charakteru (nie zapominajmy, że twardzielom wszystko w życiu przychodzi samo).

    Długo myślałem, jak rozwiązać problem notowania. Tak, żeby robić to bez poczucia klęski (nie jestem twardzielem…) i bez niebezpieczeństwa, że klęskę poniosę (a nuż się nie sprawdzi?).

    I wiecie co wymyśliłem? Skoro tradycyjne zapisywanie własnych pragnień i marzeń kojarzy się z czynnością wykonywaną przez zagubioną nastolatkę w zamykanym na małą kłódeczkę notesiku, a poza tym skoro tradycyjny zapis wyzwala w nas poczucie nieuchronności, zobowiązania, czegoś, czego nie da się już odwołać… to może po prostu zmienić sposób notowania?

    Rozwiązanie, jakie wypróbowałem i jakie proponuję to “mapa myśli” (ang. mind map). Taki sposób zapisywania własnych planów ma prawie same zalety. Nie kojarzy się z pamiętnikiem naszej siostrzenicy, nie wydaje się też tak totalny – może dlatego, że przyzwyczajeni do pisma linearnego, nie postrzegamy takiej mapy myśli jako zobowiązania, które zbyt natarczywie przymusza nas do realizacji planów.

    Mapa myśli kojarzy się raczej z burzą mózgów, z procesem kreatywnym, jest nieortodoksyjna, bliższa geniuszom, niż wyrobnikom. Jeśli wierzyć naukowcom, uaktywnia obie półkule mózgu (co ułatwia przyswajanie informacji), chociaż dla mnie ważniejsze jest to, że taka mapa potrafi być szalenie czytelna – wystarczy jeden rzut oka, by zorientować się w temacie.

    Co tu dużo gadać, po prostu wypróbowałem to. Poszukałem na dysku nieco już zapomnianego (kiedyś się tym trochę bawiłem) FreeMinda, jednak zabawa nabrała rumieńców, kiedy pobrałem nowszą wersję. Prawdę mówiąc nie chciało mi się rysować mapy na zwykłej kartce (tak naprawdę chciałem tylko zrobić jakąś stosunkowo szybką graficzną reprezentację swoich planów). FreeMind w nowym wydaniu okazał się tak przyjazny i szybki, że od razu pomyślałem, iż muszę o tym napisać na blogu.  Z rozpędu stworzyłem też taką oto notatkę przykładową:

    Kliknijcie na obrazek, aby zobaczyć jak fajnie FreeMind działa (w podanym linku macie mapę weksportowaną do flasha). Mapę można przesuwać, rozwijać i zwijać gałęzie, klikać na linki. Ważniejsze rzeczy można pogrubić, zmienić im kolor i wielkość czcionki, dodawać notatki itd. Czyż taki zapis waszych planów (czy czegokolwiek innego) nie wydaje się urzekająco czytelny (a przy okazji łatwo edytowalny)?

    Oczywiście jest wiele programów do robienia map myśli. FreeMind jest jednak projektem darmowym, non-profit, tworzonym przez zapaleńców. Naprawdę polecam: na stronie projektu możecie pobrać ostatnią wersję stabilną (0.8.1), chociaż ja wybrałem wersję 0.9.0: ma m.in. eksport do Flasha (wasze notatki na stronie www) oraz jest kompatybilna z podobną aplikacją, jaką mam w telefonie (niestety, tylko dla platformy Android). Jednym z nielicznych mankamentów programu jest brak możliwości zabezpieczania map hasłem – zatem uważajcie, kto ma dostęp do waszych plików albo zabezpieczcie je w inny sposób.

    Jeżeli więc z różnych względów nie zapisaliście jeszcze listy rzeczy, które uczynią ten rok udanym, gorąco polecam wam stworzenie swojej własnej Mapy Myśli na ten temat. Możecie to zrobić ręcznie, ale być może łatwiej będzie wam zrobić to na komputerze. Projekt można wydrukować, a następnie – by nie zapomnieć o własnych planach – …wkleić do waszego notesika zamykanego na kłódkę.

    No cóż, w moim notesiku mapa “2010″ wygląda ekscytująco.

    Instrukcja obsługi człowieka , , , ,
  • 10.01.10

    Data publikacji: 10/01/2010 Rem Brak komentarzy

    Magia połączonych serc

    Pisząc dzisiejszą notkę zerkam ukradkiem w sąsiednie okienko, gdzie znany portal co pewien czas podaje aktualny stan dzisiejszej ogólnonarodowej zbiórki. W tej chwili Wielka Orkiestra ma na liczniku 30 milionów i z pewnością nie jest to jeszcze ostatnie słowo. Powoli kończy się ta zaczarowana niedziela: za oknem od rana mieliśmy iście bajkowy krajobraz, w całym kraju setki serc łączyła idea pomocy innym – tym najmłodszym – zaś w kalendarzu magiczne jedynki tworzyły niezwykłą datę.

    Wierzycie w magię dat? Nie chodzi mi jednak o jakieś czary-mary, czy numerologiczne hocki-klocki. Chodzi mi o tego rodzaju magię, którą my sami tworzymy. W poprzedniej notce pisałem o noworocznych postanowieniach, czy też oczekiwaniach. I chociaż Nowy Rok jest datą wyłącznie symboliczną, nie przeszkadza nam to czuć, że coś się zmienia, że odchodzi jakieś Stare i nadchodzi Nowe. Podobnie jest z Bożym Narodzeniem, ale też z naszymi zwykłymi, corocznymi urodzinami.

    Chyba każdy z nas pragnie co pewien czas jakiejś zmiany, odnowy, pewnego – choćby symbolicznego – odrodzenia. Bardzo wyraźnie dotyczy to osób uzależnionych, w tym palaczy. Wiem coś o tym, ponieważ w tym właśnie byłem ekspertem. Niemal każdy Nowy Rok, Boże Narodzenie, pierwszy dzień wiosny, koniec roku szkolnego, imieniny kolegi – stanowiły dla mnie okazję i wyzwalały pragnienie zmian – najczęściej chodziło po prostu o rzucenie palenia.

    Symbolika dat, wydarzeń i rocznic może wydawać się komuś sztuczna, naciągana, a jednak możemy uczynić z niej coś ważnego. Mówiąc o magii dat myślę więc przede wszystkim o tym, co my sami możemy z taką datą zrobić.

    Kończy się ten niezwykły dzień. Dziś Wielkie Dzieło Owsiaka i setek jego podopiecznych osiągnęło symboliczną pełnoletniość. Dzisiaj był wielki dzień. W dodatku niezależnie od zapisu w kalendarzu – dzięki tym wszystkim młodym ludziom – był to dzień, kiedy znowu działała magia. Magia serc.

    Dziękujemy.

    Inspiracje ,
  • To będzie naprawdę udany rok

    Data publikacji: 6/01/2010 Rem Brak komentarzy
    Witam wszystkich w nowym roku. Jeśli wierzyć wróżce Moonlight, czeka mnie naprawdę świetny rok, a was? Chyba też, bo jak tak zerknąłem, to na oko wszystkie znaki zodiaku spotka coś miłego. To będzie Naprawdę Udany Rok.

    No dobrze, trochę się zgrywam. Możecie przecież nie wierzyć jakiejś tam wróżce z serwisu Czary Mary. Jeżeli jednak – mimo wszystko – pragniecie poznać przyszłość, mam na to całkiem niezły i sprawdzony sposób. W dodatku bez uciekania się do szklanej kuli czy kart.

    Chcecie, aby rok 2010 był naprawdę udany? Nic prostszego: już dziś zadbajcie o to, aby taki się stał. Mówię serio. Proponuję znaleźć jakieś ciche miejsce, gdzie można w spokoju poświęcić kilka minut na skupienie i spokojne zastanowienie się. Czego chcę? Co wydaje się osiągalne w tym roku? Czy jest coś, czego chciałbym dokonać? A może zmienić?

    Zadawajcie sobie pytania i pamiętajcie, że one w niczym nie mogą wam zaszkodzić. To jeszcze nie są postanowienia, cele czy zadania, które można złamać lub nie dotrzymać. To tylko zwykłe pytania – taki wewnętrzny dialog z samym sobą. Bez zobowiązań. Chodzi o to, aby rozpoznać na nowo swoje własne pragnienia i marzenia, które niestety mają tendencję do zakurzania się w pyle codzienności. Czy czujecie, że wasze pragnienia są nieco zakurzone? Czy wasze marzenia systematycznie odkładacie na bliżej nieokreśloną przyszłość? Jeśli tak, to początek roku może stać się znakomitą okazją, aby wszystko to nieco przemeblować.

    Czy miewacie takie chwile, kiedy chcielibyście cofnąć się do przeszłości, by naprawić jakieś błędy albo nieco inaczej pokierować swoim życiem? Ech, kiedy byliśmy dziećmi, wszystko było jeszcze przed nami. Jako dzieci mieliśmy przed sobą mnóstwo wyborów. Mogliśmy zostać policjantem, strażakiem, kosmonautą albo księżniczką. Potem to wszystko jakoś tak rozpłynęło się w życiu.

    Co tam wróżka - sam sobie stwórz swój wymarzony rok!

    Rok 2010 wciąż jeszcze pachnie nowością i wciąż jeszcze możecie zrobić z nim mnóstwo rzeczy. Jest jak dziecko, przed którym rozciąga się cała paleta możliwości. Możemy spróbować coś zmienić albo pozostać tam, gdzie jesteśmy obecnie. Wróżka Moonlight może nam przepowiadać niesamowite rzeczy, ale tak naprawdę to od nas zależy, czy rok ten będzie udany czy nie.

    Moim zdaniem pierwszym krokiem powinna być nasza zwykła, prosta decyzja: a właśnie, że rok 2010 będzie udany. O, i tyle. Nie martwmy się na razie o plany, o to, jak je zrealizować, ani o to, że tak wiele może nie zależeć od nas. Nie martwmy się tym w tej chwili. Pamiętajmy – właśnie przebywamy w “cichym, spokojnym miejscu” i postanowiliśmy, że ten rok będzie dobry. Teraz zastanówmy się, co sprawiłoby, żeby taki właśnie się stał. Zadajmy sobie kilka pytań i… zaraz nastąpi najtrudniejsza część dzisiejszego ćwiczenia.

    Jest to dość trudne w realizacji, wymaga dość dużego samozaparcia i silnej woli. Z badań wynika, że na ten dość uciążliwy, raczej nieprzyjemny, wymagający mnóstwo przygotowań i trudnych wyborów krok decyduje się tylko kilka procent badanych:

    zapiszcie odpowiedzi.

    Pamiętajcie – to jeszcze nie są postanowienia ani plany. To tylko odpowiedzi na pytania, co sprawiłoby, aby ten rok był świetny. No bo przecież tak właśnie przed chwilą postanowiliśmy, prawda? Nie zapominajmy o tym.

    Nie zapominajmy, że to będzie naprawdę udany rok.

    Smak życia , , , , ,
  • Zdrowych, pogodnych Świąt

    Data publikacji: 23/12/2009 Rem Brak komentarzy
    Ostatnio tak bardzo pochłonął mnie dość duży projekt, którym zajmuję się od kilku tygodni, że kiedy podniosłem oczy znad monitora,  ze zdumieniem zauważyłem, że już za kilka dni Święta!

    Z tej okazji wszystkim Czytelnikom trochę zaniedbanego ostatnio Nowego Smaku Życia składam jak najlepsze życzenia. Już Wy sami dobrze wiecie, czego najlepiej Wam życzyć – życzę Wam zatem wszystkiego, co trzeba. Tradycyjnie również życzę:

    Zdrowych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia.
    Niech Wam się wiedzie w nadchodzącym roku.
    Życzę spełnienia noworocznych postanowień
    - radzę je gdzieś zapisać, gdyż słowo pisane ma swoją moc.
    Tym, którzy chcą rzucić palenie,
    życzę odwagi w podjęciu ostatecznej decyzji – naprawdę warto!
    Tym, którzy rzucili, życzę wytrwałości, siły ducha
    i poczucia, że decyzja o rzuceniu była właściwa.

    Smak życia , ,
  • Jasna strona niepalenia

    Data publikacji: 7/12/2009 Rem Brak komentarzy
    Dzisiejszy tytuł może wydać się komuś mało odkrywczy – w końcu o pozytywnych skutkach rzucenia palenia mówi się i pisze tak dużo, a w dodatku owe pozytywne skutki wydają się tak oczywiste, że powtarzanie tego wszystkiego nie ma większego sensu. Nie powtarzajmy zatem.
    sun

    Pogoda dziś była paskudna, przynajmniej na Mazowszu: od rana szaro, mokro, senno-jesiennie i w dodatku bez większej nadziei na jakieś choćby w przybliżeniu pogodne zakończenie dnia. W taką pogodę ludzie snują się po korytarzach biur i zastanawiają nad sensem życia. W taką pogodę młodzi wpadają na pomysł ubierania się na czarno, a starsi zapisują do Greenpeace.

    W taką właśnie pogodę kolega, znany ze swojego zamiłowania do pewnych kowbojskich papierosów, zapytał mnie, czy też mam tak, jak on, czyli, że nie mam na nic ochoty, chodzę bez życia i najchętniej przeteleportowałbym się teraz do swojego łóżka. Mój rozmówca rzeczywiście wydawał się kompletnie wyzuty z jakiejkolwiek werwy, jakby jedyny jego cel stanowiło dzisiaj przeegzystowanie jakoś do tej mitycznej siedemnastej.

    Kolega pytał mnie o mój stan ducha, bo był ciekawy, czy jako były palacz znoszę dzisiejszą szarość jakoś lepiej niż on. Ponieważ trudno mi było ukryć mój wewnętrzny energetyczny superpłomień (rozpalany codziennym niepaleniem) pocieszyłem go, że moja rozpierająca mnie energia to z pewnością nie jest sprawka nie-papierosów, ale tego, że podobno niepalący są bardziej podatni na działanie kofeiny, a ja właśnie wypiłem małą czarną w bardzo dużym kubku.

    Kolega odsnuł się do swoich zajęć (walka z ziewaniem, próba utrzymania się w pionie podczas symulowania intensywnej pracy na komputerze, odliczanie minut do kolejnego papierosa podtrzymującego na duchu i tak dalej), ja zaś uświadomiłem sobie – już bardziej na poważnie – że rzeczywiście dzisiejszą pogodę znoszę dużo lepiej niż wszyscy palacze, z jakimi się dziś widziałem. Tak naprawdę to trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułem naprawdę wielkie znużenie, zniechęcenie, brak energii, apatię, czy nudę.

    Nie-palenie zmieniło mnie. Naprawdę. Trudno to wyjaśnić, tym bardziej, że o to nie zabiegałem i wydaje się to raczej jakimś skutkiem ubocznym rzucania palenia niż elementem terapii. Ja po prostu mam więcej energii niż dawniej. Na co dzień w ogóle o tym nie myślę, jednak takie sytuacje, jak dziś, uświadamiają mi, że mam w sobie znacznie więcej zapału i chęci do życia niż dawniej.

    Gdybym nigdy nie palił, nie umiałbym się tym tak bardzo cieszyć. Dla nigdy nie palącego stan niepalenia może i jest czymś naturalnym, ja jednak byłem prawdziwym nałogowcem i widzę różnicę. Kiedy czuję się nieco osłabiony, kiedy zakradają się jakieś życiowe wątpliwości albo po prostu kiedy pogoda jest szklana, wystarczy przypomnieć sobie, że… nie palę. Naprawdę – to daje potężnego kopa. Jeszcze większego – satysfakcja, że gdybym palił, czułbym się o wiele wiele gorzej.

    Łał, ja przecież naprawdę nie palę, czuję się z tym świetnie, co mi tam jakaś szaruga.

    To, o czym dziś piszę tylko pozornie wiąże z entuzjazmem, o którym pisałem ostatnio. Entuzjazm… no cóż, nie zawsze jest na miejscu, czasem wydaje się po prostu nienaturalny. Nie chciałbym nigdy wzbudzać w sobie hura-optymizmu i takich tam w sposób sztuczny, udawać wiecznie uśmiechniętego faceta bez żadnych problemów. Chodzi raczej o to, że kiedy entuzjazmu chwilowo brak, zazwyczaj wystarcza zwykła satysfakcja, że nie palę.

    Czy nie za często wykorzystuję dawne (bądź co bądź to już dwa lata) zwycięstwo nad papierosami, do rozwiązywania swoich bieżących spraw? Czy dla podtrzymania dobrego samopoczucia nie zostałem przypadkiem psycho-odcinaczem emocjonalnych kuponów od pradawnego sukcesu?

    Nie zastanawiałem się nad tym, bo i po co, skoro to wciąż działa?

    Smak życia ,
  • Entuzjazm

    Data publikacji: 23/11/2009 Rem Brak komentarzy
    Gdybym miał wybrać tylko jeden stan psychiczny, spośród tych, które najbardziej pomogły mi przetrwać pierwszy okres bez palenia, bez wahania wskazałbym na entuzjazm.

    joy1

    Słownik języka polskiego definiuje entuzjazm jako “stan emocjonalnego zaangażowania w coś”. W jednej z poprzednich notek pisałem, że na długość rzucania palenia (czas od ostatniego papierosa do momentu, kiedy już nas “nie ciągnie”) podstawowy wpływ ma zaangażowanie emocjonalne. Zaangażowanie emocjonalne – czyli słownikowe określenie entuzjazmu.

    Zresztą mniejsza o definicje. Dość, że entuzjazm towarzyszył mi niemal od pierwszych chwil niepalenia. Dlaczego niemal? Ano dlatego, że na początku dominowało takie ostrożne zdziwienie (ja naprawdę odstawiłem papierosy?), pomieszane z niepewnością (co dalej?) ale i wiarą (teraz czuję, że mi się uda! po prostu czuję to!). Stopniowo, z każdym dniem, niepewność (czy wytrwam?) ustępowała, zaś w to miejsce wkradało się coraz więcej radości i entuzjazmu. Te mieszane uczucia towarzyszyły mi przez pierwszy tydzień niepalenia. W drugim zdecydowanie na czoło wysunął się entuzjazm. Z każdym dniem czułem napływającą siłę i optymizm. Każdą godzinę witałem z satysfakcją i radością, że nie palę. Entuzjazm dla mojego nowego życia wydawał się blokować myśli o jakimś tam głodzie nikotynowym. Myślę, że właśnie dzięki temu nie czułem go, zaś wszelkie przelotne myśli o zapaleniu kwitowałem niemal ze śmiechem (ach ty niedobry, niedobry).

    Byłem naprawdę mocno zaangażowany w niepalenie. Przez cały czas pielęgnowałem w sobie pragnienie, aby być niepalącym. Nie obchodziło mnie nawet, czy będę dzięki temu “na czasie”, czy zyskam miano “twardziela” – naprawdę to nie miało żadnego znaczenia. Żyłem w stanie pewnego radosnego podekscytowania, budziłem się i już wiedziałem, że czeka mnie kolejny dobry dzień, bo dzień bez papierosa. W pracy kompletnie nie obchodziło mnie, czy mam dużo czy też mało do zrobienia. Liczyło się tylko to, że nie palę.

    Mój entuzjazm spowodowany niepaleniem przekładał się też na relacje z innymi. Nie było jakiegoś tam marudzenia, poddenerwowania, żadnych “typowych” oznak rzucającego. Zamiast tego tryskałem energią, dobrym humorem i entuzjazmem.

    Mijały kolejne dni. Za oknem straszyła szara, trochę taka nijaka zima, ja jednak czułem się jak w maju. A kiedy nadeszła prawdziwa wiosna – mój entuzjazm trwał nadal. Wiedziałem już wtedy, że jestem wolny i już więcej nie zapalę. Nie dlatego, że miałem silną wolę i trwałem w żelaznym postanowieniu, ale dlatego, że po prostu nie odczuwałem już potrzeby zapalenia. Zwyczajnie – papierosy przestały mieć nade mną władzę. Nie musiałem palić. Nie czułem takiej potrzeby.

    A co z moim entuzjazmem? Niestety, stopniowo wygasał i kiedy nadchodziło lato, nie odczuwałem już owego niezwykłego podekscytowania, owej radości i zaangażowania, jakich miałem aż nadto jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ktoś powie, że to normalne, gdyż zawsze po okresie podekscytowania musi nadejść znużenie, zaś największe kraksy psychiczne zdarzają się zaraz po okresach wzmożonego optymizmu. Być może. Ja z pewnością miałem mały dołek, chociaż – co może wydać się dziwne – nie przełożyło się to na chęć zapalenia papierosa. Palenie nie stanowiło już dla mnie problemu. Odczuwałem pewną pustkę (pustkę egzystencjalną?) i ogólny spadek dobrego humoru, jednak nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę powrotu do palenia. Kilka razy zdarzyła się pokusa (było lato, były długie wieczory przy grillu ze szklaneczką piwa i w dodatku w towarzystwie palaczy…). Pokusy te nie były jednak zbyt silne. Ot westchnienie, wspomnienie starych czasów, ale zaraz potem wracał taki… hm… mikro-entuzjazm, przebłysk radości – jestem niepalący! – i to wystarczało.

    W swoje niepalenie włożyłem tyle energii, optymizmu, wiary i nadziei, że mój stosunek do papierosów uległ trwałej zmianie. Tak myślę. Co ciekawe nie wymagało to jakiegoś mocowania się ze sobą, przeżywania katuszy i wyrywania włosów.

    Zaczęło się od wielkiego pragnienia. Chciałem uwolnić się od wieloletniego nałogu. Chciałem uwolnić się od lęku o zdrowie. Chciałem, ze wszystkich sił chciałem być niepalący. Moje pragnienie narastało i kiedy wreszcie odważyłem się na odstawienie papierosów, wywołało to we mnie niezwykłe podekscytowanie, prawdziwy, szczery entuzjazm. Ten, który przeprowadził mnie przez okres rzucania i sprawił, że odzyskałem wolność.

    Bez papierosa, Smak życia , , ,
  • Kiedy minie czas krówek…

    Data publikacji: 6/11/2009 Rem Brak komentarzy
    Aspekt finansowy palenia nigdy jakoś szczególnie mnie nie fascynował. Papierosy drożały od zawsze… i od zawsze człowiek je po prostu kupował. Miał jakieś inne wyjście?

    papierosyupTemat stary jak świat – papierosy są drogie, drożeją w zastraszającym tempie, na myśl o kolejnej podwyżce szykujemy się do ograniczenia albo rzucenia. I co dalej? Dalej nic, po jakimś czasie odczuwania niepokoju (i wyrzutów sumienia) po prostu akceptujemy nową cenę, myśl o rzucaniu odkładamy na później i wszystko wraca do normy. Pieniądze prawie nigdy nie są prawdziwym powodem rzucenia palenia.

    Czasami możemy natknąć się na wyliczenia, ile palący wydają na swój nałóg. Różni autorzy różnie to liczą, chociaż zazwyczaj na koniec, w perspektywie 10-20 lat, wszystkim wychodzi, że nałóg pochłonął całkiem pokaźną sumkę. Jak już powiedziałem, taka argumentacja do palaczy po prostu nie trafia. Aspekt finansowy może być jednak dobrą dodatkową motywacją dla tych, którzy już odstawili papierosy, ale teraz czują, że ich pierwotne motywy nieco osłabły.

    No dobrze, mamy więc sprawę pieniędzy. Zróbmy kilka ekscytujących obliczeń. Na potrzeby dzisiejszego researchu wymyślamy sobie Braci Palaczy. Jest liściopad, roku 1999. Jeden z Braci podejmuje dramatyczną decyzję: będzie palił nadal. Drugi rzuca. Mija dziesięć lat – mamy listopad 2009 – obaj Bracia stawiają się w redakcji Nowego Smaku Życia i przedstawiają nam sprawozdania finansowe. Brat Palacz nie może zbyt długo usiedzieć, szybko wychodzi na papierosa. Jest zdeterminowany palić na potrzeby naukowe jeszcze kolejne 10 lat. Cóż za poświęcenie.

    Zerknijmy na sprawozdania. Obaj “od zawsze” palili 1 paczkę dziennie, w tej samej cenie. 10 lat temu wydawali na papierosy 4,50 dziennie, obecnie Brat Palacz płaci nieco ponad 8 złotych. Policzmy: Brat Palacz przez te 10 lat wydał około 22 tysięcy złotych. Poszły one z dymem, za każdym razem czyniąc Brata Palacza człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. A co z Bratem Niepalaczem? Pytanie za 100 punktów brzmi: ile przez ten czas zaoszczędził na papierosach Brat Niepalacz?

    Pytanie za 100 punktów: ile zaoszczędzimy na niepaleniu?

    Pytanie za 100 punktów: ile zaoszczędzimy na niepaleniu?

    Nie męczcie się z wyliczeniami. Przez ten czas zaoszczędził on… – tak, tak – nie zaoszczędził on niczego. To właśnie jest największa tajemnica kosztów palenia, którą nie zajmują się autorzy piszący o owych pokaźnych sumach, które zamiast puszczać z dymem mielibyśmy przeznaczyć na zakup samochodu albo wręcz małego domku na przedmieściach.

    Problem w tym, że w przytłaczającej większości przypadków luźna gotówka, powstała w wyniku nie-kupowania papierosów, rozchodzi się jakoś inaczej. Na papierze, matematycznie, arytmetycznie wszystko się zgadza – prześledziłem podwyżki cen papierosów w ostatnich 10 latach i kwota 22 tysięcy wydana przez Palacza jest bliska rzeczywistości. Niestety, Brat Niepalacz nic z tych pieniędzy nie ma. Kiedy Palacz puszczał gotówkę z dymem, Niepalacz czynił się człowiekiem szczęśliwszym i spełnionym nabywając produkty niosące mu frajdę – choćby krówki kruche, na wagę.

    Jaki jest morał z tej opowiastki? Wydaje się prosty: papierosy – przy swoich horrendalnych cenach – w zasadzie nic nie kosztują ;-)

    No dobrze, to był żart. Zastanówmy się, co by było, gdyby Brat Niepalacz nieco zmienił podejście do zagadnienia. Otóż Niepalacz postanowił nagradzać siebie za niepalenie. Po chwili intensywnej pracy umysłowej rozumiał, że nabywanie krówek to dość kiepska nagroda, zwłaszcza w perspektywie czasu. Kiedy więc opadł bitewny kurz i okazało się, że walka z nałogiem została wygrana, Zapobiegliwy Brat Niepalacz co miesiąc nagradzał samego siebie za to, że nie pali.

    Skarpeta była pojemna – po 10 latach Zapobiegliwy ma swoje 22000. Fajnie? Może i tak, choć niezbyt rozsądnie. Załóżmy, że Brat Zapobiegliwy jest jednak Rozsądny i zamiast do skarpety wkłada comiesięczna nagrodę za niepalenie na konto oszczędnościowe. W ostatnich 10 latach można było w ten sposób “wypracować” dodatkowe 4-10 tysięcy. No, już lepiej. Rozsądny cieszy się, że odkładał w banku, a nie inwestował w jakieś akcje, gdyż ostatnie wielkie załamanie i kryzys finansowy z pewnością utopiłyby jego z trudem nieprzepalone pieniądze.

    Czyżby? Przyjrzyjmy się teraz Bratu Niepalaczowi Sprytnemu, który każdego miesiąca, począwszy od listopada 1999, wpłacał na inwestycyjny fundusz akcji. Sprytny nie zna się na giełdzie i innych skomplikowanych sprawach związanych z inwestycjami. Wszedł po prostu na Onet, wyświetlił sobie tabelkę funduszy inwestycyjnych i wybrał ten, który miał najwyższe słupki za ostatnie kilka lat, rozumując, że jeśli ktoś jest najlepszy od dłuższego czasu, to będzie przynajmniej dobry w następnej dekadzie.

    Brat Palacz intensywnie pali. Niepalacz obżera się krówkami. Zapobiegliwy kupuje kolejną skarpetę na swoją gotówkę (ma już 22 tys.). Rozsądny zbiera wyciągi bankowe i denerwuje Palacza ich głośnym analizowaniem (w tej chwili posiada 29 tysięcy). Sprytny… No właśnie, co z nim? Otóż Sprytny ma ponad 34 tysiące złotych. Mimo kryzysu, załamania giełdy, w perspektywie 10 lat i tak jego sposób okazał się najlepszy! (Tak naprawdę przez te 10 lat mieliśmy nie jedno, ale dwa załamania na giełdzie – pierwsze na początku tej dekady. A mimo to strategia Brata Niepalacza Sprytnego okazała się najbardziej efektywna.)

    Jakie wnioski płyną z dzisiejszej notki? Dla wielu – że krówki są pyszne. Dla innych wielu – że nagradzanie samego siebie za niepalenie może być nie tylko dodatkową motywacją, ale ostatecznie przynosi zazwyczaj dość wymierne efekty.

    Na początku krówki są dobrą nagrodą

    Krówki są pyszne, z pewnością osłodzą brak papierosów

    Jeśli rzucasz palenie, pewnie nie robisz tego tylko ze względu na pieniądze. Skoro jednak już to robisz, dlaczego dodatkowo nie skorzystać? Nagradzaj siebie! OK, w pierwszym okresie od rzucenia, mogą to być pyszne krówki, które z pewnością osłodzą nam brak papierosów. Dlaczego jednak po jakimś czasie, kiedy już będziecie czuć się pewniej jako niepalący, mielibyście zaprzestać nagradzania siebie? Macie do tego prawo. Wasz Brat Palacz cały czas wydaje na papierosy – wy te pieniądze wrzucajcie do skarpety, inwestujecie na lokacie, w funduszu czy wręcz bezpośrednio na giełdzie (a co tam!). Pamiętajcie, nic nie tracicie, bo te pieniądze byście przepalili.

    Moje wyliczenia oparłem o realne dane. Trochę tego się naszukałem w Internecie, ale dzięki temu sam uzyskałem jasność: nawet mimo krachu na giełdzie, regularne kupowanie jednostek funduszu dało Sprytnemu blisko 50% więcej niż wpłacał.

    Nikt nie jest w stanie przewidzieć co będzie za kolejne 10 lat. Pamiętajcie jednak o najważniejszym – praktycznie w każdej perspektywie czasowej zawsze wygrywacie z Bratem Palaczem. Jeżeli przez najbliższe 10 lat będzie on kupował papierosy po 10 zł dziennie, łącznie przez te dwie dekady wyda 58500 zł. Nie liczę tu nawet kolejnych podwyżek, które z pewnością palaczy jeszcze czekają. Mówi się, że papierosy będą w przyszłości kosztować nawet 20 zł. Jak myślicie, czy Brat Palacz nie zapłaciłby tych 20 zł za swoją codzienną paczkę?

    W tym czasie Brat Niepalacz zje mnóstwo krówek, Zapobiegliwy będzie miał skarpety wypchane kwotą 58 tysięcy, zaś Sprytny – właściwie nie robiąc nic szczególnego, tylko wpłacając na fundusz inwestycyjny swoją comiesięczną nagrodę za niepalenie  – osiągnie blisko 170 tysięcy złotych. Nie czytając ani jednej literki nudnych poradników inwestycyjnych. Nie robiąc nic szczególnego.

    Jedyne, co robi Sprytny to nagradza się za niepalenie, ponieważ jako Palacz, i tak te pieniądze by przepalił. Pieniądze te inwestuje w fundusz powierniczy. To wszystko.

    Nagradzajcie się za niepalenie. Na początku polecam krówki (owoce, drobne upominki, dobre wino czy niebanalna herbata, może dobry obiad w restauracji). Krówki są ważne, bo pozwalają nam poczuć się dobrze z naszym niepaleniem. Kiedy jednak nadejdzie już czas, gdy niepalenie stanie się dla nas oczywiste - nie przestawajmy siebie nagradzać. To naprawdę cały czas działa na nasza korzyść, wspiera naszą decyzję o niepaleniu,  sprawia, że czujemy się z naszym niepaleniem jeszcze lepiej.

    Nie przestawajcie siebie nagradzać. Kiedy minie czas krówek, róbcie to po prostu troszkę efektywniej.

    nas
    Bez papierosa
  • Biologiczna Teoria Wszystkiego

    Data publikacji: 21/10/2009 Rem Brak komentarzy
    W pradawnych, mrocznych czasach, kiedy nie było jeszcze poradników życiowych, pouczających blogów ani instrukcji obsługi do czegokolwiek, człowiek nie miał właściwie większych szans na przetrwanie. Na szczęście w porę zauważyła to natura, która wyposażyła ludzkość w bardzo prosty mechanizm: jeśli robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę.

    mozgpudloWszystko działało bez zarzutu, przynajmniej na początku. Ludzie szukali pożywienia, chronili się przed niebezpieczeństwem i rozmnażali się, zaludniając nasza piękną planetę, a przy okazji czerpiąc z tego tytułu niejakie przyjemności. Tak właśnie to działało – ugryzłeś udziec mamuta, zaspokajając potrzebę dostarczenia do organizmu niezbędnych składników odżywczych – twój mózg częstował cię impulsem wyzwalającym uczucie przyjemności. Podobnie działo się z pozostałymi czynnościami fizjologicznymi. Jeśli – zdaniem mózgu – robiło się coś dobrze, otrzymywało się nagrodę. Proste.

    Co ciekawe, natura okazała się dość elastyczna i przewidziała, że niektóre działania człowieka nie muszą prowadzić bezpośrednio do przetrwania gatunku (chociaż w ostatecznym rozrachunku właśnie do tego wszystko miałoby się sprowadzać). W wyniku owej elastyczności przyjemność wyzwala w nas nie tylko uganianie się za antylopą, ale też snucie filozoficznych rozważań, kiedy ta piecze się już na wolnym ogniu.

    Jeszcze nie wiem, jaki wpływ na przetrwanie gatunku ma prowadzenie bloga, ale z pewnością jest to coś co wyzwala mechanizm nagrody. Inaczej bym przecież tego nie robił, prawda? Kto wie, być może gdzieś w moich zwojach mózgowych zrodziła się szaleńcza myśl, że w przyszłości zapewni mi to utrzymanie rodziny? Hm… to może chociaż da mi powodzenie u płci przeciwnej? ;)

    Zgodnie z biologiczną teorią wszystkiego, u podstaw wszelkich działań człowieka leży pragnienie odczucia przyjemności. Każda nasza czynność służy tylko i wyłącznie jednemu – poczuć ten interesujący apetyczny impuls elektryczny w jądrze podstawnym mózgu. Wszystkim zatem rządzi mechanizm nagrody, wynaleziony z braku instrukcji obsługi świata. (Mojżesz miał się pojawić dopiero za długie tysiące lat.)

    Niestety, jak powiedziałem, wszystko działało do czasu. Natura po prostu nie przewidziała, jak sprytną i przebiegłą istotą może okazać się homo sapiens. Jako gatunek z gruntu leniwy, musiał on wcześniej czy później zauważyć, że w mechanizmie nagrody – mającym pierwotnie nas chronić – są poważne uchybienia. Dziś mówilibyśmy o luce krytycznej, zaś Microsoft przysłałby nam uaktualnienie z odpowiednią łatą, wtedy jednak naturze pozostało tylko bezradnie przyglądać się jak pierwsi hakerzy łamią zabezpieczenia. Byli to oczywiście plemienni czarownicy ze swoim sfermentowanym sokiem owocowym i garściami podsuszonych liści. Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie, podobnie zresztą jak nadpsuty sok, powodując wzmożoną produkcję przyjemności – i tak zaczęła się era uzależnień.

    plemie

    Spalane liście wprawiały mózgi czarowników w osłupienie i tak rozpoczęła się era uzależnień

    Kiedy człowiek odkrył drogę na skróty, było już po herbacie. Mechanizm, który miał nas chronić, stał się niebezpieczną zabawką, wykorzystywaną dla doraźnej przyjemności. Po co znosić egzystencjalny trud życia, zmuszający człowieka do podejmowania jakichś tam działań, kiedy można prościej. Substancje psychoaktywne okazały się dość łatwe w zdobyciu i stosowaniu. Kiedy więc upadł monopol czarowników na stymulację dopaminową, ludzkość, w dążeniu do nieustającej przyjemności, wymyśliła papierosy.

    Na początku wydawały się produktem niemal idealnym: nie powodowały halucynacji, nie zagrażały integralności stosunków społecznych, a nade wszystko dostarczały upragnioną maleńką porcję przyjemności. Kto by się tam przejmował faktem, że przy okazji powodowały spustoszenie w całym biologicznym mechanizmie nagrody, zaburzając produkcję dopaminy i uzależniając organizm od kolejnych dawek.

    Instrukcja obsługi człowieka ,